Administracja Donalda Trumpa formalnie poprosiła Niemcy, Francję i Wielką Brytanię do włączenia się w misję wojskową, której celem jest zabezpieczenie cieśniny Ormuz i walka z potencjalną agresją ze strony Iranu.

Rzeczniczka ambasady USA w Niemczech Tamara Sternberg-Greller dodała z pewną drwiną: „Członkowie niemieckiego rządu wyraźnie twierdzą, że wolność żeglugi powinna być chroniona. Nasze pytanie brzmi: chroniona przez kogo?”.

Berlin nie chwycił przynęty i odrzucił amerykańską prośbę. Zatem odpowiedź Niemiec na pytanie rzeczniczki amerykańskiej ambasady brzmi: Nie przez nas.
W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii czy Francji, w Niemczech wysłanie wojsk za granicę musi zostać zaakceptowane przez parlament, tymczasem prawie wszystkie siły polityczne są obecnie przeciwne braniu udziału w jakiejkolwiek misji wojskowej USA przeciw Iranowi.

Co najważniejsze, nawet partia tworząca koalicję rządową jest przeciw. Zazwyczaj pacyfistyczna partia SPD argumentuje, że jakakolwiek europejska siła w Zatoce Perskiej byłaby zakładnikiem sytuacji, nad którą nie ma kontroli. Oznaczałaby zasadniczo zaangażowanie się po stronie USA w razie jakiegokolwiek konfliktu. „Nie bylibyśmy w stanie wycofać się, gdyby USA podjęły decyzję o eskalacji” – komentuje Nils Schmid, rzecznik prasowy grupy parlamentarnej ds. stosunków zagranicznych.
Ugrupowanie kanclerz Angeli Merkel – CDU – przyjęło bardziej ambiwalentną postawę. Choć partia nie jest zainteresowana w dołączeniu do amerykańskiej misji, to jest już otwarta na misję europejską. Norbert Roentgen, członek CDU, który przewodniczy komisji parlamentarnej ds. stosunków międzynarodowych, skomentował tę sprawę w środę na Twitterze:

„Alternatywną wobec odrzucenia udziału w amerykańskiej misji w Zatoce nie jest nierobienie niczego. Ale podjęcie niezależnej inicjatywy europejskiej, jeśli to konieczne, bez udziału Wielkiej Brytanii, jeśli ta wybierze USA. Teraz zależy od Niemiec, czy Europa jest w stanie to zrobić”.

Stanowisko CDU oznacza, że jakakolwiek tego rodzaju misja powinna mieć charakter obserwacyjny, a nie militarny.

Ze wszystkich trzech czołowych potęg wojskowych w Europie – Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii – to Niemcy mają najmniejszy interes w tym, co stanie się w cieśninie Ormuzd. Niemcy importują większość ropy z Rosji oraz innych krajów, z których transporty nie przechodzą przez Ormuz, zatem niemieckie bezpieczeństwo energetyczne nie zależy od wydarzeń w Zatoce Perskiej.

Francja jeszcze nie ogłosiła decyzji. Prezydent Emmanuel Macron rozmawiał we wtorek z Hassmanem Rouhanim, zaś celem rozmów było wypracowanie rozwiązań mających łagodzić napięcia w relacjach z USA. Decyzja o tym, czy przyłączyć się do jakiejkolwiek amerykańskiej operacji lub jej europejskiej alternatywy, może zapaść po spotkaniu europejskich i amerykańskich urzędników związanych z wojskowością.

Francja dużą część ropy sprowadza z Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska jest jej podstawowym źródłem ropy. Paryż zatem, w przeciwieństwie do Berlina, ma interes w tym regionie. Sytuacja taka po części wyjaśnia wahanie prezydenta Macrona.

Niemniej argumenty Nilsa Schmida mają zastosowanie zarówno wobec Niemiec, jak i Francji. Biorąc pod uwagę temperament Donalda Trumpa oraz jego jastrzębich doradców, wysłanie statków wojskowych do Zatoki Perskiej oznacza ryzyko wciągnięcia w kolejną amerykańską wojnę na Bliskim Wschodzie.

Francja, tak samo jak Niemcy, miała szczęście, że udało się jej uniknąć zaangażowania w Iraku w 2003 roku, ale już nie interwencji NATO w 2011 roku w Libii. Korzyści z wejścia w tę ostatnią operację pozostają wątpliwe: pogrążona w anarchii Libia stała się bowiem miejscem, z którego w kierunku Europy ruszyła fala uchodźców w 2015 roku.

Największy interes ma Bliskim Wschodzie na Wielka Brytania. Iran wciąż przetrzymuje brytyjski tankowiec Stena Impero, a Arabia Saudyjska jest głównym dostarczycielem ropy dla brytyjskiego przemysłu lotniczego.

Biorąc pod uwagę niewystarczające siły Wielkiej Brytanii w Zatoce Perskiej oraz zredukowany stan marynarki, zrozumiałe jest zaangażowanie Londynu we współpracę z USA W przeciwieństwie do Niemiec i Francji, Wielka Brytania nigdy nie szukała strategicznej autonomii do Waszyngtonu.

Dojście Borisa Johnsona do władzy sprawiło, że kraj jest chętny do udziału w każdej amerykańskiej operacji. Johnson może mieć rację, współpracując z USA w sytuacji, gdy jego europejscy partnerzy się na to nie zdecydują. Ameryka bowiem jest silniejsza niż Francja i Niemcy, a Johnson jest zdeterminowany, aby wyprowadzić swój kraj z UE.

Nie ma wątpliwości, że USA są w stanie zabezpieczyć cieśninę Ormuz bez jakiejkolwiek pomocy z Europy. Ale trudność Waszyngtonu w pozyskaniu takiej pomocy pokazuje pustkę w sercu sojuszu transatlantyckiego. Lata amerykańskich działań wojskowych na świecie sprawiły, że kluczowi sojusznicy NATO są bardzo ostrożni wobec USA, nawet jeśli Waszyngton nie proponuje im totalnej wojny na końcu świata, operację mającą na celu zabezpieczenie głównych szlaków komunikacyjnych.
Prawdopodobnie to najlepsza inicjatywa, na jaką mogły się zdecydować USA. Gdyby tak się nie stało, Europejczycy mogliby spędzić długie tygodnie na dyskusji o wspólnej operacji, bez ostatecznego podjęcia decyzji.

>>> Czytaj też: Początek końca swobody żeglugi? Tak wygląda świat wielobiegunowy [OPINIA]