Kłopoty z Gdańskiem. Im dłużej rządzi PiS, tym głośniej się robi o ojczyźnie Solidarności

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
10 sierpnia 2019, 18:15
Gdańsk
Gdańsk/ShutterStock
Miasto nad Motławą miało to do siebie, że od czasu do czasu lubiło zmieniać państwa, do których należało. Ale nigdzie nie było mu tak dobrze jak w Rzeczypospolitej.

Im dłużej rządzi PiS, tym głośniej się robi o Gdańsku. Miasto uznawane za matecznik Platformy Obywatelskiej i jedną z jej ostatnich redut nieustannie toczy spór z rządem rezydującym w Warszawie.

Bój ten przypomina oblężenie twierdzy. Po morderczych zmaganiach oblegający zdobywają kolejne bastiony, lecz nadal nie udało im sforsować głównego muru. Padło jeszcze się trzyma. Wrogowi w mediach odgryza się prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Na samotne akcje dywersyjne wyprawia się , a odsiecz z Zachodu obiecuje Donald Tusk. Miasto broni się, choć suną regularne szturmy, którymi dowodzi minister kultury Piotr Gliński. Do boju zagrzewają zaś bracia Karnowscy, wieszcząc, że jeśli twierdza nie padnie, to wróci w granice Niemiec.

Śledząc te heroiczne zmagania, możemy sobie wyobrazić, jak to ongiś w Rzeczypospolitej z Gdańskiem bywało.

Do rybackiej osady, zwanej wówczas Gyddanyz, zawitał w 997 r. biskup Pragi Wojciech, z książęcego rodu Sławnikowiców. Duchowny zmierzał do Prus, gdzie planował nawracać pogan. Niedługo potem zginął zresztą z ich rąk, zaś o jego śmierci głośno zrobiło się w chrześcijańskim świecie. Wykorzystał to władca Polski Bolesław Chrobry, by przekonać Rzym oraz cesarza Ottona III, że Europie potrzebny jest również słowiański święty. Dzięki wysiłkom Chrobrego udało się wypromować nie tylko osobę św. Wojciecha, lecz także wszelkie miejsca, jakie odwiedził. Tak zaczęła się kariera portowego grodu leżącego przy wybrzeżu Bałtyku między trzema rzekami: Martwą Wisłą, Motławą i Radunią.

>>> Czytaj też: Jeśli Polacy zrobią coś znakomicie, to potem tego nie cenią. Inaczej jest z klęskami

Szybko rozwijające się miasto przyciągało osadników nie tylko z ziem polskich, ale też niemieckich oraz Prus Krzyżackich. Stworzyli oni oryginalną mieszankę, uznając zwierzchność dynastii piastowskiej władającej Pomorzem Gdańskim. Dopiero konflikt między księciem Władysławem Łokietkiem a najpotężniejszym na Pomorzu rodem Święców złamał tę regułę. Możnowładcy, spośród których wywodzili się kolejni wojewodowie pomorscy, toczyli liczne spory z biskupami włocławskimi. Łokietek, marząc o królewskiej koronie, stanął po stronie Kościoła, nakazując Święcom zakończyć konflikt i wypłacić odszkodowanie. Ci odmówili, wybierając sojusz z marzącymi o przejęciu Pomorza władcami Brandenburgii.

„Otto, Hermann i Waldemar z Bożej Łaski margrabiowie na Brandenburgii i na Łużycach, czynimy tym pismem wiadomym, że uzgodniliśmy ze szlachetnie urodzonym panem Piotrem z Nowego (wojewoda pomorski z rodu Święców – red.) to, co zostało tu spisane, który to on i jego ojciec, jego bracia (…) powrócił do nas razem ze swoimi grodami, które trzyma, i z całą ziemią” – zapisano w pakcie podpisanym przez Święców z margrabiami Brandenburskimi w lipcu 1307 r. W zmian za Słupsk i okolice Święcowie oddali Pomorze z Gdańskiem.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj