Najpierw zorganizowało się w ruch obywatelski, który zajął się naprawą państwa. Gdy finanse się dopięły, armia została wzmocniona, a sądy zaczęły sprawnie działać, nasi przodkowie postanowili pomyśleć strategicznie, na stulecia do przodu. Przygotowali więc taki projekt równoprawnego związku Polski i Litwy, by żadna ze stron nie czuła się pokrzywdzona.

Jednak kolejne pokolenia zaprzepaściły ich dzieło, dając współczesnym mnóstwo okazji do obchodzenia chwalebnych klęsk.

Problem z królem

„Kilka lat przed śmiercią królewską, gdzie jeno zjechało kilka ludzi duchownych, świeckich bądź to senatorów, bądź to szlachty, nawet kupców, nigdy nie chybiło, aby byli nie mieli o przyszłym interregnum mówić, a to z wielką bojaźnią i struchleniem” – wspominał atmosferę końca rządów Zygmunta Augusta na kartach „Poloneutychii” Andrzej Lubieniecki.

>>> Czytaj też: Województwo wyjątkowe. II RP tak bardzo potrzebowała Górnego Śląska, że musiała dać mu autonomię

Bezpotomne odejście ostatniego z Jagiellonów stawało się nieuchronne, więc obywatele dobrze rozumieli, iż wraz z nim muszą nadejść zupełnie nowe czasy. Kończyła się dynastia, za sprawą której Polskę i Litwę więzy połączyły na niemal 200 lat. Wprawdzie nieraz trzeszczały, lecz nigdy nie doszło między obu nacjami do wojny. Natomiast zawsze wspierano się w walce z wrogami zewnętrznymi. A tych było sporo, bo Polacy i Litwini musieli toczyć boje z Zakonem Krzyżackim, Tatarami, Turcją, Moskwą. Uważać należało na zakusy Habsburgów i ambicje Szwedów. Mając tylu przeciwników, trzeba było samemu budzić respekt. Przez wieki w tej kwestii wielkie znaczenie miało to, kto stał na czele państwa. Stąd brał się strach przed nachodzącym bezkrólewiem. Obawiano się jednak na wyrost, bo za rządów ostatnich Jagiellonów silne państwo udało się stopniowo zbudować, choć na przekór władcom. Stało się to możliwe dzięki oddolnemu szlacheckiemu ruchowi egzekucyjnemu.

Powstał on za rządów ojca ostatniego z Jagiellonów – Zygmunta Starego. Nim zasiadł on na tronie, Polska przeżywała okres burzliwej demokratyzacji. Za Jana Olbrachta ukształtował się nowy system polityczny – wybierani przez szlachtę posłowie stworzyli własną izbę parlamentu. W wydanym w 1496 r. przywileju piotrkowskim król określił, iż Sejm będzie się składał z trzech stanów: króla, senatu i właśnie izby poselskiej. Kolejny z Jagiellonów, Aleksander, w 1505 r. podpisał konstytucję „Nihil novi sine communi consensu” (Nic nowego bez powszechnej zgody). Odtąd jakakolwiek zmiana prawa mogła nastąpić za zgodą parlamentu.

Zdawało się, że naród szlachecki zdobył sobie pozycję suwerena, jednak diabeł tkwił w szczegółach. Król mógł zwoływać sejm wedle własnego uznania, na co dzień rządząc przy wsparciu rady senatorów. Z tej możliwości ochoczo korzystał Zygmunt Stary, otaczając się wąskim gronem doradców i często ulegając biegłej w intrygach włoskiej żonie.

Ale zepchnięcia na margines życia politycznego szlachta nie potrafiła zbyt długo zdzierżyć.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP