Samorządy mają rok liczony od 6 września, czyli od wejścia w życie nowelizacji ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach i innych ustaw (Dz.U. z 2019 r. poz. 1579), na dostosowanie do zmian lokalnego prawa gospodarowania odpadami. Gdy implementują nowe przepisy, mieszkańcy nie będą już mogli zadeklarować: nie segreguję. Dzielenie odpadów na frakcje dotyczyć ma wszystkich, a za nieprzestrzeganie prawa przewidziano opłaty sankcyjne, które mogą wynieść od dwukrotności do czterokrotności opłaty podstawowej. Część samorządów nowe stawki chce wprowadzić z początkiem roku. Wymusza je oprócz zmian w prawie także sytuacja na rynku odpadowym.

Wszyscy po równo, czyli więcej

W Łodzi stawki zmienią się już od 1 grudnia. Obecnie mieszkańcy płacą 13 zł za osobę, jeśli zadeklarowali, że odpady dzielą na frakcje, a 22 zł, jeśli segregować nie chcą. Po zmianie wszystkich mieszkańców Łodzi będzie obowiązywała stawka podstawowa za segregowane śmieci w wysokości 24 zł. Opłata sankcyjna – 48 zł – będzie mogła być naliczona dopiero na podstawie decyzji administracyjnej za dany miesiąc, w którym mieszkaniec śmieci nie segregował. Z rozmów z osobami odpowiadającymi za gospodarowanie odpadami w ich gminach wynika, że planując wydatki, nie liczą na wpływy z wyższych stawek. Wątpią, czy przepisy pozwolą skutecznie ich dochodzić. Brak segregacji trzeba bowiem udowodnić. W przypadku odwołań do samorządowych kolegiów odwoławczych i sądów administracyjnych procedura nałożenia wyższej opłaty będzie przeciągała się w czasie, angażowała dodatkowo urzędników – mówią samorządowcy. Koszty muszą rozłożyć więc równo na wszystkich mieszkańców, co oznacza podwyżki.

Milionowe deficyty

Domykanie budżetów na gospodarkę odpadami jest dla wielu samorządów coraz trudniejsze. – Sytuacja rynkowa zmieniła się tak, że jesteśmy zmuszeni za ostatnie trzy miesiące dopłacić 11 mln zł firmom za zagospodarowanie odpadów – mówi rzecznik prasowy prezydent Łodzi Marcin Masłowski. I jak zaznacza, od przyszłego roku rośnie opłata marszałkowska za składowanie, a ponieważ nie ma gwarancji, że w kolejnych latach nie będzie ona jeszcze wyższa, firmy, które zagospodarowują odpady, już teraz przygotowując się do nowych przetargów, liczą te możliwe, dodatkowe koszty. Kolejny problem to limity nałożone na instalacje przyjmujące śmieci, a także zniesienie regionalizacji, co nie przyczyniło się do zahamowania kosztów gospodarowania odpadami (pisaliśmy o tym: „Monopole odpadowe rozbite, a ceny dalej rosną” – DGP nr 2019/201).

Rzecznik prezydenta Kielc, Tomasz Porębski, zaznacza, że do tej pory budżet odpadowy miasta bilansował się. Jednak w 2020 r. o 40 proc. mają wzrosnąć koszty odbioru odpadów, a o 60 proc. – ich zagospodarowania. Do punktu selektywnej zbiórki (PSZOK) trafia coraz więcej odpadów (m.in. wielkogabarytowych) – władze miasta szacują, że będzie to 20-proc. przyrost. Kielce planują więc wybudować kolejny punkt selektywnej zbiórki – to koszt 2 mln zł. Mieszkańców czekają podwyżki. Lokalne media informują nieoficjalnie, że wstępny projekt zakłada podniesienie opłat za segregowane śmieci z 9,5 zł do ok. 20 zł. Niesegregowanie śmieci ma kosztować 40 zł miesięcznie (obecnie jest to 12 zł).

Z kolei w Koninie w tym roku zabraknie ponad 3 mln zł, stąd podwyżka od 1 stycznia: mieszkańcy zapłacą za segregowane odpady 19 zł, a za brak segregacji 50 zł (do tej pory było to odpowiednio 12 i 20 zł). Pieniędzy brakuje też w Małogoszczu, gdzie opłata jest naliczana od gospodarstwa domowego. Jednoosobowe płaciło do tej pory za śmieci segregowane 5,5 zł, od 1 stycznia będzie to 16 zł.

Samorządowcy przyznają, że do tej pory w części gmin koszty odbioru i zagospodarowania odpadów były po prostu niedoszacowane, a lokalne władze unikały niewygodnego tematu podwyżek. Nawet jeśli gminy dopłacały do systemu, to się tym nie chwaliły. Nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach wymusza jednak większą przejrzystość – wpłaty z opłat śmieciowych będą wpływać na oddzielne konto. W dodatku dopłata z innych źródeł – nawet jeśli nieujawniana – odbywa się kosztem inwestycji i staje się coraz większym problemem wobec rosnących kosztów gospodarowania odpadami. Zaniżaniem stawek nie da się wytłumaczyć na przykład sytuacji w Górze Kalwarii – od maja opłata za odpady segregowane liczona od mieszkańca jest maksymalna i wynosi 33,86 zł (niesegregowane 67,72 zł). W tej miejscowości do przetargu (odbiór i zagospodarowanie odpadów) stanęła tylko jedna firma (problem monopolizacji zbadał w sierpniu UOKiK).

Nieoczywiste przyczyny podwyżek

Uszczelnienie systemu śmieciowego miało ograniczyć szarą strefę i wyeliminować groźbę płonących magazynów odpadów. Przyczyniło się także do urealnienia stawek za śmieci. – Zamknęliśmy fikcyjne instalacje, które miały pozwolenia, ale nie funkcjonowały. Ich właściciele wystawiali fałszywe zaświadczenia, że przyjęli odpady. Te natomiast trafiały do wyrobisk – mówi ekspert branży gospodarki odpadami Michał Paca. I jak zaznacza, w ten sposób, przez łańcuch pośredników, były zagospodarowywane odpady z wielu firm, co obniżało ponoszone przez nie koszty. Teraz nie jest to już tak proste. – Wyeliminowaliśmy działalność przestępczą – zaznacza Michał Paca.

Samorządowcy uważają, że na wzrost opłat dla mieszkańców wpływ mają także nowe rozwiązania dotyczące nieruchomości niezamieszkałych. Część gmin nie chce obejmować ich swoim systemem ze względu na niskie stawki maksymalne za odbiór odpadów z firm, biurowców, instytucji. – Strumień odpadów będzie mniejszy, więc wynegocjowanie dobrej stawki będzie trudniejsze – mówią. Z kolei pozostawienie tych nieruchomości w systemie przy niskich opłatach za pojemnik i worek oznaczałoby konieczność dopłaty do systemu.

Branża odpadowa podnosi z kolei kwestię podniesienia płacy minimalnej, co w sektorze zatrudniającym wielu pracowników o niskich kwalifikacjach, przełoży się na wyższe koszty usług.

>>> Czytaj też: Dużo wydajemy, mało oszczędzamy. Polacy nie martwią się o spowolnienie gospodarcze