Efekt Zandberga, czyli dlaczego Polacy pragną normalności

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
24 listopada 2019, 11:56
Polska protest pięść patriotyzm flaga
Świeżo upieczony poseł wystąpił w Sejmie po exposé premiera Morawieckiego i z miejsca stał się idolem nie tylko mikro elektoratu lewicy, ale połowy kraju, także tej, która teoretycznie ma z nim ideologicznie niewiele wspólnego. /ShutterStock
Czego my, Polacy, pragniemy najbardziej? Polski od morza do morza? Polski białej i dla Polaków? Rozpięcia nas na krzyżu, byśmy znów stali się Chrystusem narodów? Demaskacji spisków i triumfu dobra nad złem? Krwawej zemsty na przeciwnikach politycznych? - pisze Karolina Lewestam.

Być może. Na pewno czasami. Nie obrazilibyśmy się, nic z tych rzeczy. Ale chyba najbardziej na świecie pragniemy normalności.

Świadczy o tym między innymi obserwowany właśnie efekt Zandberga. Świeżo upieczony poseł wystąpił w Sejmie po exposé premiera Morawieckiego i z miejsca stał się idolem nie tylko mikro elektoratu lewicy, ale połowy kraju, także tej, która teoretycznie ma z nim ideologicznie niewiele wspólnego. „Gdyby nie te 70 proc. podatku, sama bym go wybrała na prezydenta” – pisała na Facebooku moja daleka znajoma, której bliżej do tradycyjnego liberalizmu niż socjalizmu; inni znajomi nie stawiali takich warunków i tylko radowali się publicznie, że Zandberg ratuje oblicze polskiej polityki i natychmiast powinien zastąpić Andrzeja Dudę. Jacek Gądek z Gazeta.pl napisał na Twitterze, że to najlepsze przemówienie tej kadencji Sejmu, podobnie twierdziła Joanna Miziołek z „Wprost”. Inni przekonywali, że dzięki temu przemówieniu Zandberg właściwie w wyścigu o fotel prezydenta już wystartował i wysforował się od razu na prowadzenie – w tym nawet Wojciech Wybranowski z „Do Rzeczy”. Moja własna matka, której daleko do kogokolwiek, kto wchodzi w konszachty z SLD, obejrzawszy sejmową debatę, powiedziała: „Wiesz co, takiego prezydenta jak ten Zandberg, to ja bym nawet mogła mieć”. Na jej oceny polityczne wpływa niekiedy ocena atrakcyjności fizycznej kandydata, ale możemy przypuszczać, że nie są to powody wyłączne i że coś w postawie politycznej posła także do niej przemawia.

I ja uległam ogólnej radości, a kiedy polityk zszedł z mównicy, mało nie wstałam z kanapy, wołając: „Brawo, bis!”. Zandberg na prezydenta! Ale ponieważ jestem konstytucyjnie niezdolna do długotrwałej radości, natychmiast zaczęłam analizować, dlaczegóż to owa radość tak na mnie nagle napiera, skoro dotąd traktowałam lidera partii Razem raczej chłodno, często powtarzając (wyświechtane już nieco, co prawda) oskarżenia o rzekomą kawiorowość jego lewicy. Czyżby Zandberg jedną mową znienacka poruszył nasze dusze jak poeta i wieszcz, który potrafi przemeblować narodową wyobraźnię? Czy mówił równie porywająco jak na przykład Barack Obama na pamiętnej konwencji Partii Demokratycznej, na której oczarował tłumy, krzycząc, że nie ma czarnej i białej Ameryki, nie ma republikanów i demokratów, są po prostu Stany Zjednoczone Ameryki?

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP  

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj