Niektórym imponuje idealizm młodej aktywistki klimatycznej Grety Thunberg. Mnie niepokoi. – Jesteśmy u progu zagłady, a wy potraficie tylko wygłaszać te swoje bajki o wiecznym wzroście gospodarczym – robiła wyrzuty elitom podczas wrześniowego szczytu klimatycznego ONZ w Nowym Jorku. Tymi słowami zapisała się – choć zapewne nieświadomie – do obozu antywzrostowców.

Istnieją dwa ruchy intelektualne, które można określić w ten sposób. Pierwszy to „zero growth”, uznający dalsze podbijanie wzrostu gospodarczego za zjawisko niepożądane. Drugi, „degrowth”, jeszcze bardziej radykalny, głosi, że należy nie tylko zrezygnować z dalszego zwiększania PKB, lecz także je zredukować. Celem obu jest ochrona ludzkości przed nią samą, gdyż eksploatując zasoby naturalne, dążymy do samozagłady.

Antywzrostowcy zyskują coraz większy poklask – nawet wśród akademików. Na rok przed wystąpieniem Grety 238 profesorów z całego świata podpisało odezwę do liderów Unii Europejskiej, w której proponują planowe przejście do gospodarki postwzrostowej. Im bliżej roku 2050, tym głosy takie będą silniejsze. To data graniczna, do której według IPCC, Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, należy ściąć globalne emisje dwutlenku węgla do zera. Jeśli ten cel nie zostanie zrealizowany, to „świat, jaki znamy” – by użyć słów Marcina Popkiewicza, fizyka i klimatologa, który niedawno przestrzegał przed tym na naszych łamach (Magazyn DGP 221 z 15 listopada 2019 r. „Czas końca światów”) – skończy się.

Problem w tym, że skutkiem realizacji idei antywzrostowców jest właśnie zagłada. Zagłada ekonomiczna. Śmierć przez dobre intencje.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP