Przez całe dekady znakomita większość naszego zapotrzebowania na gaz pokrywał surowiec z Rosji transportowany gazociągiem jamalskim. Wydawało się najprostszym i najtańszym rozwiązaniem naszych problemów energetycznych, przynajmniej jeśli chodzi o błękitne paliwo. Na usprawiedliwienie władz z początków III RP można powiedzieć, że innych możliwości praktycznie nie było, przesyłany gazociągiem rosyjski gaz był – przynajmniej potencjalnie
– tańszy od surowca z innych źródeł. Nie mieliśmy wówczas wystarczająco pojemnych połączeń gazowych z innymi krajami, również technologie skraplania gazu były wówczas w powijakach, a przynajmniej nie tak rozpowszechnione jak obecnie.

Nie dysponując praktycznie żądnymi innymi możliwościami zaopatrzenia w ten surowiec, przy stanowczo za małym wydobyciu krajowym, zaspokajającym około jednej trzeciej zapotrzebowania, Polska zwróciła się ku Rosji. Ba, mogliśmy mieć nawet obawy, czy Rosja świeżo wyłoniona z ZSRR będzie chciało sprzedawać strategiczny surowiec krajowi, który w znacznej mierze przyczynił się do rozpadu jej imperium. Ale Rosja, z gospodarką w rozsypce, bardzo potrzebowała wtedy pieniędzy, my potrzebowaliśmy gazu i porozumienie zostało zawarte.

Bierz albo płać

W lipcu 1993 r. Polska i Rosja podpisały umowę w sprawie budowy gazociągu, na podstawie której gaz ze złóż jamalskich na Syberii miał popłynąć przez Polskę do Europy Zachodniej. To zresztą miało stanowić gwarancję – wątpliwą, jak się później okazało – że Rosja nie zakręci kurka, bo wówczas dostawy nie docierałyby również do Europy Zachodniej, a Moskwa traciłaby cenne dla niej dewizy.

W momencie podpisywania kontraktu zapotrzebowanie Polski na błękitne paliwo oscylowało w granicach 10 mld m sześc. w skali roku. Koszty budowy odcinka przebiegającego przez Polskę szacowano na 3 mld dol.

Reklama

W następnej umowie, z 1995 r. uzgodniono zakres dostaw do Polski. To właśnie wtedy przesądzone zostało, że Polska będzie otrzymywać 10 mld m sześc. gazu rocznie, przy niekorzystnej formule „Take or Pay”, oznaczającej, że nawet gdybyśmy gazu nie odebrali, to i tak musimy zapłacić za zakontraktowaną ilość. W 2010 r. kontrakt był renegocjowany przez ówczesnego wicepremiera Waldemara Pawlaka i wicepremiera Rosji Igora Sieczina. Krytycy twierdzą, że zmieniono wówczas na niekorzyść i tak mało korzystną umowę zawartą półtorej dekady wcześniej. Porozumienie dotyczyło zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Polski o ok. 2 mld m sześc. rocznie. Uzależnienie od Rosji wzrastało.

Formuła Take or Pay ewidentnie nie sprzyjała dywersyfikacji, bo po co starać się o gaz z innych źródeł, skoro i tak musimy zapłacić za rosyjski. Ponadto zapewnienie dostaw z innych kierunków wymagało wielomiliardowych inwestycji w infrastrukturę, a nie dawało gwarancji konkurencyjności cenowej. W 2001 r. rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej, rezygnując z zapoczątkowanego przez poprzedników projektu budowy gazociągu z Morza Norweskiego, używał argumentu, że gaz norweski będzie droższy niż rosyjski.

Zmiana reguł gry

Po dojściu do władzy w Rosji Wałdimira Putina okazało się, że gaz ziemny podobnie jak inne surowce energetyczne jest nie tylko towarem, ale może okazać się również bronią. Dwukrotne przykręcenie kurka Ukrainie (w latach 2006 i 2009), które odczuła również Europa Zachodnia, budowa na dnie Bałtyku gazociągu Nord Stream (obecnie powstaje już druga jego nitka), co znakomicie by ułatwiło naciski na kraje Europy Środkowej, bo gazociąg je omijał, wreszcie agresja na Ukrainę uświadomiły polskim politykom, a po części również i Unii Europejskiej, że Rosja nie jest normalnym partnerem handlowym i że oprócz uwarunkowań biznesowych rządzą tam polityczne ambicje.

Mniej więcej od połowy ubiegłej dekady przyjęto kurs na dywersyfikację.

Wówczas narodził się pomysł budowy terminala LNG w Świnoujściu, co miało związek z rosnącą popularnością LNG i było m.in. skutkiem rewolucji łupkowej w Stanach Zjednoczonych. Projekt został zrealizowany w 2015 r.

Z wielu kierunków

Obecna zdolność przeładunkowa terminalu LNG wynosi 5 mld m sześc. rocznie, a w perspektywie kolejnych lat ma zostać zwiększona do 7,5 mld m sześc. rocznie. Przy wykorzystaniu całkowitej obecnej mocy regazyfikacyjnej terminala można zaspokoić ok. 30 proc. krajowego zapotrzebowania na surowiec. Dla przypomnienia w 2017 r. udział LNG w bilansie dostaw gazu wynosił 11,2 proc.

W planach jest również uruchomienie drugiego – pływającego terminala, który cumować ma w Zatoce Gdańskiej. Poszerzenie infrastruktury do odbioru gazu jest konieczne, ponieważ – dzięki całemu pakietowi już zawartych umów z Katarem i USA w 2024 r. do Polski trafiać może aż 12,5 mld m sześc. LNG rocznie.

Mniej znaczącym, ale istotnym zabezpieczeniem naszych dostaw, jest np. tzw. rewers na gazociągu jamalskim. Najpierw było to rozwiązanie wirtualne – tzn. mogliśmy kupować od Niemiec gaz z puli tłoczonej do nich przez Gazprom. Potem realne – czyli mamy faktyczną możliwość tłoczenia surowca z Zachodu na Wschód. Obecnie pozyskujemy z tego kierunku ok. 2,5 mld m sześc. gazu rocznie.

Najważniejszym projektem jest jednak Baltic Pipe, czyli gazociąg z norwskiego szelfu kontynentalnego, którym do Polski może popłynąć nawet 10 mld m sześc. paliwa, czyli tyle ile obecnie możemy sprowadzać z Rosji. Zgodnie z harmonogramem uruchomienie przesyłu powinno nastąpić w październiku 2022 r. Ukończenie projektu w wyznaczonym terminie zbiega się z końcem umowy z Gazpromem.

Jeżeli wszystkie te projekty
– zwłaszcza rozbudowa terminalu LNG i Baltic Pipe zakończą się powodzeniem w terminie – będziemy się mogli obejść bez rosyjskiego gazu, co nie znaczy, że będziemy musieli. Nie mając możliwości dywersyfikacji, byliśmy skazani na rosyjskie warunki i – jak twierdzi prezes PGNiG
– od 2014 r. przepłacaliśmy miliard złotych rocznie. Po 2022 r., gdy nie będziemy musieli się obawiać zakręcenia przez Rosjan kurka, o wyborze kierunku dostaw będzie decydować już tylko cena.

Partnerzy dodatku

Źródło nieznane