Trwa walka o usunięcie Donalda Trumpa z urzędu. Na razie cały proces znajduje się mniej więcej w połowie. Po zakończeniu przesłuchań świadków Izba Reprezentantów postawiła prezydentowi dwa zarzuty, ujęte w tzw. artykułach impeachmentu. Pierwszy dotyczy nadużycia władzy, drugi – utrudniania Kongresowi pracy (Biały Dom nie zgodził się na to, żeby kilku pracowników stawiło się na Kapitol na przesłuchania).

Impeachment, czyli wywodząca się z brytyjskiej tradycji procedura usunięcia z urzędu, jest dziś słowem odmienianym przez wszystkie przypadki. Pozwalają na to realia epoki mediów społecznościowych. Szafuje się nim z taką dezynwolturą, że można odnieść wrażenie, iż Donald Trump już się żegna z urzędem. To nie takie proste. Konstrukcja odsuwania od władzy przypomina zwykły proces sądowy. Rolę kolektywnego prokuratora pełni Izba Reprezentantów. „Ona też będzie miała wyłączne stawiania w stan oskarżenia za nadużycia popełnione w czasie sprawowania urzędu” – tak określa rolę kongresmenów zasadnicza.

Ale żeby do sformułowania aktu oskarżenia doszło, Izba musi znaleźć dowody. Demokraci formułując dwa artykuły impeachmentu w środowy wieczór uznali, że te się znalazły. Pozyskano je, przesłuchując świadków. Mechanizm ten przypomina komisje śledcze polskiego Sejmu. Nancy Pelosi udało się przekonać do wniesienia aktu oskarżenia przeciwko prezydentowi wszystkich członków swojej partii oprócz dwóch, z których jeden, Jeff van Drew z New Jersey ogłosił, że przechodzi do republikanów, a drugi, Colin Peterson z Minnesoty, reprezentuje w Izbie bardzo konserwatywny okręg wyborczy i nie chciał się narazić swojemu elektoratowi, który Trumpa po prostu lubi i ufa mu. Jednym słowem, dowody za wystarczająco mocne uznali tylko przedstawiciele opozycji.

Teraz, gdy Trumpa postawiono w stan oskarżenia, sprawa idzie do Senatu, a grupa kongresmenów – de facto wyselekcjonowanych przez Nancy Pelosi - zostaje oddelegowana do roli prokuratora. „Senatowi będzie przysługiwać wyłączne prawo rozpatrywania oskarżeń o nadużycia popełnione w związku ze sprawowaniem urzędu. (…) Rozprawie przeciw Prezydentowi Stanów Zjednoczonych będzie przewodniczył Prezes Sądu Najwyższego. Nikt nie może być uznany za winnego bez zgody dwóch trzecich obecnych na posiedzeniu senatorów” – zapisano w konstytucji.

Afera ukraińska według konstytucjonalistów jest dowodem na przekroczenie uprawnień przez prezydenta oraz nadużycie władzy w postaci próby zaangażowania amerykańskiego fiskusa oraz armii do realizacji partykularnych interesów politycznych. Ale czy senatorowie są tego samego zdania? Nic na to nie wskazuje. Jak dotąd ani jeden z 53 republikanów nie poparł inicjatywy impeachmentu, a że do wyroku skazującego potrzeba 67 głosów, 20 z nich musiałoby dołączyć do całego klubu demokratycznego.

Reklama

Gdyby ktokolwiek z prawicy się na to zdecydował, ekipa Trumpa, który zdominował Partię Republikańską, znalazłaby rywala dla takiego senatora w kolejnym cyklu prawyborów. Dlatego dziś, na nieco ponad rok przed wyborami prezydenckimi, szanse na impeachment prezydenta USA są bliskie zeru. Ale gdyby jednak ten promil szansy się spełnił, nie oznacza to, że Donald Trump trafi automatycznie do więzienia. Według ustawy zasadniczej w sprawie o nadużycie popełnione w związku ze sprawowaniem urzędu można skazać tylko na usunięcie z zajmowanego urzędu. Dopiero wówczas prezydent będzie mógł – na mocy powszechnego prawa – być pociągnięty do odpowiedzialności karnej i skazany.

>>> Czytaj też: Impeachment Trumpa: teraz wszystko w rękach Senatu