W XXI w. podatki nie służą już jedynie do zaspokajania potrzeb budżetowych. Spełniają wiele innych ważnych zadań, takich jak ograniczanie nierówności ekonomicznych czy niwelowanie negatywnych efektów różnego rodzaju działalności gospodarczej.
Najlepszym przykładem tej drugiej funkcji są opłaty za emisję dwutlenku węgla, które obowiązują w Unii Europejskiej. W ostatnim czasie w krajach Zachodu pojawiła się moda, by podatki traktować jako instrument wychowawczy. Skoro nakładając takie obciążenia na korporacje, można skłonić je do ograniczenia pewnych działań, to dlaczego nie próbować tego samego w stosunku do obywateli, aby wyeliminować „społecznie niepożądane” zachowania?
Obecna ekipa rządząca chętnie przyłączyła się do tego trendu, co nie dziwi – w końcu naczelną ideą Zjednoczonej Prawicy jest kształtowanie społeczeństwa według odgórnie przyjętej, konserwatywno-socjalnej koncepcji. Problem w tym, że podatki w omawianym znaczeniu stają się batem na najbiedniejszych. A batem, jak już dobrze wiadomo, trudno kogokolwiek wychować. Nawet jeśli z pozoru niewinnie nazwiemy go „akcyzą” albo „podatkiem cukrowym”.

Energetyk i papierosy

Nadwaga i otyłość bez wątpienia stały się chorobami cywilizacyjnymi państw rozwiniętych, do których z taką dumą niedawno dołączyliśmy. Odsetek Polek i Polaków cierpiących na te przypadłości nie odbiega od średniej unijnej, a przy tym wciąż rośnie. Chęć zatrzymania tego trendu jest więc chwalebna. Są też dowody na to, że za epidemię otyłości przynajmniej częściowo odpowiada konsumpcja przetworzonych produktów słodzonych. Według analizy NFZ w latach 2008–2017 przeciętne spożycie cukru na mieszkańca wzrosło u nas rocznie o 6 kg, choć konsumpcja czystego cukru spadła – też o niecałe 6 kg. Mniej więc słodzimy sami, ale jemy zdecydowanie więcej produktów, które wcześniej posłodzono w fabryce.
Jako społeczeństwo sporo też palimy – ok. 22 proc. Polaków to nałogowi palacze, przy średniej UE wynoszącej 18 proc. Alkoholu pijemy nieco mniej niż najbardziej rozpite narody świata, czyli Francuzi i Czesi, ale zdecydowanie więcej niż Hiszpanie, Włosi, Szwedzi czy nawet mieszkańcy mroźnej Finlandii. Co gorsza, od początku wieku przeciętne spożycie czystego alkoholu na osobę w Polsce wzrosło o prawie 3 litry rocznie. Innym negatywnym zjawiskiem stała się wielka popularność słodzonych napojów ze stymulantami, głównie kofeiną – według NFZ pije je regularnie dwie trzecie nastolatków. Gdyby Jim Jarmusch dzisiaj miał nakręcić swój słynny film z 2003 r., nazwałby go zapewne „Energetyk i papierosy”.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP