Ja. Nie boję się, bo sieć jest genialnym miejscem komunikacji z ludźmi, z którymi nie zawsze mogę spotkać się w realu, a z którymi mamy sobie coś do przekazania. Tym czymś jest wiedza. Bo edukacja to relacja, a internet daje mi zasięg.
Oni już tam są, więc nikogo siłą nie wciągam. Pokazuję, że można robić coś innego niż straszyć rodziców wynikami badań o tym, ile czasu z komórką w ręku spędzają dzieci. Albo organizować kampanie ostrzegające przed szkodliwymi skutkami zamieszczania w sieci zdjęć czy filmików, które kogoś ośmieszają. Im więcej dobrego wrzucę do sieci jako nauczyciel, im więcej osób zachęcę do twórczego korzystania z niej, tym bezpieczniejszym będzie ona miejscem.
Tak się nazywam w mediach społecznościowych, taki jest mój kanał na YT. Ale zaczynałem jako zwykły nauczyciel tablicowy. Czyli taki, co kredą rysuje w klasie wiązania chemiczne. Zawsze jednak chciałem robić coś więcej. Najpierw w 2008 r. w gimnazjum w Koziegłowach, niewielkim mieście pod Poznaniem, założyłem z uczniami kanał na YT. Robiliśmy filmy promujące szkołę, relacje z ważnych wydarzeń. Chodziło o to, by dzieciaki po lekcjach nie uciekały do miasta i szwendały się po galeriach handlowych, ale by je integrować. I do tego właśnie służył mi ten „zły” internet, który ponoć zabija relacje między ludźmi. Od 2012 r. zaczęliśmy pracować w grupie na FB. Ustalaliśmy tam wszystkie szczegóły naszych planów, które potem w realu sprawnie realizowaliśmy. Po reformie edukacji w 2018 r. przeniosłem się do liceum w Bolechowie i dalej rozkręcałem swoją działalność.
Smartfon to przede wszystkim dostęp do sieci. Bez tego nie miałby dla uczniów znaczenia. Dla dorosłych również. Myślę, że sceptyczna postawa części nauczycieli bierze się stąd, że nie mają czasu się szkolić, a jeśli już, to szkolenia, na które w końcu trafiają, są prowadzone mało ciekawie. Nauczyciele wykorzystują więc w edukacji te narzędzia, które znają i z którymi czują się najpewniej. Bo nikt im nie pokazał, że można inaczej.
