Ostatni tydzień upłynął nam na oswajaniu się z faktem, że SARS-CoV-2 pojawił się w Polsce. Choć było to nieuchronne, to w splocie różnych złych wiadomości można odnaleźć jeden pozytyw – zaczyna do nas docierać, do czego potrzebne jest sprawnie działające państwo.

Takie, które potrafi chronić obywateli przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami. Bo ta właśnie funkcja stanowi samą esencję idei państwa. Bez zdolności do jej wypełniania nie ma ono sensu, bo przeistacza się w opresyjną instytucję służącą ściąganiu podatków i zaspokajaniu ambicji rządzących.

Epidemie bywają testem dla odpowiedzialności i skuteczności państwa. Sto lat temu, tuż po odzyskaniu niepodległości, II RP zdała ten egzamin celująco.

Zaraza ze Wschodu

„Zachowanie ludności względem zarządzeń sanitarnych jeszcze dość oporne. Ukrywanie chorych zakaźnie jest rzeczą zwykłą, dokonywanie odwszawień i dezynfekcji, a szczególnie odsyłanie chorych do szpitala epidemiologicznego, po większej części odbywa się pod przymusem” – alarmował na początku 1919 r. w raporcie wysłanym z Kielc lekarz powiatowy Władysław Buszkowski.

>>> Czytaj też: Pandemia, wojna i kryzys. Kiedy i czego warto się bać? 

Podobnych raportów spływało do Ministerstwa Zdrowia Publicznego (MZP), na biurko kierującego nim dr. Witolda Chodźki, całe mnóstwo. Państwo polskie istniało dopiero kilka miesięcy, a nie dość, że musiało toczyć walki o granice, to na dokładkę groził mu wybuch jednocześnie kilku śmiertelnie niebezpiecznych epidemii. Sprzyjały temu zniszczenia, głód i migracje ludności, gdy przez ziemie polskie przetoczyła się najpierw armia rosyjska, a potem niemiecka i austro-węgierska. Za żołnierzami, cywilami, uciekinierami, dezerterami oraz jeńcami wojennymi jak cień podążały bakterie i wirusy.

Jednak jeszcze większe zagrożenie czaiło się na Wschodzie. „(…) W okresie I wojny światowej i po jej zakończeniu, na terytorium Rosji występowały liczne ogniska tyfusu plamistego, tyfusu brzusznego, cholery azjatyckiej, ospy prawdziwej i czerwonki. Według rosyjskich danych statystycznych w 1919 r. stwierdzono 2 119 549, a w 1920 r. 2 354 656 przypadków tyfusu plamistego” – wylicza Jolanta Sadowska w opracowaniu „Zwalczanie ostrych chorób zakaźnych w Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym (1918–1939)”. Przy czym dane pochodziły z rejonów, gdzie istniały jakieś państwowe instytucje. W Rosji trwała wojna domowa i na olbrzymich połaciach kraju panował chaos – liczba zakażonych była więc wielokrotnie większa.

MZP próbowało zorganizować na Kresach kordon sanitarny, ale początek wojny z bolszewicką Rosja zniweczył wysiłki resortu. Najszybciej odczuto to we Lwowie i w Wilnie. „O ile przed I wojną światową w szpitalu wileńskim leczono rocznie 600–800 zakażonych osób, o tyle w okresie od stycznia do marca 1919 r. codziennie do tego samego szpitala w Wilnie przyjmowano 600 chorych (na dur plamisty – red.)” – opisuje Agnieszka Młudzik w opracowaniu „Występowanie i zwalczanie duru plamistego na ziemiach litewsko-białoruskich w latach 1904–1920”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP