Niemal w każdej zapaści gospodarczej od połowy lat 90. pierwszoplanową rolę odgrywał sektor finansowy. Kryzys azjatycki z 1997 r., kryzys rosyjski rok później, pęknięcie bańki dotcomów w 2002 r., no i oczywiście światowy kryzys z 2008 r. – wszystkie zaczynały się od załamania kursu waluty, obligacji czy akcji. Dopiero w kolejnej fazie wirus przenosił się na realną gospodarkę.

Tym razem może być inaczej. Różnice najłatwiej pokazać, porównując, co się działo na świecie w latach 2007–2008, z tym, z czym mamy już do czynienia dziś. Początek kryzysu sprzed 12 lat to załamanie płynności sektora finansowego. Źródłem problemu były kredyty hipoteczne rozdawane przez amerykańskie banki na prawo i lewo. Konsumenci – często o wątpliwej zdolności kredytowej – przestawali spłacać zadłużenie i już w pierwszej połowie 2007 r. zaczęły upadać instytucje finansowe. A ponieważ amerykańska inżynieria finansowa była podówczas bardzo innowacyjna, ktoś wpadł na pomysł, żeby zarobić kilka razy na jednym długu, i wyemitowano obligacje, których zabezpieczeniem były kredyty hipoteczne. Handlowano nimi w najlepsze: instrumenty kupowały największe banki, nie do końca jednak mając świadomość, co się za nimi kryje. Mimo wysokich ratingów w portfelach, obok sprawnie spłacanych kredytów, były też śmieci.

>>> Czytaj też: Kryzysy zmieniają zachowania. Status majątkowy wpływa na postrzeganie ryzyka 

Wraz z rosnącą liczbą bankructw instytucji kredytowych wartość obligacji spadała. Na dodatek pękła bańka cenowa na rynku nieruchomości, w efekcie czego domy i mieszkania kosztowały zbyt mało, by pokryć długi z tytułu niespłacanych kredytów. To wszystko negatywnie odbijało się na bilansach banków – w niektórych przypadkach musiał interweniować amerykański Fed, który ratował m.in. Bear Stearns, jeden z największych wówczas banków inwestycyjnych w USA. Punktem kulminacyjnym – i jednocześnie iskrą, która wywołała pożar w światowych finansach – był upadek „zbyt wielkiego, by upaść” banku Lehman Brothers 15 września 2008 r. To zdarzenie wywołało tak wielki szok (jeszcze w 2007 r. bank wykazywał duży zysk i miał najwyższe ratingi kredytowe), że bankierzy przestali komukolwiek wierzyć i rynek pożyczek międzybankowych praktycznie zamarł. Co spotęgowało problemy z płynnością i zamknęło tzw. kanał kredytowy finansowania gospodarki realnej. Świat stanął w obliczu recesji.

Dziś sytuacja prawie w ogóle nie przypomina tej sprzed 12 lat. Tym razem rynek finansowy nie będzie przyczyną globalnego spowolnienia, ale raczej jego ofiarą. Rozprzestrzeniająca się choroba wywołuje jednocześnie tzw. szok podażowy i popytowy. Ten pierwszy polega na tym, że wprowadzenie kolejnych czerwonych stref w różnych krajach, czyli wysyłanie ludzi na kwarantannę, wiąże się z zamykaniem zakładów pracy. To oznacza, że fabryki przestają produkować. Co gorsza, do stref nie można swobodnie wjeżdżać ani z nich wyjeżdżać. Pękają więc ogniwa łańcuchów logistycznych. W efekcie zatrzymanie produkcji w takim kraju jak Chiny może powodować problemy w Europie, w tym w Polsce. Chiny są drugim co do wielkości dostawcą komponentów do naszej rodzimej produkcji, zarówno tej kierowanej na rynek wewnętrzny, jak i na eksport. Jeśli nie ma komponentów, to nie ma z czego wytwarzać. Spada więc podaż towarów. A jeśli spada podaż, to i przychody ze sprzedaży. Przedsiębiorcy tracą płynność finansową i bankrutują. Szok popytowy zobaczymy z kolei przede wszystkim w niektórych usługach. Turystyka, transport osób, a pewnie także kultura i rozrywka oraz tzw. branża eventowa są dziś na pierwszej linii frontu. Strach przed zakażeniem zniechęca klientów, a skutki będą takie same, jak w przypadku zrywania łańcuchów dostaw: mniejsze przychody, zaburzenia płynności, bankructwa.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP