Premier zapowiada odmrożenie gospodarki. Jest jakiś plan odmrażania służby zdrowia?

Adam Niedzielski, prezes Narodowego Funduszu Zdrowia: Oczywiście. I pewnie będzie prezentowany równolegle.

Co pójdzie na pierwszy ogień?

Dostęp do specjalistyki. Spośród zawieszonych świadczeń opieka specjalistyczna jest tym, czego pacjenci będą potrzebować w pierwszej kolejności. Ale będziemy robić to sukcesywnie – opierając się na teleporadach, żeby jednak wciąż minimalizować bezpośredni kontakt z personelem medycznym. W ten sposób chcemy m.in. zmienić model nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej.

Czyli?

Zanim ktoś pojedzie do lekarza w nocy, będzie mógł uzyskać teleporadę za pomocą specjalnej platformy informatycznej przygotowanej przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia. Lekarz lub pielęgniarka w trakcie wywiadu ustali, jakiego rodzaju pomocy potrzebuje pacjent. I pomoże lub ‒ jeśli będzie to konieczne ‒ skieruje do najbliższej placówki.

Tylko skieruje czy od razu zorganizuje tam przyjęcie?

Docelowy model przewiduje umówienie wizyty w konkretnej poradni, ale na początek ‒ konsultant wskaże adresy i telefony do najbliższych placówek. Lekarz za jedną teleporadę dla pacjenta nocnego przyjmowanego między godz. 18 a 8 dostanie 40 zł, pielęgniarka ‒ 13 zł. W ciągu dnia ta wycena jest niższa, bo podstawowym kontaktem powinien być lekarz rodzinny.

Ci nie dostają za teleporady dodatkowych pieniędzy?

Lekarze rodzinni otrzymują stawkę kapitacyjną, czyli stałą kwotę za każdego pacjenta. W ramach tej kwoty mogą świadczyć opiekę medyczną w zależności od preferencji co do formy kontaktu.

Szwankuje także ta zwykła opieka. Są historie, że ktoś krążył od szpitala do szpitala z podejrzeniem wyrostka robaczkowego i był odsyłany, bo koronawirus.

Wprowadziliśmy takie rozwiązanie jak wstępna kwalifikacja typu pretriage – to miejsce, w którym szpital może oddzielić pacjentów z koronawirusem czy podejrzeniem i skierować na odpowiedni oddział. Dyrektorzy placówek powinni tak zorganizować opiekę, żeby zaoferować odpowiednią pomoc.

>>> Czytaj też: Na podatność na zakażenie SARS-CoV-2 może mieć wpływ zła jakość powietrza

Wiemy z doświadczenia, że nie zawsze to wychodzi, a szpitale zawieszają działalność.

NFZ płaci za opiekę. Za organizację pracy odpowiada dyrektor placówki. Wprowadziliśmy również ostatnio nową usługę – płacimy za pobyt w izolatorium, w których można położyć kogoś z koronawirusem, o lekkim przebiegu choroby.

Są puste.

Dlatego, że szpitale covidowe wciąż dysponują wolnymi łóżkami. Jesteśmy przygotowani na większy napływ pacjentów. Na szczęście ich liczba nie przekracza wydolności systemu zdrowia, więc wiele szpitali czeka w gotowości.

To paradoks. Łóżka stoją puste, a chorzy mają kłopot z leczeniem. A w dodatku część leczenia ograniczono odgórnie. Zahamowano część przyjęć z powodu obaw o zapasy krwi. Choćby wszczepianie endoprotezoplastyk czy części zabiegów chirurgicznych.

Doprecyzujmy – to był ruch wyprzedzający. Chcieliśmy mieć pewność, że nikomu, w razie potrzeby, krwi nie zabraknie. I to się udało. W niełatwej sytuacji epidemicznej podejmujemy decyzje wyprzedzające, a nie reaktywne. W odmiennej sekwencji będziemy podejmować decyzje dotyczące odmrażania. Przy ograniczeniach trzeba uznać za wiodące kryterium szybkości podejmowanych decyzji, a przy rozmrażaniu postępować z dużą rozwagą, kierując się racjonalnością i obserwując skutki takich kroków.

I tak, i nie – bo istnieją obawy, że więcej osób umrze z powodu nieleczonych chorób niż koronawirusa. Którzy pacjenci będą pierwsi „odmrażani”?

Onkologiczni. Resort zdrowia przygotowuje ośrodki koordynacyjne, które będą w każdym województwie organizować, czy też raczej zarządzać opieką nad chorymi na raka. Będą kierować ruchem pacjenta, żeby chorzy mogli jak najszybciej trafić na zabiegi czy leczenie.

>>> Czytaj też: Nowy kapitalizm post-pandemiczny

Co najbardziej stanęło? To widać w sprawozdawczości?

Koronawirus wyprzedza sprawozdawczość – COVID trwa nieco ponad miesiąc, to mniej więcej tyle, ile termin sprawozdawczości szpitali. Pierwsze dane, jakimi dysponujemy, to dane finansowe, a konkretnie ‒ ile wydaliśmy na leczenie COVID-19.

Ile?

Ponad 100 mln zł.

Na co?

Zdecydowana większość to opłaty za gotowość szpitali. Płacimy za każde łóżko, które jest gotowe na przyjęcie pacjenta z koronawirusem. Przyjęliśmy politykę państwa, aby płynność finansowa szpitali ani przez chwilę nie była zagrożona.

Szpitale przyznają, że obecnie mają finansowanie. Ale boją się, że jeżeli miały np. wykonać 100 zabiegów wszczepienia endoprotez, co teraz wstrzymano, to będą musiały tę setkę hurtem zrobić pod koniec roku. Inaczej będą musiały zwrócić pieniądze.

Na tę chwilę stosujemy instrument zaliczkowy. Ale staramy się reagować na bieżąco. Początkowo uważaliśmy, że plany, które są zapisane w kontrakcie, placówka będzie miała szansę wykonać, kiedy pandemia się skończy. A to szybko nie nastąpi, więc gdy będziemy wiedzieli, że szpitale nie będą miały do końca roku możliwości wykonania kontraktu – to podejmiemy decyzję, żeby ten czas przedłużyć. Naszym założeniem jest to, by placówki nie straciły finansowo. Dostały też podwyżkę punktu o 5 proc. Oznacza to zwiększenie wartości ryczałtu dla szpitali, które jest naliczane wstecznie od stycznia.

Szpitale mówią, że walczyły o to jeszcze przed COVID, m.in. podwyżką wynagrodzenia minimalnego dla pracowników. I wtedy domagały się wzrostu o 10 proc.

Zawsze mogą istnieć rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami a wyceną. Ale korzystamy z tych środków, którymi dysponujemy. Warto przypomnieć natomiast, że pieniądze na COVID-19 pochodzą z budżetu państwa. Tych wydatków będzie o wiele więcej.

>>> Czytaj też: Przymus pracy z zakażonymi to niewypał. "Straszenie karami jest nieludzkie"

Ile miesięcznie?

Szacujemy, że ok. 400 mln zł miesięcznie.

To wszystko na te puste łóżka?

Na łóżka w gotowości, na hospitalizacje, na transport – ale tylko do kwestii związanych z koronawirusem.

To mocno uszczupla budżet na zdrowie?

Środki na świadczenia związane z przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 gwarantuje specustawa, która jednoznacznie określa, że wszystkie wydatki związane z zapobieganiem i zwalczaniem koronawirusa pochodzą z budżetu państwa. Oznacza to, że finansowanie zapobiegania i zwalczania epidemii COVID-19 nie odbędzie się kosztem innych świadczeń, za które płaci Narodowy Fundusz Zdrowia. Na razie zatem wszystkie dodatkowe środki na COVID płyną z budżetu, a nie z pieniędzy ze składek.

Które i tak będą o wiele niższe. Ludzie tracą pracę, mają zmniejszane pensje, składek jest mniej i są o wiele niższe.

Musimy się z tym liczyć.

O ile już spadły wpływy?

Za wcześnie na takie szczegółowe wyliczenia.

>>> Czytaj też: Polska gospodarka jest znacznie odporniejsza na kryzys niż gospodarki innych państw UE

Szacunkowo?

Będziemy wiedzieć za kilka tygodni. Jestem ekonomistą i uważam, że wszystkie modele wyliczające w tej chwili skutki dla polskiej gospodarki są obciążone błędem. Poza tym stabilność gwarantuje tarcza antykryzysowa – przy stratach firm ubytki składek na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne są uzupełniane przez państwo. Właśnie po to, by system ochrony zdrowia funkcjonował bez większych zmian. Gwarantem jest też ustawa 6 proc. Dwa lata temu ustaliliśmy, że budżet na zdrowie nie jest już uzależniony wyłącznie od tego, jakiej wysokości wpłynie składka. Ustawa wyraźnie wskazuje, że musi to być 6 proc. PKB. Więc jeżeli wpływ ze składek będzie niższy, to budżet tę różnicę uzupełni.

Ale i tak będzie mniej – bo PKB spadnie.

A tu panią zaskoczę ‒ pamięta pani burzliwą publiczną dyskusję o tym, że to 6 proc. ma być liczone od PKB sprzed dwóch lat? Wtedy wszyscy krytykowali ten zapis, tłumacząc, że gospodarka tak dobrze się rozwija, a ten odsetek ma być liczony od produktu brutto z wcześniejszych lat. Teraz okazuje się, że dla zdrowia ten zapis jest bardzo korzystny – przynajmniej w najbliższych latach – będzie on liczony od wyższej kwoty.

To, co budzi kontrowersje, to mniej pieniądze, bardziej organizacja. Choćby planowany nakaz pracy lekarza w jednym miejscu. Wtedy ograniczenie dostępu do tych świadczeń, od czego zaczęliśmy rozmowę, mogłoby być jeszcze bardziej zawężone. Z braku powodu personelu.

Ale z drugiej strony jest obecnie pewien zasób niewykorzystanych ludzi w systemie ochrony zdrowia. Przykład? Pracownicy ‒ lekarze, pielęgniarki zamkniętych dziś uzdrowisk. Szkolne pielęgniarki, higienistki.

To, co mogłoby ratować sytuację, to regularne testowanie pracowników służby zdrowia. NFZ zaczął je niedawno finansować. Kiedy to przeanalizowałam, okazało się, że to właściwie dotyczy tylko szpitali, które mają własne laboratorium.

Fundusz finansuje wszystkie testy, które rozliczają z nami szpitale z wykazu wojewody. Szpital może się umówić z taką placówką, która ma laboratorium własne lub zakontraktowane.

Tam robią priorytetowo badania swoich pracowników. Dlaczego nie z jakimkolwiek laboratorium, które jest na liście MZ i jest certyfikowane? Tam są również prywatne placówki diagnostyczne.

Pracujemy nad tym, żeby poszerzyć możliwości finansowania testów. I będziemy się rozliczać z laboratoriami.

Nie rozumiem, kiedy badania finansuje sanepid, a kiedy NFZ?

Sanepid zleca swoje badania, kiedy np. nakazuje kwarantannę. NFZ finansuje testy zlecane przez lekarzy.

Mogą zlecić testy całemu personelowi co tydzień?

Kryteria ustala główny inspektor sanitarny.

Czy powinno to być poszerzone? Dyrektorzy mówią, że to w jakiejś mierze rozwiązałoby problem braku personelu.

NFZ rozliczy każde zlecone przez lekarza badanie.

Tych problemów jest wiele. Doszło do tego, że uruchomiliście telefon kryzysowy. Dla lekarzy. Dość nietypowe zadania jak na NFZ, który jest płatnikiem, a nie mediatorem.

Uruchomiliśmy dwa numery. Jeden ‒ pod którym personel medyczny może otrzymać informacje na temat zaleceń GIS, a także jakie ośrodki w najbliższej okolicy są czynne i gdzie mogą kierować pacjentów. Drugi ‒ to numer, pod którym mogą zgłosić informacje o nieprawidłowościach związanych z udzielaniem świadczeń zdrowotnych wobec pacjentów z podejrzeniem lub zakażeniem koronawirusem. Mamy już ok. 100 zgłoszeń. Większość spraw jest jednak domeną sanepidu.

I kierujecie go do GIS. Tak jak na infolinii dla pacjentów…

Nie. Mamy wypracowaną wspólną ścieżkę z sanepidem w takich przypadkach i np. przekazujemy kontakt do lekarza. Ale część spraw weryfikujemy. Dyrektorzy oddziałów funduszu otrzymują zgłoszenie, że w ich województwie pojawił się problem, i to oni bezpośrednio sprawdzają, czy zostały tam naruszone procedury.

Czy dyrektorzy w razie podejrzenia zakażonego w placówce mogą zamykać lekarzy razem z pacjentami? Takie sytuacje się zdarzają – zamykany jest cały oddział. Ze wszystkimi.

Takie skargi również się pojawiły. Trzeba każdy przypadek rozważyć indywidualnie.

Weryfikujemy również z sanepidem, czy ta metoda postępowania była z nim ustalona.

Czasem okazuje się, że takie były właśnie zalecenia, gdyż nie było innej możliwości ograniczenia rozprzestrzeniania się choroby. Jeżeli jednak okazuje się, że było to nadużycie, bo nie ma wyraźnych wskazań epidemiologicznych, wtedy rozmawiamy z dyrektorem danej placówki. Ekstremalne przypadki będą również wyjaśniane w późniejszym terminie w trybie kontroli. Teraz najważniejsza jest mobilizacja wszystkich sił i środków w celu zwalczania COVID-19. 

>>> Czytaj też: Kryzysowa "jazda na gapę". Po rządowe pieniądze sięgną też ci, którzy nie potrzebują pomocy