Wydaje się, że Ameryka jest na skraju wypowiedzenia zimnej wojny Chinom, a jednocześnie osłabia swoje zdolności, aby poradzić sobie z takim konfliktem.

Amerykańska wrogość wobec Chin wzrosła po wszystkich stronach ideologicznego spektrum. Tak samo jak wzrosło zagrożenie, że skutki finansowe pandemii doprowadzą do zmniejszenia budżetu wojskowego USA na lata.

USA mogą zatem wkraczać w podobny okres, w jaki wkroczyły na początku zimnej wojny w XX wieku, gdy podjęły decyzję o konfrontacji ze Związkiem Radzieckim, dysponując bardzo ograniczonymi zasobami. Oczywiście USA wygrały zimną wojnę, ale ta analogia jest mniej przyjemna, niż początkowo może się wydawać, ponieważ pokazuje, że przystępowanie do konkurencji przy ograniczonych zasobach finansowych może być bardzo ryzykowne.

Przez wiele lat amerykańskie elity z obszaru bezpieczeństwa narodowego w większości nawoływały do stworzenia strategii, która byłaby bardziej konkurencyjna wobec Chin. Tymczasem sami Amerykanie nie byli do tego aż tak bardzo przekonani. Do czasu. Dziś za sprawą koronawirusa wielu obywateli USA dostrzegło, że chiński rząd nie tylko stwarza jakieś nieokreślone zagrożenie dla obecnego porządku międzynarodowego, ale stanowi bezpośrednie zagrożenie dla ich dobrobytu.

Przeważająca większość Republikanów i Demokratów chce dziś twardej lub co najmniej tak twardej, jak w przypadku administracji Donalda Trumpa, polityki wobec Chin. Politycy dostrzegają to i dlatego mając na względzie listopadowe wybory, zarówno Donald Trump jak i jego prawdopodobny kontrkandydat z ramienia Demokratów Joe Biden rywalizują o to, kto okaże twardsze stanowisko wobec Pekinu.

Reklama

W efekcie, wraz z przyspieszającym oddzieleniem gospodarczym oraz coraz twardszą polityką i retoryką po obu stronach, zimna wojna pomiędzy USA a Chinami rzeczywiście może teraz wybuchnąć.

Koronawirus tymczasem stanowi dodatkowe zagrożenie strategiczne dla USA. Sprawa w tym przypadku nie dotyczy nieumiejętnego radzenia sobie z kryzysem przez Donalda Trumpa czy jego alienacji wśród amerykańskich sojuszników (choć te czynniki mogą być bardzo szkodliwe). Chodzi o arytmetykę budżetową.

Amerykański rząd słusznie zdecydował, że wyda takie pieniądze, jakie będą potrzebne, po to, aby utrzymać gospodarkę przy życiu. Stanie się tak pomimo tego, że większość normalnego handlu jest osłabiona. Decyzja USA oznacza, że tegoroczny i tak imponujący deficyt zwiększy się o kilka bilionów dolarów. Podobnej sytuacji można się spodziewać za rok. W efekcie spirala deficytów doprowadzi do cięć budżetowych, zaś budżet obronny najprawdopodobniej będzie jedną z ofiar.

Po kryzysie finansowym z lat 2008-2009 USA szukały zmniejszenia deficytu poprzez cięcia w uznaniowych wydatkach na cele obronne i pozaobronne. Ostatecznie Pentagon w ciągu kolejnych kilku lat utracił na skutek cięć ok. 500 mld dol. Analitycy RAND Corporation przewidują, że podobne cięcia nastąpią obecnie, nawet przy najlepszym scenariuszu wydarzeń. Przy czym cięcia w związku z koronakryzysem mogą być znacznie głębsze niż te z 2009 roku.

Stanowi to poważny problem. Nawet bowiem przy obecnym budżecie obronnym wartym ponad 700 mld dol. pojawiają się rosnące obawy o to, czy amerykańska armia jest w stanie zatrzymać chiński atak na Tajwan i utrzymać swoją pozycję na Zachodnim Pacyfiku, przy jednoczesnym wywiązywaniu się ze zobowiązań w innych częściach świata. Jeśli zatem budżet obronny zostanie zmniejszony do poziomu 600 czy nawet 500 mld dol. na określony czas, to amerykańska strategia obronna znajdzie się pod dużym znakiem zapytania.

Pentagon w takiej sytuacji będzie zmuszony do dokonania trudnych wyborów. Może chcieć skupić się na Chinach kosztem innych miejsc, gdzie zaangażowane jest wojsko USA. Pentagon może również podjąć bardziej ryzykowną strategię eskalacji nuklearnej, aby móc obronić sojuszników i partnerów. Możliwe też, że Pentagon będzie próbował blefować ws. oszczędności mając nadzieję, że konkurenci nie zechcą przetestować możliwości Ameryki. Żadna z tych opcji nie wydaje się szczególnie dobra w obliczu rosnących napięć pomiędzy USA a Chinami, szczególnie, że Pekinowi obecny chaos spowodowany koronawirusem jawi się raczej jako okno możliwości niż czas ograniczania.

Pod pewnymi względami obecna sytuacja przypomina wczesny etap zimnej wojny z XX wieku. Na początku 1947 roku coraz powszechniejsze było przekonanie, że USA muszą stawić opór ekspansji ZSRR. W marcu amerykański prezydent Harry Truman wydał dokument, który był czymś w rodzaju amerykańskiej deklaracji zimnej wojny.

W dokumencie ogłoszono, że „prawie każdy naród musi wybrać pomiędzy alternatywnymi sposobami życia”, a Waszyngton od tamtej pory będzie „wspierał wolne narody, które sprzeciwiają się próbom zniewolenia przez uzbrojone mniejszości lub zewnętrznym naciskom”. Po tej deklaracji powołano do życia kilka ikonicznych dziś polityk, takich jak Doktryna Trumana, Plan Marshalla czy stworzenie Paktu Północnoatlantyckiego. Inicjatywy te miał wesprzeć wolny świat w obliczu gospodarczych problemów, zamieszania politycznego oraz sowieckiej agresji.

Często zapomina się, jak słaba była wówczas postawa obronna USA. Liczebność personelu związanego z amerykańską armią zmniejszyła się z 12 mln osób w 1945 roku do niespełna 2 mln w 1947 roku. USA posiadały przez krótki czas monopol na broń atomową, ale miały też bardzo ograniczone możliwości, aby ją rozmieścić w efektywny sposób. Amerykańska zdolność do obrony Europy Zachodniej, Bliskiego Wschodu czy innych kluczowych terytoriów przed sowieckim atakiem wirtualnie nie istniała. „Byliśmy rozciągnięci po całym świecie” – napisał wówczas w jednym z listów podsekretarz stanu Robert Lovett.

Takie minimalistyczne podejście opierało się na kalkulacji, że ZSRR nie rozpocznie nowej wojny zanim nie podniesie się z poprzedniej. Innym powodem takiego podejścia były ograniczenia budżetowe oraz zrozumiała chęć demobilizacji po II wojnie światowej. Harry Truman był człowiekiem z twardymi zasadami finansowymi, nie chciał tworzyć nowych deficytów ani podnosić podatków. Wiedział, że Amerykanie chcieli sprowadzić już żołnierzy do kraju. Zatem USA oparły swoją strategię na niskich kosztach – z jednej strony angażując się w ochronę wolnego świata, a z drugiej nie rozmieszczając niezbędnych do tego sił.

Strategia taka działała. W pewnym sensie. Sowieci nie zaatakowali pod koniec lat 40. XX wieku, pomimo, że chcieli wyprzeć USA oraz ich sojuszników z Zachodniego Berlina poprzez blokadę miasta. Plan Marshalla pomógł ożywić gospodarki Europy Zachodniej oraz ustabilizować politykę w regionie. W tym czasie USA próbowały balansować ZSRR poprzez propagandę i wojnę psychologiczną, tajne operacje i wbijanie klina pomiędzy Moskwę a inne państwa komunistyczne w Europie Wschodniej.
Na podstawie lekcji z tamtych czasów widać, że istnieje dziś wiele elementów w ramach rywalizacji amerykańsko-chińskiej, które nie wymagają wielkich wydatków wojskowych. Można np. tworzyć alternatywy dla krajów, które w przeciwnym razie musiałyby polegać na chińskich pożyczkach lub technologiach, można też wzmacniać wolne narody przeciw ingerencjom ze strony reżimów autorytarnych poprzez rozwój lepszych technik ujawniania i zwalczania dezinformacji, a także wspomagać tworzenie więzów dyplomatycznych i gospodarczych pomiędzy demokracjami na świcie.

Ale już pod innymi względami analogia pomiędzy obecną sytuacją a czasami zimnej wojny jest mniej przyjemna. Prowadzona przez USA polityka powstrzymywania ZSRR przy niskich kosztach wymagała podjęcia wielkiego ryzyka strategicznego i wojskowego. Był to hazard, który Ameryka mogła przegrać, gdyby wojna rzeczywiście nadeszła. Istniało również ryzyko, że nierównowaga sił wojskowych na kluczowych obszarach mogła zniechęcić amerykańskich sojuszników, co stworzyłoby Moskwie możliwości do zastraszania i agresji. „Problem polegał na tym”, pisał sekretarz stanu George Marshall, „że bawiliśmy się z ogniem, nie mając możliwości, aby w razie potrzeby ugasić pożar”. Gdy wybuchła wojna koreańska w 1950 roku, amerykańscy przywódcy musieli skonfrontować się z przerażającym scenariuszem, że Sowieci mogą chcieć zaryzykować globalną wojnę, którą Waszyngton mógłby przegrać. Sekwencja wydarzeń doprowadziła do rozbudowy wojska na początku lat 50. XX wieku, aby zasypać w ten sposób lukę, którą oportunistyczny wróg mógłby wykorzystać.

Lekcja z tamtych wydarzeń jest następująca: gospodarcze, polityczne oraz dyplomatyczne środki rywalizacji są bardzo istotne, ale wraz ze wzrostem napięcia, mogą okazać się niewystarczające. Polityka konfrontacji, jakkolwiek usprawiedliwiona, może być zaproszeniem do katastrofy, jeśli podejmuje się ją bez odpowiedniej osłony wojskowej.

Byłoby niebezpieczną ironią, gdyby koronawirus ostatecznie przekonał Amerykanów o powadze zagrożenia ze strony Chin, ale jednocześnie sprawił, że USA są zbyt słabe, aby cokolwiek z tym zrobić.

>>> Czytaj też: Bloomberg: Koronawirus obnażył, jak kruchy jest reżim Putina [OPINIA]