● Gdzie widzi pan możliwości wzrostu dla Arm?

– Na dole naszej wizytówki i na dole naszej strony internetowej widnieje hasło: „Arm – architektura dla cyfrowego świata”. Mogą to być produkty, które kupujemy jako konsumenci w sklepach w centrum, ale może to być także cyfrowa elektronika umiejscowiona w obszarach niewidocznych dla konsumentów – takich na przykład, jak infrastruktura, która wprowadza internet do domów i miejsc pracy.

● Co skłoniło was do rozszerzenia działalności poza rynek telefonów komórkowych?

– Historycznie koncentrowaliśmy się na rynku urządzeń komórkowych z praktycznych względów. Kiedy ma się ograniczone środki, trzeba się skupić na czymś, żeby iść naprzód – a urządzenia komórkowe to doskonały poligon, na którym można sprawdzić technologię, a zarazem motor rozwoju technologii. Poza tym jest to wielki rynek, a przy naszym modelu licencjonowania i opłat licencyjnych wielkość obrotów bardzo się liczy.

● Na czym polega ten model?

– Działamy w branży mikroprocesorów, ale zaliczamy się nie tylko do kategorii firm nieposiadających zakładu produkcyjnego: my nie mamy ani mikroprocesorów, ani zakładu produkcyjnego. Inaczej mówiąc, udzielamy licencji na nasze opracowania przedsiębiorstwom produkującym półprzewodniki. Takich licencjobiorców mamy na razie 200. Oni wykorzystują projekty naszych mikroprocesorów w produkowanych przez siebie chipach i sprzedają chipy producentom telefonów, aparatów fotograficznych, kamer, itp. Kiedy producent półprzewodników sprzedaje mikroprocesor producentowi urządzeń, my zarabiamy drobną opłatę licencyjną, royalty. Ten model zapewnia nam znaczną elastyczność. Obecnie stanowimy potęgę w przemyśle półprzewodników, a zatrudniamy zaledwie 1750 ludzi.

● Czy wasz model sprawdza się w warunkach obecnej recesji?

– Wydaje mi się, że Arm jest do pewnego stopnia zabezpieczona – z dwóch powodów. Po pierwsze, dzięki naszemu modelowi – po drugie dlatego, że tylko 50 proc. naszych przychodów jest bezpośrednio związanych ze sprzedażą mikroprocesorów. To jest część pochodząca z opłat typu royalty – od sprzedaży produktu. Źródłem pozostałych 50 proc. jest nasza działalność licencyjna, która – naturalnie – stanowi pewien amortyzator.

● A co pan powie o wytypowanych przez was obszarach wzrostu?

– Widzimy ich mnóstwo, ale w telefonii zwrot od zwykłych do inteligentnych telefonów – którego motorem są operatorzy sieci – to dla nas wielka rzecz. Z inteligentnych telefonów mamy znacznie wyższe przychody royalty.

● Czy należy pan do obozu, który uważa, że kiedyś będziemy nosić przy sobie tylko jedno urządzenie?

– Przypuszczam, że niektórzy będą chcieli mieć jedno wieloczynnościowe urządzenie, a innym będzie bardziej odpowiadać posiadanie różnych urządzeń do różnych celów.

● Czy uważa pan, że jako ludzkość stajemy się mądrzejsi w sprawach technologii?

– Myślę, że tak – i myślę też, że firmy coraz zręczniej wprowadzają produkty, w których technologia jest ukryta przed użytkownikiem. Czasami używam takiego porównania: sto lat temu, kiedy pojawiły się pierwsze samochody, ich użytkownicy musieli mieć nie tylko dużo pieniędzy, lecz i dużo cierpliwości – musieli godzić się z masą niewygód. Dziś po prostu wsiadamy do auta, które ma działać. Wybierając się samochodem na obiad w restauracji, nie liczymy się z możliwością, że zabrudzimy się, zanim dotrzemy na miejsce.

● Europa nie może się poszczycić znaczną liczbą wielkich firm z branży technologii. Czemu to przypisać?

– To trudne pytanie. Powiedziałbym, że jakieś 30 lat temu było znacznie więcej europejskich spółek. W branży półprzewodników nastąpiła konsolidacja i przesunięcie środka ciężkości z zachodu na wschód. Europa wyszła na tym chyba gorzej niż Stany Zjednoczone. Natomiast za krzepiące uważam to, że w całej Europie pojawiają się nowi producenci półprzewodników.

● Czy, pana zdaniem, spółkom takim jak Arm grozi przegrana z nowopowstającymi firmami w Chinach lub w Indiach?

– Z tym zawsze trzeba się liczyć. Przez cały czas w różnych miejscach pojawia się konkurencja. Nie chciałbym, by to, co powiem, zabrzmiało szowinistycznie, ale cieszę się, że Arm jest brytyjską spółką i że świadczy o światowym przywództwie Wielkiej Brytanii. Staramy się pozyskiwać nowych klientów w Chinach: udzielamy tam licencji na naszą technologię, co pozwala tamtejszym inżynierom tworzyć na podstawie architektury Arm. Z Indiami jest podobnie: zdobyli wielkie doświadczenie w dziedzinie oprogramowania, a my staramy się, żeby to się odbywało wokół architektury Arm.

PÓŁPRZEWODNIKI SĄ WSZĘDZIE

Niektórych zapewne zdziwi, że Warren East (47 lat), dyrektor naczelny brytyjskiej spółki Arm, czołowego projektanta mikroprocesorów, uważa, że technologia, na której oparty jest produkt, powinna „robić swoje” i nie ingerować w doświadczenie użytkownika. Warren East, który przeszedł do Arm w 1994 r. z Texas Instruments, z zapałem szuka kolejnych możliwości rozwoju spółki. Projekty półprzewodników Arm znajdują zastosowanie w coraz szerszej gamie produktów, przynosząc spółce coraz wyższe dochody z opłat licencyjnych. Arm projektuje technologie stanowiące serce nowoczesnych produktów cyfrowych – od iPhonów firmy Apple i systemów służących rozrywce konsumenta, po urządzenia stosowane w tworzeniu i rejestracji obrazów, motoryzacji, systemach zabezpieczeń i magazynowania.

Więcej informacji z Financial Timesa: w serwisie "Financial Times w Forsalu".

Źródło nieznane