Mimo obecnych problemów Grecji, Polska powinna kontynuować "kurs na euro". To pozwala wam utrzymywać w ryzach wskaźniki ekonomiczne i inspiruje drobne reformy życia gospodarczego - mówi w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej Erik Bergloef, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.
ROZMOWA
RAFAŁ WOŚ:
Nikt w Europie nie ma wątpliwości, że walcząca o finansowe przetrwanie Grecja ciągnie za sobą całą strefę euro. W ciągu trzech miesięcy europejska waluta straciła wobec dolara prawie 9 proc. Czy mamy już do czynienia z kryzysem zaufania do unijnego pieniądza?
ERIK BERGLOEF*:
Reklama
To nie jest jeszcze kryzys zaufania. Niepewność co do dalszych losów Grecji sprawia, że inwestorzy raczej wyczekują, i stąd osłabienie euro. Ta strata wobec dolara nie jest jednak załamaniem, ale raczej pewną korektą. Wartość unijnej waluty rosła przecież w najgorszym czasie kryzysu. Dziś euro ma wobec amerykańskiej waluty silniejszą pozycję niż choćby rok temu. Nie mówiąc już o porównaniach obejmujących całą dekadę. Oczywiście szybkie zakończenie kryzysu greckiego poprzez europejską akcję wykupienia długów Aten uspokoiłoby rynki i na pewien czas wzmocniłoby unijny pieniądz. Europę stać dziś na takie rozwiązanie. Sęk jednak w tym, że Unia boi się, iż pomoc dla Grecji rozmontuje prawdziwą siłę unii walutowej, czyli kulawe, ale prawdziwe próby utrzymywania w ryzach swoich gospodarek. Chodzi o zwykłe psychologiczne przekonanie: po co mamy się starać, i tak nas wykupią. Dopiero upadek tego mechanizmu byłby początkiem poważnego kryzysu euro.
Przedłużające się problemy Grecji zaczynają budzić pierwsze pomruki zniecierpliwienia wewnątrz UE. W środę francuski Paris Match opublikował sondaż, według którego aż 69 proc. Francuzów żałuje wymiany franków na euro. Czy Europejczycy mogą przestać lubić swoją walutę?
Sentyment do starych walut narodowych to zjawisko raczej społeczne niż ekonomiczne. Nie sądzę, żeby ten resentyment w dającej się przewidzieć przyszłości przełożył się na klimat polityczny wokół euro. Według mnie sytuacja wygląda następująco: elity polityczne bogatych i stabilnych krajów, jak Niemcy i Francja, które mają w miarę zdrowe finanse i poradziłyby sobie bez euro, nie są dziś taką opcją zainteresowane. Tyle że z kolei Grecy czy Portugalczycy, którym powrót do drachmy czy eskudo pozwoliłby na chwilę gospodarczego oddechu, wiedzą, że na dłuższą metę ich waluta mogłaby nie wytrzymać konkurencji. A obywatelom trudno byłoby pogodzić się z myślą, że stać ich obecnie na dużo mniej, niż gdy mieli w kieszeni euro, tak jak ich sąsiedzi.
W ciągu minionej dekady wydawało się, że ekspansja euro na nowe kraje UE jest kwestią najbliższych kilku lat. Jak kryzys zrewidował te przewidywania?
Głównym zmartwieniem strefy euro są teraz sprawy wewnętrzne, a nie ekspansja. Testem dla potencjału rozszerzeniowego strefy euro będą losy Estonii, która podkreśla, że chce przystąpić do strefy euro już od 1 stycznia 2011 r. W Eurogrupie widzę dziś dwie walczące tendencje: z jednej strony to chęć dalszego rozszerzania, które miałoby pokazać, że Grecja to tylko wypadek przy pracy, a integracja europejska postępuje. Z drugiej jednak ostatnie miesiące pokazały, że trzeba uważniej prześwietlać finanse kandydatów, a być może wprowadzić dodatkowe kryteria spójności. Oni argumentują, że wejście do strefy euro nie rozwiązuje strukturalnych problemów biedniejszych krajów UE, a tylko odsuwa w czasie ich eksplozję. W tej chwili przeważa to drugie stanowisko.
Jak pańskim zdaniem wobec turbulencji euro powinien zachować się taki kraj jak Polska?
Kwestia wyboru momentu przyjęcia euro jest oczywiście ważna, ale z długookresowego punktu widzenia kilka lat w jedną czy drugą stronę nie robi większej różnicy. W tym momencie najważniejsze dla takiej gospodarki posttransformacyjnej jak Polska jest kontynuowanie kursu na euro. To pozwala wam utrzymywać w ryzach wskaźniki ekonomiczne i inspiruje drobne reformy życia gospodarczego. Polska mimo swoich dobrych wyników gospodarczych bardzo potrzebuje jednego i drugiego.

Kto następny do strefy euro

Estoński prymus

Najbliżej wstąpienia do strefy euro jest dziś Estonia. – Chcemy przyjąć wspólną walutę na przełomie roku. Pod względem statystyk ekonomicznych jest to absolutnie realistyczne – ogłosił wczoraj estoński minister finansów Juergen Ligi.. – Nie prowadzimy niezależnej polityki monetarnej. W kraju z 1,3 miliona mieszkańcami to niemożliwe. Brak euro ma dla nas same wady i żadnych zalet – dodał. Estonia obok Litwy i Łotwy od lat była wymieniana jako murowany kandydat do euro. Wybuch kryzysu sprawił jednak, że spośród Bałtów w grze pozostał w tej chwili tylko Tallin. Dzięki prowadzonej od czterech lat odpowiedzialnej polityce finansowej rząd Andrusa Ansipa zdołał np. utrzymać zeszłoroczny deficyt budżetowy na dopuszczalnym przez UE poziomie poniżej 3 proc. PKB, a dług publiczny wynosi jedynie 7,2 proc. PKB (Grecja ma 120 proc.). Kandydatura Estonii będzie oceniona przez KE wiosną.

Bułgarski pościg

Oprócz Estonii najwięcej determinacji na ścieżce do euro wykazują dziś Bułgarzy. Sofia przez ostatnie kilka miesięcy mocno starała się np. o przyjęcie do przedsionka euro, czyli tzw. systemu ERM II wiążącego lokalną walutę z kursem unijnego pieniądza. – W czasie kryzysu udowodniliśmy, że z naszymi finansami wszystko jest w porządku. Szybka akcesja to jest teraz priorytet mojego rządu – powtarzał od czasu wyborczego triumfu w lipcowych wyborach parlamentarnych nowy premier Bułgarii Bojko Borysow. Jego rząd szczyci się na przykład, że dzięki ostrej kuracji odchudzającej zdołał zbić deficyt do zaledwie 0,8 proc. PKB. Unijni liderzy na razie odnoszą się sceptycznie do bułgarskich aspiracji. Na zeszłotygodniowym szczycie liderzy UE odradzili Borysowowi składanie formalnego wniosku o przystąpienie do ERM II.

Ostrożna Polska

Inną strategię na drodze do euro przyjęły rządy Polski i Czech. Szybka ścieżka obu krajów do wspólnej waluty bez wątpienia spotkałaby się w Brukseli z większym entuzjazmem niż bułgarskie aspiracje. Jednak ani Praga, ani Warszawa nie zamierzają się spieszyć. Na początku lutego polski rząd przedstawił plan, z którego wynika, że przy optymistycznym rozwoju wypadków do 2012 roku jesteśmy w stanie obniżyć deficyt do 2,9 proc. PKB. Wcześniej premier Tusk wspominał hipotetycznie o dołączeniu do euro ok. roku 2015. Czesi mówią z kolei o latach 2016 lub 2017. Dotychczasowe doświadczenia pokazują jednak, że plany wprowadzenia euro zawierające kilkuletnią perspektywę mogą i prawdopodobnie będą przez polityków jeszcze wielokrotnie zmieniane, w zależności od bieżącej sytuacji fiskalnej.
*Erik Bergloef, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju
ikona lupy />
Euro słabe, ale nadal atrakcyjne dla nowych krajów Unii. / Bloomberg