Cymcyk: Mozolnie w górę, a potem szybko w dół

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
18 marca 2010, 18:00
Paweł Cymcyk
Paweł Cymcyk/Forsal.pl
Od rozpoczęcia dzisiejszego handlu nad rynkiem ciążyły jeszcze problem wczorajszego testowania szczytów. Mimo, że na środowej sesji indeksy w Stanach wzrosły, to dziś inwestorzy ewidentnie nie czuli się przekonani, że warto kupować akcje.

Efektem tych wahań było otwarcie WIG20 na jednoprocentowym minusie, który byki powoli i systematycznie zmniejszały, a gdy już udało się wyjść na plusy to w ciągu godziny podaż doprowadziła do stanu z otwarcia.

Za takim rozegraniem sesji w żadnym wypadku nie przemawiały dane makro. Było ich sporo, ale wszystkie o ograniczonym znaczeniu z uwagi na zgodność publikacji i oczekiwań. Po pierwsze ilość nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła 457 tysięcy, co było dokładnie tym czego oczekiwał rynek. Następnie dobrą informacją był spadek inflacji w USA. W ciągu roku ceny dla konsumenta wzrosły o 2,1 proc., co w normalnych warunkach (nie przy zerowej stopie procentowej) byłoby dla FED wartością wręcz wymarzoną, ale przy taki niskim koszcie kredytu jak obecnie trudno radować się taką informacją. Przecież realne stopy procentowe są na wyraźnym minusie, co niemal „zmusza” to pożyczek i spekulacji na kredytowanym kapitale. Nie tak dobry, ale wciąż dodatni okazał się wzrost indeks wskaźników wyprzedzających (LEI), który zyskał 0,1 proc. Była to najmniejsza zwyżka od roku, ale nieprzerwane wzrosty trwają już od 11 miesięcy z rzędu, a taka sytuacja miała ostatnio miejsce w 2003/04 roku, czyli na dnie internetowej recesji. To bez wątpienia pobudza wyobraźnie graczy. Jednocześnie tak słaby wzrost wskazuje na istotnie wolniejszy rozwój gospodarczy USA w drugiej połowie roku. W praktyce wszyscy zdają sobie sprawę, że wzrost PKB rzędu 3-4 proc. jest nie do utrzymania, ale i tak nadzieje na kontynuację „dobrej passy” robią swoje.

Na koniec ogłoszony został indeks Fed z Filadelfii, który opisuje rozwój gospodarczy w trzech przemysłowych stanach. Tu również wynik był identyczny jak prognozy, które zakładały, że zima nie spowoduje większego spadku w produkcji. Reasumując, można powiedzieć, że dane nie dały żadnego pretekstu – ani do kupna, ani do sprzedaży.

W takiej neutralnej makroekonomicznej atmosferze przez pierwsze sześć godzin popyt mozolnie walczył z porannymi minusami i kiedy już w końcu WIG20 zabarwił się na zielono to nad kreską pozostał zaledwie przez moment. Wynikało to z tego, że najpierw kierowaliśmy się rosnącymi indeksami w Europie, a gdy tylko Stany włączyły się do gry i tam inicjatywę przejęły niedźwiedzie w nas popyt momentalnie znikł. Byłbym jednak bardzo ostrożny w wyciąganiu wniosków z dzisiejszego dnia. Wszystkie zmiany nie mają praktycznie większego znaczenia, ponieważ jutro będziemy mieli do czynienia z wygasaniem kontraktów terminowych, co całkowicie zdominuje handel. W takim wypadku nie ma co kombinować i na decyzje trzeba zwyczajnie poczekać do następnego tygodnia.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: A-Z Finanse
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj