Niemcy wyszły z kryzysu obronną ręką, dlatego coraz więcej obserwatorów przekonuje, że Europa powinna skopiować nie tylko berliński model polityki gospodarczej, lecz także podejście do robienia interesów
Po kryzysie wszyscy chcą być Niemcami. Nic dziwnego: największa gospodarka Starego Kontynentu wyszła z niego w świetnej kondycji, a firmy zza Odry imponują najlepszymi od wielu dekad wynikami finansowymi. Coraz więcej obserwatorów przekonuje, że teraz cała Europa powinna nie tylko skopiować berliński model polityki gospodarczej, ale również uczyć się od Niemców ich podejścia do robienia interesów.

>>> Czytaj też: Niemcy budują potęgę od czasów Bismarcka - Polska nie ma szans ich dogonić

Reklama
Najnowsza fala fascynacji niemiecką gospodarką ma uzasadnienie w twardych faktach. Po kryzysie Niemcy wróciły do roli europejskiej lokomotywy ekonomicznej. W zeszłym roku nadreńska gospodarka rozwijała się w tempie 3,6 proc., zostawiając daleko w tyle nie tylko resztę Unii (gdzie średni wzrost PKB wyniósł nieco ponad 1 proc.), ale także wszystkie inne kraje wysoko rozwinięte. W nadchodzących 12 miesiącach niemieckie tempo wzrostu ma spaść tylko nieznacznie, do 2,6 proc.

>>> Czytaj też: Niemcom żyje się gorzej niż 20 lat temu

W tej sytuacji nikt nawet nie przypomina, że jeszcze 10 lat temu najważniejsze gospodarcze media świata regularnie nazywały Niemcy „chorym człowiekiem Europy”. W modzie było narzekanie na wysokie koszty pracy, awersję tamtejszego kapitału do ryzyka i kadrę menedżerską tkwiącą w biznesowym średniowieczu. Dziś role się odwróciły. Brytyjski „Economist” wyliczył na przykład, że w latach 2000 – 2010 Berlin był prymusem w gronie rozwiniętych gospodarek globu. PKB na głowę statystycznego Schmidta rosło przez cały ten czas w tempie 0,9 proc. rocznie, dzięki czemu Niemcy to jedyny kraj G7, gdzie produkt krajowy per capita jest dziś wyższy niż przed kryzysem.
To nie wszystko. Niemcy mają dziś najniższy poziom bezrobocia (ok. 6,6 proc.) od czasów zjednoczenia, a minister gospodarki Rainer Bruederle zapowiedział niedawno, że cel pełnego zatrudnienia (a więc osiągnięcia sytuacji, kiedy pracują wszyscy, którzy chcą się tego podjąć) jest możliwy do zrealizowania jeszcze w tej dekadzie. Już dziś bezrobocie w landach byłej NRD jest niższe niż w słynącej z przedsiębiorczości Kalifornii. Niemcy mają też najzdrowsze w Europie (starej i nowej) finanse publiczne. Deficyt budżetowy wynosi tam tylko nieco ponad 3 proc. PKB, podczas gdy w sąsiedniej Francji sięga 6 proc., a na Wyspach Brytyjskich 10 proc.
Warto również spojrzeć na zmiany w poziomie zadłużenie gospodarstw domowych (w stosunku do dochodów) w ciągu ostatniej dekady. W roku 2000 przeciętna niemiecka i brytyjska rodzina zadłużały się mniej więcej na tym samym poziomie, wydając średnio od 115 proc. (Niemcy) do 117 proc. (Wielka Brytania) swoich dochodów. Dziś statystyczny Schmidt ograniczył wydatki do 99 proc. (co oznacza, że w zasadzie nie żyje ponad stan), czego nie można powiedzieć o przeciętnym Smicie (170 proc.).
Wniosek może być tylko jeden: w porównaniu z gospodarkami na podobnym poziomie rozwoju to właśnie Niemcom najlepiej udaje się dziś łączyć sprzeczności współczesnego kapitalizmu.

Po pierwsze, kultura biznesu

Na czym polega ich gospodarczy fenomen? Każdy, kto zna choć trochę współczesne Niemcy, wie, że mieszkańcy kraju nad Renem i Łabą nie są ekonomicznymi nadludźmi. Przeciętny berlińczyk czy hamburczyk nie jest wcale – wbrew powszechnemu przekonaniu – szczególnie produktywny. W zestawieniach publikowanych regularnie przez OECD nasi zachodni sąsiedzi plasują się zwykle w połowie stawki. W tyle za Norwegią, Francją, USA czy krajami Beneluksu (niestety, wciąż daleko przed Polską).
Niemcy nie są też szczególnie wykształceni. W tzw. Pisa Study porównującym poziom nauki w krajach OECD uczniowie wypadają przeciętnie, a niemieckich uniwersytetów próżno szukać na listach najbardziej prestiżowych uczelni świata. Jak więc możliwe, że na produktach „made in Germany” niemiecka gospodarka zarabia co roku ponad bilion dolarów, czyli tylko niewiele mniej niż szesnaście razy większe Chiny? Zdaniem ekspertów odpowiedzi należy szukać w niemieckiej kulturze ekonomicznej. Jej fundamentem jest bezsprzecznie niemiecka solidność. Marka „made in Germany” od lat uchodzi za gwarancję trwałości, punktualności dostawy, co decyduje o tym, że klienci są gotowi zapłacić więcej za podobny produkt, byle tylko był niemiecki. Osławiona solidność nie bierze się znikąd. – Wszystko zaczyna się od niemieckiego zamiłowania do porządku i skłonności do tworzenia trwałych struktur oraz procedur. W biznesie planowanie każdego szczegółu bardzo się opłaca. Pomaga wyjaśnić już na wstępie, jak ma wyglądać zamówienie. Dzięki planowaniu i sprawdzaniu na bieżąco przebiegu prac mamy też większe szanse, by dostarczyć produkt na czas – mówi nam Sylvia Schroll-Machl, psycholog biznesu i jedna z najbardziej znanych w Niemczech autorek warsztatów o niemieckiej przedsiębiorczości.
Sami Niemcy mają do hasła „Ordnung muss sein” stosunek ambiwalentny. Z jednej strony się nim szczycą, z drugiej trochę go wstydzą. – Skłonność do dzielenia świata na struktury tkwi jednak głęboko w naszym wychowaniu. Nie uciekło od niej nawet tzw. pokolenie 68 głoszące odrzucenie wszystkich wartości, którymi żyli ich skompromitowani wojną i nazizmem rodzice. Od porządku jednak nigdy nie uciekli. To oni wymyślili przecież i spopularyzowali w całej Europie... sortowanie śmieci – dodaje Schroll-Machl.

>>> Czytaj też: Operacja CIT, czyli co tak naprawdę chcą ugrać Niemcy

Niemcy próbują również wykazać, że ich analityczne i rzeczowe podejście do robienia interesów może być doskonałym wzorem do naśladowania. Na tym tle dochodzi zresztą w biznesowym obiegu do nieustannych tarć. – Niemieccy przedsiębiorcy nie potrafią zrozumieć całego rytuału, wymian grzeczności i omijania drażliwych tematów, co jest domeną naszego robienia interesów. Polski biznesmen mówi, co mu się nie podoba, dopiero w ostateczności i najczęściej jest to faza, po której nie ma już powrotu do normalnej współpracy. Z Niemcem jest inaczej. Będzie podawał w wątpliwość i krytykował każdy punkt, ale to nie znaczy, że nie przyjmie twojej oferty – twierdzi Agata Tomczak z agencji Dreberis w Lipsku, która pośredniczy w przełamywaniu kulturowych barier w polsko-niemieckich kontaktach biznesowych.
Od przedsiębiorców z południa Europy różni Niemców z kolei odmienne podejście do czasu i terminów. W kontaktach z Francuzami zderzają się natomiast najczęściej z odmiennymi wyobrażeniami o systemie korporacyjnych hierarchii. Dzieje się tak dlatego, że wojna złamała niemieckie podejście do autorytetu. Umiejętność powiedzenia szefowi „nie” jest tu w dobrym tonie. Szef rzadko bywa zresztą jednoosobowo odpowiedzialnym dyktatorem, często przychyla się do opinii większości i sporo (nawet poważnych zadań) deleguje. – Wielokrotnie byłam świadkiem konsternacji francuskiego menedżera średniego szczebla, któremu otwarcie przeciwstawiał się zwyczajny szeregowy niemiecki pracownik delegowany do zarządzania danym odcinkiem – mówi Schroll-Machl. Zderzenia niemieckiej i dominującej w biznesowym świecie anglosaskiej kultury biznesu bywają jeszcze bardziej spektakularne (patrz rozmowa).
Niemiecki styl komunikacji nierzadko budzi ostre reakcje. – Pamiętam delegację polskiej gminy, która po spotkaniu ze swoimi odpowiednikami z jakiejś niemieckiej wioski zrezygnowała ze wspólnego ubiegania się o unijny grant. Na pierwsze spotkanie Niemcy przyjechali z pakietem propozycji i gotową prezentacją. Polacy uznali to za zapowiedź próby zdominowania ich – mówi nam Agata Tomczak.
Niemcom trudno też przychodzi dostosowanie się do kultury gospodarczej obowiązującej poza granicami. Na przykład gdy ich firma zostaje przejęta przez gracza ze wschodniej części Europy. Założyciel krakowskiego Comarchu Janusz Filipiak, który od dekady robi interesy w Niemczech, opowiada o swoich pierwszych, nieudanych zresztą, próbach inwestowania za Odrą. – Chcieliśmy działać jak w Polsce: wyznaczyliśmy naszym pracownikom ogólny cel: „Sprzedawajcie oprogramowanie i meldujcie o efektach”. Oni twierdzili, że tak nie można, bo najpierw trzeba określić, co konkretnie wchodzi w skład ich obowiązków, ile telefonów mają wykonać, z iloma klientami się umówić etc. – mówił Filipiak. Dla niego był to dowód, że niemieccy pracownicy nie są samodzielni, więc współpraca się nie udała. Z niemieckiej perspektywy współpraca z polskim pracodawcą wygląda zazwyczaj następująco. – Piątkowe popołudnie. Zamykamy tygodniową dokumentację, kiedy dzwoni centrala z Polski i prosi o zestaw skomplikowanych statystyk. Na kiedy? – pytam. Słyszę, że na wczoraj. Osłupiałem, bo część z tych informacji musi zostać wydobyta z odpowiednich urzędów, co trwa z mocy prawa kilkanaście dni – mówi nam berliński menedżer pracujący w wykupionym przez Polaków przedsiębiorstwie z branży medycznej.

Po drugie, mali i średni

Kultura biznesowa to tylko jeden z elementów stanowiących o niemieckiej wyjątkowości. Największa gospodarka Europy czerpie swoją siłę również z zupełnie unikalnej w skali światowej struktury ekonomicznej, która na pierwszy rzut oka może się wydawać powrotem do czasów rewolucji przemysłowej, w rzeczywistości jednak napędza niemiecką lokomotywę. Chodzi o tzw. Mittelstand, czyli małe i średnie przedsiębiorstwa, które tworzą 40 proc. obrotów niemieckiej gospodarki i dają pracę 60 proc. rodzimej siły roboczej. Mittelstand jest jak niemiecki futbol z lat 80.: nieefektowny, ale zabójczo efektywny. Nazwy firm niewiele mówią nawet najbardziej uważnemu konsumentowi, bo ich produkty zazwyczaj nie trafiają w ogóle do handlu detalicznego. Kugler-Womako specjalizuje się w produkowaniu linii do tworzenia paszportów, Winkler + Duennebier buduje maszyny wytwarzające koperty, Wirtgen dostarcza maszyny pozwalające na recykling zużytego asfaltu, a Kaercher wysokociśnieniowe odkurzacze. Wszyscy oni są jednak światowymi liderami w swoich wąskich niszach. Ich produkty stanowią o sile niemieckiego eksportu. Kupują je na przykład Chińczycy, by przy użyciu niemieckich maszyn produkować towary, którymi zalewają świat. Bez Niemców byliby jednak bezradni.
Mittelstand łączy jeszcze jedno. Wszystkie patrzą na robienie interesów inaczej niż wielkie międzynarodowe korporacje. Większość z nich przetrwała dwie wojny światowe (producent piór i długopisów Faber-Castell szczyci się tym, że zaopatrywał się u niego sam Otto von Bismarck). Wiele firm nie chce rosnąć. Stuttgarcki koncern Boscha (w 2010 r. zatrudniał 283 tys. osób i uzyskiwał 43 mld euro dochodów ze sprzedaży) nigdy nie wszedł na giełdę, bo zakazuje mu tego testament zmarłego w 1942 r. założyciela Roberta Boscha. Zgodnie z jego wolą firma na bieżąco inwestuje lwią część dochodów na rzecz dobra wspólnego. Bosch szczyci się również tym, że choć w czasie kryzysu po raz pierwszy w historii zaliczył straty, uniknął masowych zwolnień. Dzięki temu, gdy koniunktura powróciła, mógł wyprzedzić konkurencję pod względem liczby przyjętych zamówień.
Nie brak głosów, że to właśnie dzięki małym i średnim przedsiębiorstwom niemiecka gospodarka z łatwością przezwyciężyła kryzys. Taką strukturę trudno jednak skopiować – każdy kraj może zadekretować, że jego celem jest wspieranie własnego Mittelstandu, jednak ostatecznie sukces małych i średnich będzie zależał od tych elementów życia gospodarczego, które buduje się latami: przyjaznych urzędów, dostępnych kredytów i czytelnych przepisów.

Po trzecie, polityka

Wszyscy, którzy chcieliby naśladować niemiecki model gospodarczy, muszą pamiętać, że jego dobre funkcjonowanie wymaga udanej koordynacji na linii polityka – gospodarka. Za Odrą oba światy wzajemnie się przenikają, a w razie potrzeby mogą na siebie liczyć. Gdy dziesięć lat po zjednoczeniu Niemcy tkwiły w ekonomicznej stagnacji, przemysłowcy błagali rząd o pomoc. Kanclerz Gerhard Schroeder wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom, ogłaszając w 2003 r. plan reform rynku pracy, czyli tzw. Agendę 2010. Przy forsowaniu Agendy kanclerz wykazał się dużą polityczną odwagą. Jako socjaldemokrata zdecydował się bowiem na obniżenie zasiłków dla bezrobotnych i poluzowanie ochrony pracownika przed zwolnieniem. Kosztowało go do utratę popularności i pęknięcie w rodzimym SPD. Widząc, że sypie się jego zaplecze, Schroeder nie grał jednak na przeczekanie i rozpisał przedterminowe wybory, w których uległ nieznacznie Angeli Merkel. Zapoczątkowane przez niego reformy sprawiły jednak, że praca stała się w Niemczech trochę tańsza. Resztę zrobiło rozszerzenie Unii na Wschód (często forsowane przez polityków wbrew obawom części opinii publicznej), co dało niemieckim firmom zastrzyk konkurencyjnej siły roboczej, którą można było znaleźć w nieodległej Polsce czy Czechach. Dziś podobnie dzieje się w szybko rozwijającej się branży zielonych technologii. Władze publiczne przez lata mocno pomagały działającym w nich firmom, dzięki czemu Niemcy są na tym polu jednym ze światowych liderów.
– Europa może się czuć zaproszona do pójścia w ślady Niemiec – mówiła niedawno w Davos kanclerz Angela Merkel. Jednocześnie na początku lutego do spółki z Nicolasem Sarkozym przedstawiła sześciopunktowy plan przebudowania strefy euro. Kompromisowe rozwiązanie zawiera elementy, na których od lat szczególnie zależało Paryżowi (koordynacja polityki gospodarczej unijnych rządów), w gruncie rzeczy jest jednak pomysłem na upodobnienie Eurolandu do Niemiec. Czytamy tu bowiem o zrównoważonych finansach publicznych, wydłużeniu czasu pracy czy powiązaniu wzrostu cen z inflacją. Czyli o fundamentach niemieckiej kultury gospodarczej.
Czy Europie opłaca się pójść niemieckim śladem? Odpowiedzi jest co najmniej tyle, ile krajów na Starym Kontynencie. Z niemieckiej perspektywy nie ma innego wyjścia niż stopniowe gospodarcze zniemczenie sąsiadów. „Strefa euro musi stać się bardziej niemiecka. Inaczej nie przetrwa” – pisał niedawno liberalny tygodnik „Die Zeit”, który trudno oskarżyć o fanfaronadę i imperialne ciągoty. Sytuacja, w której Berlin łoży lwią część pieniędzy na ratowanie zagrożonych bankructwem gospodarek, ale nie może zabezpieczyć się przed tym, że pieniądze zostaną zmarnowane, jest politycznie nie do utrzymania i już przekłada się na spadek popularności Angeli Merkel.

Niemiecka Europa

Położenie Polski jest na razie całkiem wygodne. Nasz dobrobyt jest bowiem na tyle powiązany z niemieckim, że powinniśmy kibicować Berlinowi. Jednocześnie przez pewien czas możemy jeszcze obserwować z wygodnego dystansu reformy polityczne w strefie euro (a więc i utratę kolejnych aspektów gospodarczej suwerenności). Wkrótce jednak możemy zostać zapytani, co zamierzamy w sprawie członkostwa w euro. Najpóźniej wtedy będziemy musieli określić nasz stosunek do „niemieckiej Europy”.
W dużo gorszej sytuacji są pozostałe kraje Eurolandu. Dla nich wiele planów ułożenia Europy na niemiecką modłę niekoniecznie musi oznaczać dobre wieści. Weźmy politykę monetarną. Gdyby Niemcy dysponowali dziś marką, a Bundesbank nadal ustalał stopy procentowe, nie wynosiłyby one 1 proc. (jak to ma miejsce w strefie euro od ponad dwóch lat) ale 3 – 4 proc. Niskie stopy niosą bowiem ze sobą ryzyko inflacji, a tego Niemcy boją się jak ognia. Jednocześnie wysokie stopy to najlepszy sposób na zduszenie wzrostu gospodarczego u tkwiących w recesji południowców. Z kolei propozycja harmonizacji stawek podatku CIT w Eurolandzie oznaczałoby oddanie przez Irlandię jednej z ostatnich przewag ekonomicznych, jakie zostały Zielonej Wyspie po kryzysie. Wreszcie podwyższenie wieku emerytalnego i zamrożenie płac na pewno nie spodobają się zastępowi europejskich partii lewicowych.
I to jest właśnie największy problem z naśladowaniem niemieckiego modelu gospodarczego: większości imponują sukcesy, ale podjęcie kroków, które wiodą w ich kierunku, ma zdecydowanie mniej zwolenników.
Reichstag, Berlin / Bloomberg
Frankfurt Fot. Shutterstock / ShutterStock