Teraz parlament w ekspresowym trybie będzie głosował nad 40 ustawami okołokonstytucyjnymi, które doprecyzują węgierski eksperyment. Do posłów trafi m.in. projekt prywatyzacji służby zdrowia, rozmontowania mundurówek i reformy administracyjnej. O ile po pierwszej fazie rewolucji Orban nadal cieszy się wysokim poparciem, drugi etap może pozbawić go popularności i władzy. Jest zbyt wiele bolesnych decyzji do podjęcia, by rozeszły się one po kościach.
>>> Czytaj też: Orban: Węgry nie wejdą do strefy euro przed 2020 r.
Jeszcze przed głosowaniem ustaw – nazywanych w Budapeszcie fundamentalnymi – Węgrzy dokonują bilansu pierwszego roku rządów Orbana i jego partii Fidesz. Oceny są niejednoznaczne: od skrajnej krytyki ze strony wielkiego biznesu do peanów na cześć wielkiego reformatora. Sama ekipa Orbana ocenia siebie z umiarkowanym optymizmem. – Najważniejszy cel został osiągnięty: państwo po rządach postkomunistów było na skraju bankructwa. Wyprowadziliśmy je na prostą – mówi „DGP” wicepremier Tibor Navracsics. – Nie trafiliśmy do tej samej ligi co Grecja – dodaje Tamas Lanczi z ministerstwa sprawiedliwości i administracji państwowej.
Kryzysowa danina
Wielki biznes widzi sprawy zupełnie inaczej. Nigdy nie wybaczy Fideszowi kryzysowej daniny i podatku bankowego, które stały się orbanowskim złotym środkiem na wyjście z pętli zadłużenia. Nie chodzi nawet o sam pomysł ściągania pieniędzy, ale oprawę, w jakiej tego dokonano. – O podatku kryzysowym dowiedzieliśmy się późną jesienią, gdy planowaliśmy wydatki na przyszły rok. Informacja o tym, że od zysków musimy odliczyć 9,5 proc., spadła jak grom z nieba – mówi „DGP” Pauer Pal, szef firmy telekomunikacyjnej GTS Hungary. – Wbrew temu, co mówi rząd, nie jest tak, że nie chcemy się dokładać do wychodzenia z kryzysu. Problem polega na sposobie, w jaki potraktowano firmy. Bez konsultacji i bez zapowiedzi. Po prostu poinformowano nas, że musimy płacić więcej – zapewnia.
>>> Czytaj też: Zamrożenie kursu franka odpowiedzią na problemy ze spłatą kredytu?
Bankowcy mają jeszcze więcej pretensji. Obiecano im, że podatek będzie tymczasowy, że będzie obowiązywał najdalej do 2012 roku. Wiosną rząd rozpoczął konsultacje z przedstawicielami największych instytucji finansowych, jednak już od początku było wiadomo, że będzie on obowiązywał znacznie dłużej, niż się spodziewano. Na razie mówi się o 2014 roku. Niewielu jednak wierzy, by po tej dacie został on zniesiony. – Nie przesadzajmy z narzekaniem bankowców. Po pierwsze wszystko z nimi konsultujemy. Po drugie to bogate firmy. Najwyżej dyrektorzy zarządów nie dostaną premii – odpowiada na krytykę jeden z architektów podatku bankowego Balazs Szepesi z ministerstwa gospodarki. W tej sprawie strategia rządu Orbana jest klarowna. Narzekanie bankowców szybko przycichło, np. austriacki Erste straszył, że wycofa się z Węgier do Polski, ale na groźbach się skończyło. W dodatku opodatkowanie finansistów jest popularne społecznie, bo są oni postrzegani jako jedno ze źródeł kryzysu. A ponadto pomysł podatku bankowego nie jest specyfiką węgierską, dyskutowała o nim grupa G8, wprowadzono go w mekce wolnego rynku – Wielkiej Brytanii.
Tak samo jak w przypadku daniny kryzysowej od zagranicznych koncernów podatek bankowy był majstersztykiem ekonomistów z ministerstwa gospodarki. Specjaliści z tego resortu doskonale orientowali się w tym, z kogo można ściągnąć pieniądze. Wiedzieli, że jeśli nałożą podatek np. na niemiecką fabrykę samochodów, przeniesie ona produkcję do rumuńskiej Timiszoary, gdzie koszty pracy są niższe, a daniny kryzysowej nie ma. W przypadku banków czy koncernów telekomunikacyjnych jest inaczej: operator sieci komórkowej nie rozmontuje infrastruktury, na którą wyłożył grube miliony, tak samo jak ubezpieczyciel nie powie z dnia na dzień klientom, że zamyka biznes, bo rząd jest zły. I właśnie dlatego rząd – jak mantrę powtarzający zdanie: „Byliśmy na skraju bankructwa. Musieliśmy działać” – uderzył po kieszeni banki i telekomy.
>>> Czytaj też: Węgry chcą konkurować z Chinami i wzorować się na Polsce
O ile decyzje z pierwszego etapu orbanomiki cieszyły się ogromnym uznaniem nad Balatonem, drugi nie będzie już tak prosty. Już dziś widać, że ustawy wysyłane do parlamentu naruszą interesy wielu grup społecznych: od mundurowych emerytów poprzez lekarzy, na nauczycielach akademickich kończąc.
Pierwszy przykład z brzegu. Ministerstwo sprawiedliwości i administracji napisało plan reformy szkolnictwa wyższego, którego założenia sprowadzają się do zmniejszenia liczby wyższych uczelni (likwidacja najsłabszych z nich) i połączenia reszty w duże ośrodki akademickie. Nie będą to zmiany kosmetyczne. Rząd zamierza pozostawić 14 z 27 wyższych uczelni. Nietrudno się domyślić, że nie każdy z pracowników akademickich pozostanie w zawodzie.
Uderzenie w mundurówkę
Nie chodzi zresztą tylko o oszczędności. – Od lat żadna węgierska politechnika czy uniwersytet nie przebiły się w międzynarodowych rankingach – mówi „DGP” sprzyjający Fideszowi prof. Andras Lanczi z Uniwersytetu Korwina w Budapeszcie. Przedstawiciele rządu przekonują, że należy powiedzieć sobie prawdę i pozbyć się najsłabszych. Równolegle do zmniejszanie liczby szkół wyższych rozbudowywane będą szkoły podstawowe (jako jedyny kraj w Europie Węgrzy zamierzają ustanowić wiek obowiązkowego kształcenia na poziomie 16 lat) oraz instytucje, które były w Polsce przed laty znane pod nazwą OHP, czyli ochotniczych hufców pracy.
Kolejny punkt zapalny to mundurówki. – Na Węgrzech mamy 40 tys. pracujących policjantów i 40 tys. policjantów na emeryturze. Ta druga grupa to ludzie poniżej 57. roku życia. Podobny problem dotyczy wojska. Nie stać nas na ich utrzymywanie – mówi „DGP” wicepremier Tibor Navracsics. Rozbijając system młodych emerytów, chce zaoszczędzić 500 bln forintów w ciągu trzech lat. Jego najbliżsi współpracownicy w nieoficjalnych rozmowach dodają, że liczą się z radykalnym spadkiem popularności rządu. Aż do przegranej w następnych wyborach.
Kolejna grupa, w którą uderzy nowa reforma Viktora Orbana, to urzędnicy państwowi. Przy okazji reformy samorządowej zostanie zlikwidowanych 20 z 40 agend rządowych.
W budapeszteńskich ministerstwach czuć zdenerwowanie. Od referenta po ministrów, wszyscy zdają sobie sprawę, iż wchodzą w trudny drugi rok rządów. Na każdym kroku można usłyszeć opinie, że dopiero teraz zaczną się prawdziwe debaty o tym, czy Orban jest już drugim Aleksandrem Łukaszenką, czy tylko kopiuje działania znanego z autorytarnych zapędów premiera Słowacji Vladimira Mecziara. Do tej pory miał jedynie wrogów w liberalnych elitach stolicy, wielkim biznesie i zachodnich mediach, których wpływ na opinię wyborców udawało się w miarę skutecznie pacyfikować. Teraz będzie trudniej. Bo premier nastąpi na odcisk zwykłemu Węgrowi.
