Ostatnie ziarenka piasku melancholijnie odmierzają czas poprzedzający implozję sektorów bankowych krajów południa Europy, a kliknięcie myszy później to samo stanie się we Francji i być może jeszcze w kilku innych krajach strefy euro. Fala finansowego tsunami przekroczy Odrę i przeleje się przez Karpaty, topiąc nadzieję na zieloną wyspę.

Tratwy ratunkowe nie zmieszczą wszystkich. Będą ofiary, być może liczne, szczególnie wśród młodych ludzi, którzy jeszcze nie nauczyli się pływać w nowej gospodarczej rzeczywistości, bo szkoły i uczelnie do tego nie przygotowują. W narodzie pojawi się najpierw niepokój, potem gniew, bo po raz pierwszy od 20 lat spadnie standard życia wielu grup społecznych. Nadejdzie czas próby elit Rzeczypospolitej. W takim właśnie kontekście trzeba analizować expose premiera Tuska. W świetle nadchodzącego Eurogedonu.

Dlatego tak ważne były słowa szefa rządu inicjujące poważne reformy, takie jak ograniczenie transferów budżetowych dla osób, które nie są biedne, wydłużenie i zrównanie wieku emerytalnego, przemyślana reforma KRUS, stopniowe wygaszanie przywilejów branżowych, których korzenie sięgają minionego ustroju. To pierwszy rządzący polityk – od czasu zaprezentowania zielonej księgi przez wicepremiera Hausnera z 2003 r. – który miał odwagę przedstawić pakiet poważnych reform. 

>>> Czytaj też: Rybiński: Nadchodzi rrrrreeeecesssjaaaaaa!

Społeczeństwo musi zrozumieć, że wobec olbrzymiej skali wyzwań to wariant minimum. Wszystkie kraje Unii Europejskiej polecą w tym kryzysie na dno recesji. Niektóre się połamią i nie będą mogły sprawnie dalej iść, a co dopiero biec. Inne tylko się potłuką; potem wstaną, otrzepią z recesyjnego kurzu i ruszą w dalszą drogę rozwoju. Walka dzisiaj toczy się nie o to, żeby uniknąć upadku w przepaść kryzysu, bo na to już za późno, tylko o to, żeby się poważnie nie poturbować. A już widać, że niektóre kraje Unii, położone na południu Europy, po upadku na dno kryzysu znajdą się w stanie finansowej śmierci klinicznej i pozostaną w nim przez lata lub dekady. Chyba że dokonają walutowej transfuzji krwi.

Polska właśnie runęła w przepaść. Czeka nas jeszcze długi lot, zanim uderzymy o dno. Premier w expose zaproponował kilka działań, które dają pewną szansę, choć niedużą, na to, że upadek przeżyjemy bez poważnych obrażeń. Może będą potłuczenia i lekkie złamanie. I co się stało? To co zwykle. Usłyszeliśmy krzyk opozycji, że to stek bzdur, że brakuje wizji Polski. Odezwały się prawie wszystkie grupy interesów, twierdząc, że u nich nie można oszczędzać, że oszczędności są potrzebne, owszem, ale gdzie indziej. Być może tak musi być, bo zawsze tak było.

>>> Czytaj też: Tego nikt się nie spodziewał - Niemcy rozpoczynają nowy etap kryzysu

Sejmikowa kakofonia głosów, szczęk szabel, rytmiczne ruchy jabłek Adama odliczające kolejne łyki trzyletniego miodu. Ale ziomale poubierani w historyczne frazesy i wychowani na porannych programach Powiatowego i Kształtnego (to zaczerpnąłem z książki „Świat za pięć lat” Marcina B. Brixena) muszą zrozumieć, że to nie jest piknik na zielonej polanie. Że w koło nie latają ptaszki i motylki, że kamerdyner nie poda za chwilę deseru. My lecimy w otchłań kryzysu. To nie czas na roztaczanie arkadyjskich wizji.

Trzeba się szybko pozbierać, żeby spaść na cztery łapy i uniknąć finezyjnego rąbnięcia rozszczekanym łbem o wystające skały. Żeby było jasne, expose premiera Tuska miało wiele słabości. Dla porządku wymienię niektóre z nich. Badania międzynarodowe pokazują, że zwiększenie klina podatkowego, czyli w naszym przypadku składki rentowej, są bardzo szkodliwe dla rynku pracy.

Jeśli więc trzeba podnosić podatki, to lepiej pośrednie – należało zatem ujednolicić stawkę VAT na poziomie dającym odpowiednio wyższe dochody. Przedstawione działania skupione są za bardzo na podwyżkach podatków, a za mało na ograniczaniu niepotrzebnych wydatków. Nie padło ani jedno słowo o redukcji zatrudnienia w administracji, a przecież w minionych czterech latach zatrudnienie w administracji publicznej wszystkich szczebli wzrosło o ponad 100 tys., co oznacza dodatkowy koszt dla podatników w wysokości 5 – 6 mld zł rocznie.

Premier mógł ogłosić znacznie dłuższą listę transferów z budżetu, które powinny zostać objęte cezurą dochodową. Utrzymuje się patologie polegające na tym, że urzędnik w mundurze ma lepsze prawa emerytalne niż cywil, a ta ułomna reforma obejmuje tylko nowo przyjętych do służby. No i oczywiście każdy z IQ powyżej 100 rozumie, dlaczego zostały podjęte decyzje o podwyżkach w wojsku i policji, w czasach gdy nie ma miejsca na żadne podwyżki. Mimo tych wszystkich słabości było to dobre expose, zapowiadające poważne reformy. Teraz politycy, elity i media muszą zgodnie powiedzieć narodowi, że czas szarpania sukna się zakończył.