Na rządowym pomyśle deregulacji suchej nitki nie zostawiają organizacje zrzeszające pośredników w obrocie i zarządzaniu nieruchomościami, taksówkarze, przewodnicy turystyczni czy instruktorzy nauki jazdy.

Lista 46 zawodów wytypowanych do pierwszej tury deregulacji wywołała burzę. Przedstawiciele części profesji chcą wysyłać listy protestacyjne do polityków, planują wizyty w parlamencie, a taksówkarze nie wykluczają nawet wielkiej akcji protestacyjnej. To właśnie m.in. w ich fachu liberalizacja dostępu do zawodu poszła najdalej. Żeby zostać taksówkarzem, wystarczy mieć prawo jazdy i zainwestować w GPS. A pośrednik nieruchomości nie będzie musiał mieć dyplomu wyższej uczelni, praktyki zawodowej ani licencji.

>>> Czytaj też: Deregulacja: Sto tysięcy nowych miejsc pracy dzięki "uwolnieniu" 49 zawodów

– Przeraża mnie wizja rzeszy słabo wykształconych, nieznających podstaw prawnych pseudopośredników – mówi Olimpia Bronowiska z Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości. – Wiem, że rynek prędzej czy później ich zweryfikuje, ale straty, jakie z tego tytułu poniosą klienci, będą astronomiczne.

Już 14 marca PFRN, a także osiem innych organizacji zrzeszających pośredników i zarządów planują spotkanie, na którym przedstawią wszystkie zagrożenia wynikające z obniżenia poprzeczki dla tych, którzy chcą pracować w zawodzie. W Polsce jest ok. 17,5 tys. pośredników, a średnia prowizja, jaką pobierają od każdej transakcji, wynosi 2,5 proc. Pośrednicy zrzeszeni w PFRN póki co nie rozważają obniżki stawek, ale już zapowiadają, że wygrają z nuworyszami lepszą jakością usług. Pomysł liberalizacji niepokoi też instruktorów zrzeszonych w Ogólnopolskiej Izbie Gospodarczej Ośrodków Szkolenia Kierowców i egzaminatorów z Wojewódzkich Ośrodków Ruchu Drogowego.

– Już mamy informacje od szefów ośrodków szkolenia kierowców, że jak liberalizacja wejdzie w życie, będą bardziej wnikliwie sprawdzać wiedzę i umiejętności nowych instruktorów – mówi Aleksander Jagielski, prezes OPGOSK.

Za to Cezary Tkaczyk, szef Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Szczecinie, mówi wręcz, że nie widzi na rynku miejsca na nowych egzaminatorów. Dziś jest ich ok. 1000 i żaden z WORD nie ma wakatów. – Ja sam mam na biurku ok. 60 podań o przyjęcie do pracy i ani jednego wolnego etatu.

Chętnych nie brakuje, bo egzaminator w Polsce zarabia od 3,5 do 12 tys. zł brutto. Ale niewykluczone, że jak pojawi się konkurencja, to wynagrodzenia spadną.

Dużą wstrzemięźliwość wobec zwiększenia dostępności do zawodów wykazują natomiast przedstawiciele korporacji prawniczych, notarialnych, komorniczych czy radów prawnych.

– Na razie nie widzimy powodów do bicia na alarm – mówi Grzegorz Furgał z Krajowej Rady Radców Prawnych. – Czekamy na gotowy projekt i konsultacje społeczne.

Za to pomysł deregulacji już jest solą w oku młodych prawników i aplikantów. – Gdybym wiedział, że tak to się skończy, to nie inwestowałbym tylu pieniędzy, żeby zostać adwokatem – mówi jeden z aplikantów dużej warszawskiej kancelarii. 

>>> Polecamy: Pierwsza transza deregulacji: oto zawody, w których zmieni się najwięcej

Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości, zapowiedział, że w kwietniu projekt trafi do Sejmu. Przypomnijmy, że rząd, zwiększając dostęp do zawodów, chce stworzyć ok. 100 tys. nowych miejsc pracy.