W kwietniu na warszawskiej giełdzie zanotowano zdecydowany spadek obrotów akcjami. O pierwszym majowym tygodniu, poprzetykanym dniami wolnymi, lepiej nie wspominać. Prawdopodobnie więc cały miesiąc nie będzie pod tym względem należał do najlepszych. Jeśli jednak aktywności handlu przyjrzeć się uważniej, to z łatwością można dostrzec kilka bardzo interesujących zjawisk.

Przede wszystkim trzeba zauważyć, że wolumen obrotów na szerokim rynku, nieprzerwanie od drugiego kwartału ubiegłego roku, wykazuje wyraźną tendencję rosnącą. Pierwsze trzy miesiące 2012 roku były pod tym względem rekordowe w historii naszego parkietu. Właściciela zmieniło w tym czasie ponad 10 mld akcji. W samym styczniu wolumen obrotu wyniósł 3,8 mld papierów i był wyższy o prawie jedną piątą niż w styczniu 2008 roku, czyli w miesiącu największego dotąd natężenia handlu akcjami na naszym rynku.

W ostatnich latach często zdarzało się, że inwestorzy bardzo intensywnie obracali papierami w pierwszych miesiącach roku. Tak było nie tylko w styczniu 2008 roku, ale i rok później w kwietniu oraz w marcu roku 2010. Ubiegły rok był pod tym względem wyjątkowo słaby. Co ciekawe, o ile w poprzednich latach skok obrotów przypadał na ważne rynkowe wydarzenia, takie jak wielki odwrót od akcji w 2008-2009, czy początek hossy z wiosny 2009 roku, to w tym roku rekordowej aktywności handlu towarzyszyły niewielkie zmiany wartości indeksów. Poruszają się one w bok od jesieni ubiegłego roku. Nieco większe, sięgające 8-9 proc. zwyżki, miały miejsce jedynie w październiku 2011 roku i w styczniu br. Niełatwo o jednoznaczną interpretację takiego zachowania rynku. Fakt, że w czasie styczniowej zwyżki obroty były bardzo wysokie, a gwałtownie spadły w trakcie kwietniowego pogorszenia się koniunktury może wskazywać, że jesteśmy w fazie akumulacji akcji przez większy kapitał, a inwestorzy wstrzymują się ze sprzedażą papierów po zbyt niskich ich zdaniem cenach.

Do wyciągania wniosków z samej obserwacji obrotów należy jednak podchodzić ostrożnie. Sytuacja na globalnych rynkach jest wciąż bardzo niepewna i dynamiczna, co rodzi ryzyko nieoczekiwanego zwrotu. Ostrożność jest wskazana tym bardziej, że na głównych giełdach tendencje są odmienne niż u nas. Najlepszym tego przykładem jest Wall Street, gdzie od wiosny 2009 roku mamy do czynienia z systematycznym, wyraźnym spadkiem wolumenu obrotów akcjami. W kwietniu wyniosły one w przypadku papierów wchodzących w skład indeksu S&P500 zaledwie niecałe 12 mld sztuk i były najniższe od 1997 roku. Z kolei sam indeks od marca 2009 roku idzie energicznie w górę, niemal podwajając w tym czasie swoją wartość. Odwrót od drożejących akcji wygląda dziwnie i skłania do podejrzeń, że Amerykanie nie wierzą w trwałość tej tendencji, mimo że utrzymuje się ona już ponad trzy lata. Prawdopodobnie powodem tego zastanawiającego zjawiska jest niechęć do posiadania ryzykownych aktywów. Tezę tę potwierdza run na obligacje, których rentowność spadła do rekordowo niskich poziomów, nie gwarantując w wielu przypadkach zachowania realnej wartości zainwestowanego kapitału.

Na tym jednak nie kończą się osobliwości związane z obserwacją wolumenu obrotów akcjami. W czasie, gdy od lutego obserwujemy spadek obrotów na szerokim rynku, rośnie aktywność handlu walorami największych spółek, wchodzących w skład WIG20. Segment naszych blue chips był pod tym względem niedoceniany przez inwestorów w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Teraz zaczyna się to zmieniać. Być może to sygnał świadczący o rosnącym zainteresowaniu naszym rynkiem kapitału zagranicznego. Na potwierdzenie tej tezy warto jednak jeszcze trochę poczekać.

Roman Przasnyski, analityk Open Finance / Inne