Z jednej strony bogacz i filantrop. Z drugiej wyrachowany gracz polityczny z podejrzanymi kontaktami w Rosji.

Na ścianach jego rezydencji wiszą obrazy Pabla Picassa, a w ogrodzie przechadzają się pingwiny, zebry i kangury. Lider Gruzińskiego Marzenia swoje marzenia już spełnił. Niegdyś zwykły imeretyński wieśniak, dziś stały bywalec rankingów najbogatszych ludzi świata czasopisma „Forbes”. Swoją karierę rozpoczął na stanowisku sprzątacza w tbiliskiej fabryce odlewniczej. Wart od 6 do 8 mld dol. majątek (trzecia część PKB Gruzji) zawdzięcza Rosji, gdzie podczas jelcynowskiej prywatyzacji – podobnie jak rosyjscy oligarchowie Roman Abramowicz czy Michaił Prochorow – przejmował atrakcyjne udziały w wielu branżach – od finansowej po metalurgiczną. Dziś wciąż jedna trzecia majątku Iwaniszwilego ulokowana jest w Rosji. Choćby w akcjach Gazpromu o wartości 1,5 mld dol. Biznesmen nabył też po jednym procencie udziałów w innych rosyjskich gigantach: monopolu energetycznym RAO JES i naftowym koncernie Łukoil.

Rosyjskie biznesy miliardera przysporzyły Iwaniszwilemu niemało problemów. Przeciwnicy z grona prezydenta Micheila Saakaszwilego oskarżają go o współpracę z Kremlem. Jeden z zarzutów skierowany jest pod adresem do niedawna należącego do oligarchopolityka banku „Rossijskij Kriedit”. Bank (zresztą jeden z największych prywatnych banków w Rosji) rzekomo finansował rosyjskich producentów broni. Również podczas wojny z Gruzją w 2008 r. Dlatego zdaniem przeciwników Iwaniszwilego jego rosyjski interes przetrwał bez szwanku antygruzińską nagonkę, jaka rozpętała się w Rosji tuż po wojnie.

Iwaniszwili połowę życia spędził poza Gruzją. W 2004 r. powrócił z Rosji do ojczystej wioski Czorwiły, która dzięki staraniom wynajętych przez oligarchę architektów wygląda dziś jak mały Zurych. Miliarder wydał ok. 1,7 mld dol. na współfinansowanie słynnych reform Saakszwilego. Dziś chce być premierem.