Przykładowo, czy wzrost stworzy brakujące ogniwa integracji w Europie lub zaradzi ubożeniu klasy średniej w Ameryce? Czy zapewni racjonalność polityki fiskalnej? Czy zmniejszy presję człowieka na środowisko? Czy ulepszy zarządzanie globalizacją i ustanowi bodźce w sektorze finansowym zgodne z pożądanym społecznie kierunkiem?

To problemy, które nękają świat i będą warunkować naszą przyszłość. W niektórych przypadkach wzrost rzeczywiście mógłby sprzyjać ich rozwiązaniu, ale w innych zatuszowałby niedociągnięcia albo wręcz zaognił problemy.

Rządy i obywatele chętniej akceptują reformy w czasach kryzysu. Gdy gospodarka kwitnie, mniej osób zauważa różne problemy. Wszak jeśli jest dobrze, to nie może być źle. A o definicji tego, czy akurat jest dobrze, czy nie, decyduje w zbiorowym odbiorze właśnie dynamika PKB. Wylesianie Amazonii czy kulejący nadzór nad globalizacją nie budzą takiej trwogi jak obcinanie prognoz wzrostu.

Skąd jednak w naszym społeczeństwie takie parcie do zwiększania PKB? Otóż ekonomia głównego nurtu zakłada równość między produkcją (konsumpcją) a dobrobytem (szczęściem). Innymi słowy, wzrost to wymierna realizacja idei postępu, zdefiniowanego w kategoriach materialistycznych.

Hołdując takiemu podejściu, ekonomia bada rzeczywistość i formułuje zalecenia, co robić i jak żyć. Chętnie stosuje podejście mechaniczne, ujmując świat w modele. Człowieka sprowadza do racjonalnej jednostki, której główny cel istnienia to zwiększanie konsumpcji.

Reklama

A skoro takie są fundamenty naszej gospodarki, to ani uwielbienie wzrostu, ani rozbuchany konsumpcjonizm nie powinny dziwić, choć oczywiście wizji świata promowanej przez ekonomię można przeciwstawić wiele różnych religii i szkół filozoficznych.

Trudno przy tym zanegować dobrodziejstwa, jakie wzrost przyniósł i nadal przynosi ludzkości. Sęk w tym, aby go nie mitologizować i zdawać sobie sprawę z jego ograniczeń. Wzrost potrafi być pożyteczny, ale to nie jest lek na wszystkie bolączki.

Co więcej, wymowa przyrostów produkcji i konsumpcji nie jest stała w czasie. Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do XVIII wieku, gdy żył Adam Smith, filozof uważany za ojca ekonomii. W jego czasach nędza była powszechna – brakowało wszystkiego, od chleba począwszy.

W takich warunkach założenie równości między wzrostem produkcji a wzrostem dobrobytu było bardzo zasadne, także moralnie. Stanowiło ponadto rozwinięcie szansy związanej z nabierającą rozpędu rewolucją przemysłową.

W XVIII wieku każda dodatkowa para bielizny podnosiła higienę i ograniczała szerzenie się chorób. Każdy kolejny bochenek chleba oznaczał lepsze odżywienie, czyli poprawę zdrowia, dłuższe życie i więcej sił do pracy. Dziś podobnie dzieje się w wielu krajach rozwijających się – wzrost produkcji to dla nich błogosławieństwo.

Czy jednak tak samo jest obecnie w krajach Zachodu? Tu przyrost PKB oznacza nowszy model komórki lub kolejny komputer w domu. Co więcej, pędząca do wzrostu gospodarka coraz częściej już nie tyle zaspokaja istniejące potrzeby, co najpierw je tworzy, by potem mieć co zaspokoić.

Pomyślmy o reklamie, której częste zadanie to „uświadomić” odbiorcom ich potrzeby. Albo o modzie, która wymaga, by co sezon wymieniać garderobę. Wspomnijmy też o coraz krótszym cyklu życia produktów. Pralki czy telefony nieprzypadkowo psują się po kilku latach użytkowania. Producenci „muszą” zwiększać sprzedaż, więc konsumenci też „muszą” częściej wchłaniać nowe produkty.

John Keynes w latach 30. XX wieku snuł wizję, że wzrost dobrobytu umożliwi w ciągu stu lat skrócenie tygodnia pracy do 15 godzin. Dziś wiemy już, że to mrzonka. Aby móc kupować intensywniej, nie można pracować mniej.

Mało tego, motor produkcji zasysa zasoby jak nigdy. Zaprojektowany w czasach niedoboru, rodzi paradoksy w warunkach obfitości. Często pracujemy jak szaleni tylko po to, aby kupić rzeczy, których nie potrzebujemy albo które marnujemy. Pomyślmy choćby o tonach żywności, które lądują codziennie na śmietnikach w Europie i Ameryce.

Rozdętą konsumpcję chętnie opłacamy przy tym pieniędzmi, których nawet nie mamy. Zakupy na kredyt czy podkręcanie wzrostu deficytem budżetowym nie tylko w kryzysie, lecz także w latach prosperity to zjawisko na Zachodzie powszechne.

Można więc spytać, czy wzrost gospodarczy naprawdę jest tym, czego nam obecnie w pierwszym rzędzie brakuje, zwłaszcza w krajach rozwiniętych? Czy problem z gospodarką polega na tym, że trudno jej wydusić z siebie więcej PKB?

Być może przy okazji debat nad pobudzeniem koniunktury warto wyjść od pytania, na ile wzrost służy dziś ludziom, a na ile ludzie wzrostowi.