Unia Europejska w ciągu następnych kilku lat może powiększyć się o co najmniej trzy nowe państwa. Nie wiadomo jednak, na jakich zasadach Szkocja, Flandria i Katalonia – bo o nich mowa – zyskałyby członkostwo w UE.

W przypadku niepodległości Szkocji pierwszy ważny krok został już zrobiony – premier Wielkiej Brytanii David Cameron i premier Szkocji Alex Salmond ustalili wczoraj, że jesienią 2014 r. w Szkocji odbędzie się referendum w sprawie niepodległości. I tylko od decyzji szkockich wyborców będzie zależeć secesja z Wielkiej Brytanii. Chmury znów gromadzą się nad Belgią. Niedzielne wybory samorządowe wygrali bowiem flamandzcy nacjonaliści.

Nowy Sojusz Flamandzki, który dąży do uniezależnienia się Flandrii od Belgii i stopniowego podziału kraju, zdobył Antwerpię, drugie co do wielkości miasto na północy, lider partii został tym samym burmistrzem miasta. W Walonii przewagę utrzymali socjaliści, choć nie jest ona tak duża jak ta z poprzedniego głosowania. Najbliższe dwa lata do wyborów parlamentarnych będą więc wielkim wyzwaniem dla premiera Elio Di Rupo utrzymania poparcia, co będzie trudne, bo rozpisane reformy przewidują wprowadzenie kolejnych oszczędności.

O referendum coraz głośniej mówi się też w Katalonii, w Barcelonie pod tym hasłem organizowane są wielotysięczne manifestacje. Jaki będzie wpływ na Unię ewentualnych referendów? Rzeczniczka Komisji Europejskiej na razie nie chciała rozważać „hipotetycznych scenariuszy”. Otwarte jest pytanie, czy w przypadku secesji nowo powstałe kraje będą na nowo musiały starać się o członkostwo w Unii, czy też dostaną je automatycznie. Teoretycznie precedensem może być Szkocja, bo w żadnym innym regionie sprawa secesji nie jest tak zaawansowana. Pytanie tylko, czy Szkoci naprawdę tego chcą. W referendum będą mieli tylko wybór „tak” lub „nie” dla pozostania w Zjednoczonym Królestwie, tymczasem w żadnym sondażu zwolennicy niepodległości nie uzyskali większości.

W przypadku Szkocji nie ma na dodatek tak jednoznacznego czynnika ekonomicznego. O ile Flandria jest znacząco bogatsza od francuskojęzycznej Walonii, a Katalonia jest największą gospodarką ze wszystkich 17 regionów Hiszpanii i oba faktycznie dopłacają do budżetów federalnych, w przypadku Edynburga i Londynu takich dysproporcji nie ma. Salmond i jego Szkocka Partia Narodowa argumentują wprawdzie, że złoża ropy naftowej i gazu ziemnego na Morzu Północnym zapewnią Szkotom dostatnie życie, ale oderwanie się od brytyjskiej gospodarki – siódmej na świecie – może być też kosztowne. Tymczasem w trakcie kryzysu czynniki ekonomiczne stają się coraz bardziej istotne. To właśnie teraz, gdy Hiszpania stoi u progu wystąpienia do Brukseli o pomoc finansową, liczba zwolenników pełnego zerwania Katalonii z Madrytem po raz pierwszy od lat przekroczyła 50 proc.

Reklama