Zajął się biznesem z miłości do wspinaczki. Teraz z tego samego powodu jest gotów zrezygnować z części zysków.
Z jednej strony miłość do gór i wspinaczki, troska o ochronę środowiska i skutecznie prowadzony biznes. Z drugiej niechęć do świata finansów, marketingu i nowoczesnych modeli zbytu. Czy da się pogodzić ze sobą tak wielkie sprzeczności – pasję, ekologiczną nieustępliwość oraz konieczność zarabiania? Gdy na dodatek wyznaje się zasadę: kupować mniej, ale sprzedawać więcej? Można. To właśnie historia amerykańskiego wspinacza Yvona Chouinarda.
– Zajmuję się biznesem od ponad czterech dekad, ale przyznanie się do bycia przedsiębiorcą wciąż jest dla mnie cholernie trudne. Gdy wymawiam te słowa, czuję się tak, jak gdybym publicznie obwieszczał, że jestem alkoholikiem lub prawnikiem – mówi dziarski 74-latek, który firmę Patagonia założył w 1970 r. Na początku był to zwykły sklep dla wspinaczy. Jednak gdy Chouinard natrafił na odpadki pozostawione w górach przez turystów, zaczął mu przyświecać jeden cel: ochrona środowiska naturalnego.
Reklama
Bo tylko w popularnych filmach nie widać całego brudu cywilizacji, którą zabieramy w góry. W nich śnieg jest biały, wręcz oślepiająco, nigdzie nie widać śladu człowieka. Ale jest zupełnie inaczej: góry stały się wielkimi śmietnikami. Szczyty zdobywają dziś nie pojedynczy herosi, ale wielkie grupy, które niosą z sobą potrzebny sprzęt (liny, haki, maski i butle z tlenem) i jedzenie, jednak mało komu chce się po sobie sprzątać. Największym śmietnikiem stały się Himalaje, zwłaszcza od kiedy w Nepalu działają firmy turystyczne wyspecjalizowane w „wynoszeniu” ochotników na Czomolungmę („bilet” kosztuje kilka tysięcy dolarów). Spowodowało to prawdziwy najazd turystów: nie jest to jeszcze egipska Hurghada w sezonie, ale na pewno Ustka. Efekt? Tylko w masywie, w którym znajdują się drogi na najwyższą górę świata, zalega już co najmniej 50 ton śmieci.
Nic więc dziwnego, że Yvon Chouinard wciąż pozostaje radykalny w swoich działaniach. Rok temu, dokładnie w czarny piątek, który w USA zaczyna sezon wielkiej przedświątecznej gorączki zakupowej, wykupił całostronicowe ogłoszenie w poczytnym dzienniku „New York Times”, w którym odradzał kupowanie wyprodukowanej przez jego firmę kurtki, bo okazało się, że do jej wytworzenia zużywa się zbyt wiele energii i wody. Jaką inną firmę, które tak głośno chwalą się swoim zaangażowaniem w ochronę środowiska, byłoby stać na podobny gest w dniu, w którym Amerykanie zostawiają w sklepach sporo ponad 50 mld dol.?
Historia Patagonii zaczęła się od bawełnianej koszulki do gry w rugby. Była w jaskrawym kolorze i miała kołnierzyk, była więc idealna do wspinania. Kolory gwarantowały widoczność z daleka, a kołnierzyk chronił kark przed otarciem o niesiony sprzęt. Właśnie w takim stroju Chouinard wspinał się przed prawie pół wiekiem w Szkocji. Jego patent szybko docenili inni wspinacze, którzy zaczęli zamawiać u niego podobne koszulki. Tak narodził się pomysł uruchomienia sklepu dla miłośników gór z prawdziwego zdarzenia.
Do tej pory był biznesowym amatorem, choć niemal od zawsze marzył o produkcji własnego sprzętu. Od zawsze to znaczy od czasu, gdy wraz z rodziną przeniósł się z kanadyjskiego Quebecu do Kalifornii i odkrył góry w Parku Yosemite. Na własne potrzeby zaczął produkować haki, bo te sprowadzane z Europy były wytwarzane ze zbyt miękkiej stali: często łamały się lub trudno było je wbić w skałę. Zaczął je sprzedawać innym: po 1,50 dol. za sztukę. Jak sam wspomina, pieniądze były z tego nikłe: starczało mu na paliwo, by jeździć się wspinać, choć zdarzało mu się żywić najtańszą kocią karmą z puszek i spać w śpiworze w górach. – Moje życie przez kilka lat toczyło się utartym rytmem. Zimą produkowałem haki, latem je sprzedawałem i się wspinałem. Nawet wydałem katalog z moją ofertą, w którym było zastrzeżenie, że między majem a listopadem nie należy z mojej strony spodziewać szybkiej wysyłki zamówionego towaru. Życie wagabundy sprawiało mi wielką frajdę. Zresztą takie były czasy: byłem częścią antykorporacyjnego buntu – opowiada.
Powoli rozkręcał interes, wzbogacał ofertę, prosił znajomych o zaprojektowanie kolejnych rzeczy. Po wypadzie do Szkocji zdecydował się na uruchomienie Patagonii. Jakością produktów zyskiwał uznanie, aż stał się największym dostawcą osprzętu wspinaczkowego w USA. Jednak rosnąca popularność sportu sprawiła, że góry zaczęły być coraz mocniej dewastowane. Właśnie wtedy stał się ekologicznym ewangelistą. W 1972 r. po raz pierwszy podjął kontrowersyjną, ale tylko dla otoczenia rzecz jasna, decyzję. Choć produkcja haków przynosiła mu spore zyski, z dnia na dzień z niej zrezygnował: poprosił klientów, by kupowali kostki (w odróżnieniu od haków nie wbija się ich w skały, tylko umieszcza w szczelinach) wytwarzane przez konkurencyjną brytyjską firmę.
Kolejne lata tylko wzmocniły jego zieloną determinację. Gdy okazało się, że przemysłowe uprawy bawełny dewastują przyrodę (bo wymagają m.in. ogromnych ilości wody), zrezygnował z wielkich dostawców na rzecz gospodarstw działających w zgodzie z naturą. W końcu zdecydował się na wprowadzenie programu Common Treads. Twój sprzęt się zepsuł, ubranie podarło? Nie kupuj nic nowego, pracownicy Patagonii zreperują je za najniższą możliwą stawkę. Masz zbędne rzeczy? Przekaż je Patagonii, a ta rozda je osobom potrzebującym, wystawi na aukcję (pieniądze zostaną przeznaczone na cele charytatywne i ekologiczne) lub podda recyklingowi, a wszystkie nadające się do użytku składniki wykorzysta do produkcji nowych rzeczy (tak spełniło się marzenie Chouinarda o produkcji własnego sprzętu).
O dziwo, ten model biznesowy przynosi zyski. W ubiegłym roku sprzedaż Patagonii przekroczyła aż 0,5 mld dol., bo do sporej części wspinaczy i turystów przemówiły argumenty o konieczności ochrony środowiska. – Ludzie chcą uczestniczyć w naszych programach, bo czują, że za każdym razem, gdy odmawiają sobie kupna nowej rzeczy, robią coś dobrego dla nas wszystkich – tłumaczy Chouinard.
Odniósł sukces nie tylko w biznesie. Jego firma znajduje się w czołówce tych przedsiębiorstw, w których Amerykanie chcą pracować (jeśli nie jest dla nich najważniejsza superkariera). Patagonia jako jedna z pierwszych, bo już w 1984 r., otworzyła własny żłobek (wówczas przyzakładowych żłobków w całych Stanach Zjednoczonych było zaledwie 150). I cały czas obowiązuje w niej regulamin, który stanowi, że jeśli masz ochotę posurfować nawet w godzinach pracy, po prostu to robisz. Bo takie jest życie w Kalifornii.
Chouinard nie ukrywa, że już kilka razy składano mu oferty kupna Patagonii, a na przygotowanych dokumentach widniały wielomilionowe sumy. Ale za każdym razem odmawiał. – Nie mogę tego zrobić. Przecież nie można zaprzedać swojej duszy? – wyjaśnia.