Polski proletariat ma dość. Chce, by politycy wzięli wszystkich za mordę i zrobili porządek w kraju, który miał być drugą Japonią, a gnije. Zdaniem robotników rządy ludu to pic. Rządy silnej ręki to jest to.

Mogłem zrobić zamach stanu, miałem pewność, że by się udał. Namawiano mnie do tego. Ale za bardzo cenię demokrację, aby pójść na taki układ – zdradził niedawno były prezydent Lech Wałęsa. Jednak na tle klasy robotniczej, z której wyrósł i która wyniosła go na piedestał, jego poglądy są w zdecydowanej mniejszości. Dzisiejszy proletariat jest inny.

Stoczniowcy z Gdańska i górnicy z Katowic, robotnicy z Radomia i hutnicy z Warszawy totalitaryzm obalali. Ich dzieci – dzisiejsi robotnicy, rolnicy i ludzie bez wykształcenia – mają wywalczonej przez rodziców wolności po dziurki w nosie. Bo nie dała im tego, czego się spodziewali. Dobrego, sytego życia. Dlatego marzy im się silny, autorytarny rząd, który zrobi porządek. Żeby można było bezpiecznie chodzić wieczorami po ulicach, żeby było czysto, żeby ludzie mieli pracę, i to taką, która pozwoli kupić nowy samochód, nie żebrząc w banku o kredyt. Żeby dzieci z automatu przyjmowali do przedszkola koło domu i by miały ciepłe obiady w szkołach. I to za darmo.

>>> Czytaj też: Polacy przerażeni kryzysem. Boimy się o przyszłość bardziej niż Hiszpanie

– I żeby nie było podwyżek, bo one są cholernie wkurzające. Przez nie żona ciągle gada, że na nic nas nie stać, że z torbami pójdziemy. A w luksusach żadnych nie żyjemy, zwyczajnie od pierwszego do pierwszego. Inaczej się teraz nie da w tej całej demokracji – irytuje się 36-letni Artur, absolwent zawodowej szkoły samochodowej, pracownik firmy budującej domy jednorodzinne.

Wolałby, aby ktoś za niego decydował o wszystkim, co dzieje się w Polsce. Bo jemu wszystko jedno. Ważne, aby rodzina żyła na niezłym poziomie, a to, czy będzie co cztery lata uczestniczył w wyborach, jest bez znaczenia. I tak na nie nie chodzi. Dlatego zamiast iść do urny, woli poleżeć na kanapie. – Bezpieczeństwo, praca, zdrowie – to są rzeczy ważne. Demokrację i głowy gadające o pierdołach w telewizorze zwyczajnie mam gdzieś. Co mnie to obchodzi? – Artur nie przebiera w słowach.

Kiedy budzą się upiory

Z Wikipedii: Autorytaryzm to system rządów bezpartyjnych, opartych na autorytecie charyzmatycznego przywódcy, a często także na armii. Szczególnie rozpowszechniony w Europie w pierwszej połowie XX wieku. Powstawał najczęściej wskutek nieefektywnego funkcjonowania systemów demokratycznych lub ich kompromitacji w oczach społeczeństwa. W przeciwieństwie do systemów totalitarnych nie opiera się na uniwersalnej ideologii ani na masowym terrorze, lecz ogranicza się jedynie do represjonowania tych, którzy otwarcie go krytykują i dążą do jego obalenia.

Autorytarny system rządów często posiada pewne cechy i instytucje demokracji, jak wybory, które jednak – podobnie jak w totalitaryzmie – nie mają większego znaczenia prawnego i politycznego. Z drugiej strony brak tu charakterystycznej dla totalitaryzmu ścisłej kontroli państwa nad wszystkimi aspektami życia społecznego, kulturalnego i gospodarczego obywateli – władza istnieje niejako obok społeczeństwa, realizując swoje cele.

>>> Czytaj też: Potomkowie Goebbelsa zbili fortunę dzięki pracy przymusowych robotników

Warto zwrócić uwagę na fragment: „autorytaryzm powstawał najczęściej wskutek nieefektywnego funkcjonowania systemów demokratycznych lub ich kompromitacji w oczach społeczeństwa”. Bo jak wynika z badań opinii publicznej, aż 72 proc. Polaków uważa, że nie ma wpływu na sprawy kraju. Prawie połowa (49 proc.) źle ocenia funkcjonowanie systemu demokratycznego, uważając, że jest on nieskuteczny, niesprawiedliwy, nie rozwiązuje problemów i nie zapewnia obywatelom bezpieczeństwa. Jak szacuje CBOS, 21 proc. Polaków akceptuje autorytaryzm polityczny. Ponad połowa nie ma w tej sprawie zdania, co można interpretować jako brak sprzeciwu wobec takiej formy sprawowania władzy w Polsce. Panuje tym samym ogólne przyzwolenie na ograniczanie praw i wolności obywatelskich, jeżeli zgadzamy się z przyświecającymi temu motywacjami.

Stosunek do bezkompromisowej formy rządów jest wyraźnie zróżnicowany społecznie. Jej pozytywnej ocenie sprzyja średni i starszy wiek, mieszkanie w mniejszej miejscowości, niższe wykształcenie i sytuacja materialna, a także niższa pozycja zawodowa. Jeżeli spojrzymy na grupy społeczne i zawodowe, to wyraźnie widać, że najwięcej zwolenników wprowadzenia rządów silnej ręki jest wśród robotników, w tym niewykwalifikowanych (59 proc.), wśród pracowników administracyjno-biurowych (23 proc.), w średnim personelu firm (20 proc.) i wśród rolników (19 proc.). Im niższe wykształcenie, tym tendencje autorytarne większe.

Takie rządy w Polsce zaakceptowałaby bezwarunkowo co czwarta osoba z wykształceniem podstawowym oraz 21 proc. osób legitymujących się świadectwem ukończenia szkoły zawodowej. W przypadku osób z dyplomem wyższej uczelni tylko 13 proc., najmniej w zestawieniu, jest zwolennikami autorytaryzmu. Najwięcej osób opowiadających się za ograniczeniem demokracji mieszka w miastach do 500 tys. osób. W grupie biernych zawodowo rządy silnej władzy popierają emeryci i renciści, rzadziej uczniowie i studenci. Paradoksalnie, zmiana systemu politycznego i przekreślenie demokracji najbardziej ucieszyłyby osoby głosujące zwykle na Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz te, które regularnie – dwa, cztery razy w miesiącu – biorą udział w nabożeństwach kościelnych.

Zdaniem analityków podziały te w pewnym stopniu są przypadkowe i wynikają głównie z fatalnej oceny działań władzy publicznej i z tego, że przeciętny, nie najlepiej wykształcony Polak nie widzi żadnych korzyści z życia w takim kraju jak Polska. A i ci, którzy stanowią zarabiający i prowadzący własne firmy – również nie są entuzjastami obecnego porządku społecznego. Coraz powszechniejsze staje się przeświadczenie, że nasza transformacja ustrojowa wcale nie była taka udana, jak się ją często przedstawia. I że polskie życie społeczne obecnie w jej wyniku pełne jest różnego rodzaju deficytów – biedy, nierówności społecznych, patologii politycznych, przestępczości, szklanych korporacyjnych sufitów, braku perspektyw wśród młodych, braku stabilnej pracy wśród starszych.

>>> Czytaj też: Nasar: Jak narodziła się nowoczesna ekonomia

Rzeczywistość alternatywna

– Partyjni gracze stworzyli przez prawie 25 lat wolnej Polski odrębny teatr zwany polityką. To świat, który ma się nijak do problemów ludzi żyjących w Polsce – ocenia Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Akcenty stawiane są na emocjonalne aspekty działań politycznych, na happening, na zamieszanie, a nie tego oczekuje i potrzebuje Kowalski. W związku z tym sami szukamy prostych rozwiązań. Jednym z nich jest tęsknota za skuteczną i bezkompromisową władzą – dodaje.

Tak samo było w Niemczech w latach 30. XX wieku. Zresztą pouczające przykłady z historii związane z sięganiem przez państwa po rozwiązania autorytarne można mnożyć. Nie wszędzie za polityczne rewolucje odpowiadały warstwy niskie, ale wszędzie wynikały one z ogólnej potrzeby społecznej oddania się władzy zdecydowanej, często przesadnie, i niecofającej się przed tłumieniem demokratycznych form protestu. W 1936 r. bunt części garnizonów wojskowych przeciw rządowi republiki rozpoczął trwającą trzy lata hiszpańską wojnę domową. Na czele rebelii, a potem państwa, stanął gen. Franco. Oparł władzę na armii, cieszył się przychylnością Kościoła i konserwatywnej części społeczeństwa. Podobne poparcie towarzyszyło wyczynom gen. Augusta Pinocheta, który we wrześniu 1973 r. obalił lewicowego prezydenta Chile.

Podobnie w Portugalii, Turcji, Rumunii czy Iranie – rządy demokratyczne w XX wieku zostały wyparte przez rządy ograniczenia swobód i monopolu partyjno-politycznego. – Nawet Polska przez większość XX wieku nie była zdolna oprzeć się okrajaniu demokracji i przez wiele lat znajdowała się pod ciężkim autorytarnym butem. Taka mentalność w pewnym stopniu nam pozostała i dość trudno będzie się jej definitywnie pozbyć – ocenia Rafał Chwedoruk z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

W dzisiejszej Polsce działa tyle mechanizmów broniących demokracji, że urzeczywistnienie proletariackiej rewolucji rządów silnej ręki jest niemożliwe. – Jeśli spojrzymy, jakie środowiska były kuźnią brunatnych poglądów i nowego porządku świata w Niemczech w latach 30., nie unikniemy wrażenia, że ciężar zmian wzięli na siebie nie robotnicy i nie chłopi, ale drobna klasa średnia i pewne warstwy inteligencji, np. studenci. To na uniwersytetach kwitł nazizm, zanim wylał się na ulice i stał się dominującą, a potem jedyną siłą polityczną Rzeszy – mówi Chwedoruk.

W autorytarnej w pewnym okresie II RP nie było inaczej. Ogniskiem niechęci wobec prezydenta Gabriela Narutowicza były skrajnie prawicowe antyżydowskie środowiska akademickie. To na uczelniach sączono najwięcej jadu w stosunku do polityka wspieranego przez lewicę i mniejszości narodowe. Zabójcą Narutowicza był artysta malarz Eligiusz Niewiadomski, erudyta, wykładowca rysunku na Politechnice Warszawskiej, nauczyciel w renomowanych warszawskich pensjach żeńskich, krytyk sztuki, uczestnik walk z bolszewikami w 1920 r., kierownik wydziału malarstwa i rzeźby w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Słowem inteligent. Kiedy planował odebranie życia pierwszemu prezydentowi niepodległej Polski, obwiniając go o zepsucie, słabość i „oddanie kraju we władanie Żydom”, robotnicy i chłopi z trudem wiązali koniec z końcem, ledwo zbierając pieniądze na jedzenie dla dzieci. Polityka była ostatnią rzeczą, którą mieli wtedy ochotę się zajmować. Dopiero potem, także z powodu biedy i nierówności społecznych, zaczął przyjmować się w Polsce komunizm z jego rewolucyjnymi postulatami.

Trochę inaczej było w Polsce Ludowej. Wtedy dominująca i najważniejsza klasa społeczna, czyli proletariat na czele z robotnikami i tylko nieco mniej ważnymi chłopami, musiała się angażować politycznie. Oczywiście tylko w granicach wyznaczonych przez siłę kierowniczą, czyli PZPR. Autoryzowano w ten sposób autorytarne rządy z moskiewskiego nadania i harce służb bezpieczeństwa, z jednej strony całkowicie likwidując swobody obywatelskie, a z drugiej dając bezpieczeństwo socjalne.

Dopiero w latach 70. – nieznacznie, a dekadę później już dobitnie - proletariat postanowił postawić na swoim i ręka w rękę z inteligencją zaczął drążyć skałę systemu politycznego w Polsce. W efekcie doprowadził do pożądanego finału – wolności politycznej i ekonomicznej. Ludzie pracy wzięli wtedy odpowiedzialność za Polskę, realizując rewolucyjną zmianę. Przeszli jednak od autorytaryzmu do demokracji. Dzisiaj najchętniej odwróciliby się do demokracji plecami.

Europa naszych marzeń

Specjaliści przekonują, że powodem negatywnej oceny demokracji wśród gorzej wykształconych oraz słabo opłacanych warstw społeczeństwa jest przede wszystkim źle wypadające ogólne porównanie z PRL. Wtedy, przy braku politycznych swobód, na których zresztą ani rolnikom, ani robotnikom w większości nie zależało, to, czego oczekiwali od państwa, było na znacznie wyższym poziomie.

Z uwagi na system kompleksowego zatrudnienia nie było bezrobocia i nikt, w tym pracownik nisko wykwalifikowany, nie musiał błagać o pracę na umowie śmieciowej – jak obecnie. Wtedy miał gwarancję etatu w państwowym przedsiębiorstwie, co dawało mu ograniczone wprawdzie, ale jednak perspektywy. Mógł liczyć na mieszkanie, pensję, a na starość opiekę medyczną za darmo i emeryturę.

Dzisiaj młody robotnik nie może być pewien żadnej z tych rzeczy. Na mieszkanie nie będzie go stać nigdy ze względu na niską pensję lub jej brak. O emeryturze, o ile do niej dożyje z uwagi na kilkumiesięczne kolejki do lekarzy, też może zapomnieć. Ze względu na brak pieniędzy on i jemu podobni nie będą mieć dzieci, które na te świadczenia zarobią. A gdyby tak przyszedł dyktator i dał wszystkim pracę, mieszkania i emerytury, biorąc lekarzy w obroty, by służyli pacjentom, od razu zaczęłoby się rodzić więcej dzieci.

Marzenia o rządach silnej ręki nie są specjalnością tylko polskiego proletariatu. Z opublikowanych kilka dni temu badań wynika, że co drugi Austriak, a zatem również przedstawiciele grup nieźle i wysoko wykształconych, uważa, iż rządy Hitlera miały też dobre strony, a gdyby w ich kraju działała NSDAP, to cieszyłaby się dość dużym poparciem. Ponad 60 proc. Austriaków marzy o tym, by dzisiaj ich krajem kierował silny przywódca.

W praktyce oznacza to zgodę większości na wprowadzenie systemu politycznego, w którym demokratyczne swobody obywatelskie schodzą na drugi plan. Wielu chce również obcięcia zasiłków dla emigrantów, a co czwarty planuje głosować na Partię Wolnościową, która opowiada się za wyjściem Austrii z Unii Europejskiej, a rasizm uczyniła jednym z podstawowych elementów swojego programu.

Może zatem my, Polacy, nie tylko geograficznie, lecz także mentalnie jesteśmy wreszcie w Europie. Tej ograniczonej, ksenofobicznej i niechcącej brać odpowiedzialności za własne dokonania i za własny los. Tej, która win szuka nie w sobie, tylko daleko od siebie, w innych. To do nas zawsze bardzo pasowało. Do innej Europy na razie się nie nadajemy.