Żelatyna nie kojarzy się z pieniędzmi, marmurami i drogimi samochodami, a niesłusznie. Bo galaretowe złoto przez długie lata dawało Kazimierzowi Grabkowi miejsce w pierwszej dziesiątce listy najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”, a przy okazji zapewniło mu główną rolę w jednej z największych afer lobbingowych.

Pod koniec grudnia 1997 r. rząd Jerzego Buzka wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny. Sprawą zainteresowała się prasa, która zaczęła drążyć temat. Oficjalnie zakaz wprowadzono w trosce o zdrowie społeczeństwa – na Zachodzie szalała choroba wściekłych krów. Jednak o wściekłych świniach nikt nie słyszał, a mimo to wieprzowa żelatyna też znalazła się na indeksie. Szybko się okazało, że zakaz importu dawał ogromne zyski monopoliście na rynku – Kazimierzowi Grabkowi.

>>> Polecamy: Przewodnik korupcyjny po Polsce (MAPA)

Był on bardzo znaną figurą w świecie polskiego biznesu – self-made man, który lubił się popisywać bogactwem i pozować na zaradnego przedsiębiorcę niszczonego przez pasożytnicze państwo. Jednak król żelatyny przede wszystkim umiał się doskonale dogadywać z urzędnikami i politykami. Jeszcze za komuny wiedział, jakie argumenty trafiają do tych pierwszych: w nowe realia ustrojowe wkroczył ze zbudowaną na dziko i zatruwającą środowisko, ale działającą bez przeszkód fabryką w Głuchowie, z ogromnymi kredytami zaciągniętymi w państwowych bankach i opinią jednego z najbogatszych ludzi Europy Wschodniej. Polska wersja kapitalizmu okazała się łaskawa dla Grabka: przejmował kolejne zakłady i lobbował. – Nie był kumplem z ZSMP, który robił interesy dzięki nomenklaturowym układom. Wszystko musiał sobie sam wychodzić. To naprawdę ciężka praca wystawać całymi dniami na korytarzach. Grabek przetrwał cztery gabinety i pod rządami każdego wykazał się niebywałą skutecznością – mówił o żelatynowym królu jeden z urzędników.

Grabkowi nigdy nie zarzucono wręczania łapówek, sugerowano co najwyżej wpłaty na fundusze wyborcze. Sukces w kontaktach z decydentami Grabek miał zawdzięczać przede wszystkim opanowanej do perfekcji sztuce lobbingu, który media nazywały grabbingiem. Do repertuaru środków perswazji Grabka miała należeć m.in. produkcja ogromnej liczby ekspertyz potwierdzających konieczność wprowadzenia korzystnych dla niego decyzji. Miał też specjalizować się w aranżowaniu zdjęć z VIP-ami, które służyły potem do wywierania wrażenia na działaczach niższych szczebli. Był też nieludzko namolny i zawracał decydentom głowę tak długo, aż wreszcie mu ulegali. Tę ostatnią metodę Grabek miał, według mediów, zastosować np. wobec Waldemara Pawlaka, którego „molestował słownie, w toalecie, nie dając mu chwili wytchnienia nawet przy oddawaniu moczu”. To właśnie polityk PSL wymieniany był jako jeden z głównych rzeczników interesów Grabka. W ostatnim dniu urzędowania na stanowisku premiera podpisał rozporządzenie o wprowadzeniu opłat wyrównawczych na importowaną żelatynę, bo na posiedzeniach rządu ministrowie stawali wobec tego pomysłu okoniem. Z innych ważnych polityków Grabkowi miał też sprzyjać wicepremier oraz szef MSW w rządzie AWS Janusz Tomaszewski. To na jego wniosek rząd Buzka wprowadził zakaz importu żelatyny.

>>> Czytaj też: Afery korupcyjne w III RP: kłopoty Jacka Karnowskiego

Gdy afera żelatynowa wyszła na jaw, Grabek stał się jednak nagle na salonach persona non grata. Ucierpiała nie tylko jego reputacja, lecz także imperium. Rząd Buzka cofnął zakaz importu żelatyny wieprzowej, obniżył cło i import tego surowca znów stały się opłacalne. Rozpoczęły się też kontrole w jego zakładach. Choć biznesmen wciąż osiągał sukcesy w grabbingu (np. dostał w sumie prawie 10 mln zł kredytu od jednego z wojewódzkich funduszy ochrony środowiska), pozwy i kłopoty narastały w tempie geometrycznym. Grabek miał sprawy m.in. w związku z przejęciem jednego z zakładów (kupił go prawdopodobnie przez podstawione osoby, by obejść zakazy antymonopolowe, a potem zamknął), z powodu naruszania prawa pracy, o spłaty licznych kredytów. W 2001 r. trafił nawet na dziewięć miesięcy do aresztu, z którego został zwolniony ze względu na chory kręgosłup. Procesy w jego sprawach ciągną się latami – bez finału. Sądy wydają np. nakazy zapłaty długów, biznesmen nie płaci, kluczy, składa odwołania, zwolnienia lekarskie, zmienia pełnomocników.

Choć w wyniku afery sam król został zdetronizowany, polityków nie dotknęła ona w żaden sposób. Prócz pełnej inwektyw debaty w Sejmie w sprawie nic się nie wydarzyło. Potrzeba było dopiero kilku afer z okresów rządu Millera, by uchwalono ustawę o lobbingu, która zresztą grabbingowi wcale by nie zapobiegła.