Sytuacja była tak poważna, że zatrudniony przewoźnik rozważał wynajęcie na szybko helikoptera transportowego. Liczyła się każda godzina. W końcu finał piłkarskiej Ligi Mistrzów i współpraca z UEFA zobowiązują. Szczególnie jeśli do kontraktu wpisano wielomilionowe kary. – Problem leżał w tym, że nasza struktura utknęła w Niemczech, gdzie w trakcie kontroli drogowej policja znalazła usterkę w ciężarówce spedytora, i stąd opóźnienie. W chwili gdy mieliśmy rozpocząć montaż, elementy konstrukcji znajdowały się wciąż 800 km od Madrytu – opowiada Adam Łyczakowski z firmy Freedomes, która specjalizuje się w produkcji struktur sferycznych wykorzystywanych na wszelkiego rodzaju imprezach. – Ostatecznie firma spedycyjna przeładowała wszystko do mniejszych busów, które jechały do celu najszybciej, jak się dało. Pracowaliśmy przez całą noc i wszystko udało się dopiąć na czas. Impreza trwała osiem godzin, tak więc jakiekolwiek spóźnienie było tak naprawdę nie do pomyślenia.

Europejska Federacja Piłkarska to tylko jeden z prestiżowych klientów, których udało się pozyskać firmie znad Bałtyku. Za tydzień odbędzie się aukcja charytatywna w amerykańskim Dallas. Jej organizatorem jest małżeństwo artystów, których ogród jest... wielką rzeźbą. Dlatego ich sferę, która ma wysokość 15 m i powierzchnię 700 mkw. (czyli wielkość działki, na której spokojnie można zbudować dom i mieć spory ogród), postawiono... metr nad ziemią. W ten sposób rzeźba z krzewów i kwiatów pozostała praktycznie nienaruszona. Większego problemu przysporzyła za to konstrukcja wynajęta na prywatną imprezę w prestiżowym National History Museum w Nowym Jorku. Kontener z częściami został wytypowany do szczegółowej kontroli przez amerykańskich celników i już na starcie powstało opóźnienie. Na szczęście, można dodać – jak zawsze – udało się je nadrobić i nietypowy event okazał się sukcesem.

Freedomes została założona przez Łyczakowskiego i trójkę wspólników. Dziś współpracuje z nią ok. 70 osób (to się waha w zależności od pory roku). W 2013 r. firma będzie miała kilkanaście milionów złotych przychodów. Wzrosty rok do roku wynoszą kilkadziesiąt procent. Ceny gołych wersji wahają się od 25 do 400 tys. zł, a do tego trzeba doliczyć najróżniejsze instalacje, które czasem kosztują nawet drugie tyle. Wbrew pozorom namiot sferyczny to produkt dosyć skomplikowany. Czasem struktury składają się z dziesięciu brył, często są klimatyzowane, z doskonałym oświetleniem. Bywają zupełnie przeszklone. Często wykorzystuje się je np. przy promocji produktów z branży FMCG. W Polsce korzysta z nich m.in. Kompania Piwowarska, tworząc wakacyjne bary na plażach.

Jedną z przyczyn sukcesu młodej firmy jest na pewno to, że założyciele mieli różne doświadczenia zawodowe. Sam Łyczakowski studiował produkcję nowych mediów na uniwersytecie w irlandzkim Cork. Tam poznał swoją wspólniczkę, która zgłębiała tajniki architektury. Pozostali partnerzy mają doświadczenie inżynierskie i w produkcji maszyn. Efektem tak różnorodnej mieszanki jest właśnie możliwość tworzenia zaawansowanych technologicznie struktur sferycznych. W branży eventowej połączenie umiejętności technicznych i wyczucie rynku PR-owego jest kluczowe.

>>> Czytaj też: Eckert: Globalny sukces kolejnej polskiej firmy

Dziś, po pięciu latach działania, Freedomes ma przedstawicielstwa w USA, Arabii Saudyjskiej, Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Włoszech. Dlaczego firma od razu postanowiła skierować się głównie na rynki zagraniczne? – Spędziliśmy sporo czasu, studiując i mieszkając za granicą, i tak naprawdę pierwsze rozmowy o Freedomes rozpoczęliśmy jeszcze w Irlandii. Dopiero jak już wiedzieliśmy, co i w jaki sposób chcemy produkować, postanowiliśmy wrócić do Szczecina i wykorzystać w tym celu zaplecze produkcyjne, które stworzył jeden ze wspólników. Od początku wiedzieliśmy, że naszym rynkiem będzie cały świat, nie tylko Polska. Po prostu w Polsce branża eventowa nie jest jeszcze tak mocno rozwinięta jak w Anglii czy w USA, a tamtejsze firmy często są dużo bardziej otwarte na nowatorskie rozwiązania, które im oferujemy – odpowiada Adam Łyczakowski.

Warto podkreślić, że Freedomes to nie jest jego pierwszy biznes. Wcześniej handlował meblami z litego drewna i miał firmę, która tworzyła rozwiązania multimedialne. Jak porówna doświadczenie prowadzenia biznesu na obu zielonych wyspach? W Irlandii założenie działalności zajęło mu 15 minut pracy w sieci. Uiścił niewielką opłatę za dokumenty i po tygodniu dostał pocztą certyfikat, który potwierdzał założenie działalności. W Polsce ścieżka biurokratyczna jest, delikatnie mówiąc, nieco bardziej skomplikowana. Różnie wygląda także współpraca z klientami. – Na Zachodzie jesteśmy postrzegani jako eksperci. Firmy, które chcą z nami współpracować, pytają nas o zdanie i ufają nam, że wybierzmy rozwiązanie, które będzie najlepsze na potrzeby ich imprezy. W Polsce bardzo często liczą się tylko koszty – opowiada przedsiębiorca i podaje przykład.

Przez 18 miesięcy dwóch ludzi pracuje z klientem nad kompleksowym przygotowaniem struktur do eventu, który ma trwać kolejne dwa lata. Dosłownie dzień przed podpisaniem umowy firma się wycofuje i z gotowym projektem idzie do konkurencji, która zrobi to oczywiście taniej, bo... już ma projekt. Ale nie ma co narzekać, każdy rynek ma swoją specyfikę. Na przykład nasz partner z Arabii Saudyjskiej obsługuje klientów m.in. z Dubaju, Kataru czy Kuwejtu. – Założenie niewielkiego biura w Dubaju przez firmę z Europy to nie jest aż tak duży koszt – ok. 100 tys. zł rocznie na podstawowe potrzeby związane z rejestracją działalności, licencją i wynajęciem niewielkiej powierzchni biurowej. Problem polega na tym, że na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza w takich państwach jak Arabia Saudyjska czy Kuwejt, sprzedaż najczęściej odbywa się poprzez kontakty, których firma zza granicy najczęściej nie ma. Dlatego półtora roku temu zawiązaliśmy bliską współpracę ze znaną na lokalnym rynku firmą, która została naszym partnerem. Dotychczasowa współpraca układa się znakomicie – ocenia współwłaściciel Freedomes, która na Bliskim Wschodzie ma już swoje biuro i magazyny.

Co jeszcze zdecydowało o tym, że firma się rozwija? Jak mówi nam jej założyciel, dbałość o szczegóły i nastawienie się na potrzeby klienta. Zanim dopasuje się odpowiedni produkt, to przedstawiciel firmy spędza bardzo dużo czasu na rozmowie z potencjalnym zleceniodawcą, po to by dokładnie zrozumieć, co ma być osiągnięte przez przygotowywane wydarzenie. Poza tym te ekskluzywne namioty gwarantują bezpieczeństwo, mają obliczenia statyczne i wszelkie możliwe dokumentacje.

Ale branża eventowa to cały czas działanie w strefie podwyższonego ryzyka. Tu harmonogramy są dopracowane co do godziny, czasem nawet co do minuty. Dlatego warto działać z dużym zapasem czasu. Przykładowo na imprezę w Kuwejcie, na której mieli się pojawić przedstawiciele tamtejszego rządu, części struktury dotarła... tydzień później. Wszystko przez to, że statek przewożący kontener ze sprzętem uległ na oceanie awarii, której usunięcie zajęło aż siedem dni. Także w tym wypadku udało się akcję zakończyć pomyślnie.

Pewnym zmniejszeniem ryzyka jest poszerzenie działalności firmy o segment klienta indywidualnego. Prace nad takim produktem już trwają, a jego sprzedaż ma ruszyć w przyszłym roku. Poza tym zostanie wkrótce wprowadzone rozwiązanie w branży eventowej zupełnie unikalne – możliwość sferycznego wyświetlania filmów, która będzie dawała uczucie, że uczestnik jest po prostu w środku wydarzenia. Co ważne, będzie miał także możliwość ingerowania w tę rzeczywistość. Zwykły namiot na imprezę?

>>> Polecamy: Solaris: historia producenta autobusów, który podbił świat