Zapisałam dziecko do szkoły, kiedy miało 6 lat. Chodzi tam już drugi rok, a ja nadal nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Ponoć największe problemy pojawią się w czwartej klasie.

Od początku reformy obniżającej wiek rozpoczęcia nauki do szkół trafiło ok. 200 tys. 6-letnich dzieci. W tym mój syn. Choć jest już w drugiej klasie, bombardowana sprzecznymi argumentami przeciwników i zwolenników zmian wciąż nie jestem pewna, czy dobrze zrobiłam, posyłając go wcześniej do szkoły. Kiedy w zeszłym tygodniu Janek* dostał z testu ocenę E, czyli jedną ze słabszych w skali, natychmiast zaczęłam wątpić. A może gdybyśmy zaczekali rok, lepiej dawałby sobie radę? Jeszcze w czasie wakacji, kiedy nie odrywał się od książek, cieszyłam się, że świetnie zrobiliśmy – gdyby został w zerówce, jeszcze by nie czytał i nie pisał. Ale wystarczy, że zobaczę E i zmieniam zdanie.

Gdybym miała rozsądzić spór o 6-latki w szkołach, nie umiałabym więc dać jednoznacznej odpowiedzi, choć mam w szkole dwoje dzieci. W dodatku moje doświadczenia jako rodzica są subiektywne. Dzieci są przecież różne. Postanawiam więc przeprowadzić dochodzenie, by dowiedzieć się, jak to jest naprawdę z tymi 6-latkami w machinie edukacji. Ratować te maluchy, czy zaufać ich możliwościom?

Wychuchane pisklaki

Pierwsza, druga klasa to nic wielkiego. Dzieci mają po kilka godzin lekcyjnych, a potem zaczyna się zabawa. W szkole są traktowane jak królowie: to one zjadają drugie śniadanie w stołówce, mają pierwszeństwo w przychodzeniu na pierwszą, poranną zmianę (jeżeli trafiły do zatłoczonej szkoły), dostają kolorowe dywaniki i lepszą salę.

Mają mniej liczną klasę i jako jedyne też mają swoją własną nauczycielkę w świetlicy, więc czas po lekcjach spędzają nadal we własnym gronie. Zdaję sobie sprawę, że nie wszędzie tak jest – w najnowszym raporcie Najwyższej Izby Kontroli czytamy, że wiele szkół wciąż ma kłopoty z zapewnieniem 6-latkom odpowiednich warunków. W niektórych maluchy, które przecież jeszcze niedawno chodziły do cichych i kameralnych przedszkoli, trafiają do świetlic liczących po 82 osoby.

Jednak moim zdaniem nie ma to aż tak dużego znaczenia, ot, dobra szkoła życia. Także w osławionych już toaletach (symbolem masowego oporu przeciw reformie stały się zbyt wysokie sedesy i umywalki) mój syn daje sobie radę. Więc gdzie leży problem?

Niepokoi mnie to, o czym nikt nie mówi. Minister edukacji Krystyna Szumilas na oficjalnej stronie swojego resortu oraz w telewizyjnych spotach chwali się uśmiechniętymi 6-latkami i informuje, że resort przeznaczył 1,9 mld zł na dostosowanie szkół dla najmłodszych. Jednak nie mówi, jak szkołę znoszą dzieci, które zaczęły wcześniej, a teraz są w czwartej czy piątej klasie. Bo tu zaczyna się prawdziwa nauka, początki przygotowań do testu kończącego podstawówkę.

>>> Czytaj też: Sześciolatki narażone na gorsze oceny do końca edukacji?

Na pierwszym etapie edukacji, czyli EW (edukacji wczesnoszkolnej, czy jak dzieci potocznie mówią „edukacji wariatkowej”), uczniowie uczą się polskiego, matematyki, przyrody, ale zajęcia te prowadzi jedna nauczycielka, tak jakby to był jeden przedmiot. Zna wszystkie dzieci i ich możliwości. W czwartej klasie żarty się kończą. Zaczynają się regularne przedmioty, a zajęcia odbywają się w różnych salach, każde z innym nauczycielem. A jego już nie obchodzi, że akurat Zuzia jest o rok czy nawet dwa lata młodsza od swoich kolegów (bo przecież w pierwszej klasie mógł się znaleźć siedmiolatek ze stycznia i sześciolatek z grudnia). Dzieci muszą się dostosować do szybszego rytmu i nie ma dla nich taryfy ulgowej, która obowiązywała, gdy przychodziły do szkoły. System zakłada, że już się dostosowały. Czy tak jest w rzeczywistości, nikt nie bada. Wszystkie raporty i analizy skupiły się na razie na pierwszych klasach. A przecież już 14 tys. 6-latków doszło do klas V, a 33 tys. do IV.

Wychodzi w czwartej klasie

Na problem młodszych dzieci na drugim etapie edukacji, czyli od IV do VI klasy szkoły podstawowej, zwróciła mi uwagę przyjaciółka Joanna. Posłała 6-letniego syna do szkoły bez wahania. Ale właśnie w IV klasie dostrzegła, że on i jeszcze jedna dziewczynka, jedyni w grupie, którzy rozpoczęli naukę wcześniej, mają większe kłopoty z dostosowaniem się do nowego systemu niż ich koledzy. Nie nadążają z notatkami. Nie odrabiają lekcji, bo nie zapamiętali, co było zadane. Gorzej radzą sobie z szukaniem sal, w których mają kolejne zajęcia. – Pytałam dyrektorki, czy nauczyciele wiedzą, kto jest młodszy, a kto starszy w takiej mieszanej klasie. Przyznała, że nie mają pojęcia – opowiada Joanna.

Jednak inny kolega, który też zgodnie z rekomendacją Ministerstwa Edukacji Narodowej posłał dziecko wcześniej do szkoły, nie widzi problemów. Syn Tomka bardzo lubi chodzić na zajęcia, daje sobie nieźle radę. Jednak w trakcie rozmowy okazuje się, że w IV klasie rodzice musieli zamówić dla niego korepetycje. Tomek chwali się jednak, że teraz, kiedy syn zaczął V klasę, przestali z nim siedzieć przy pracach domowych. To mnie nie pociesza. Mojej córce, która poszła do szkoły jako 7-latka, pomagałam w nauce jedynie w I klasie. Ale to może kwestia indywidualnych różnic?

Oni są jacyś inni

O ocenę sytuacji postanawiam poprosić osoby kompetentne, czyli pedagogów. Pani Edyty, która uczy techniki i informatyki od IV do VI klasy w jednej z warszawskich podstawówek, nigdy specjalnie nie interesowała debata o 6-latkach. Nie dotyczyła jej osobiście. – Aż do tego roku – przyznaje w rozmowie. Od września ma lekcje z klasą, w której są dzieci posłane do szkoły rok wcześniej.

– Przeżyłam szok. Szybko zrozumiałam, że muszę zmienić sposób mówienia, przekazywania informacji, bo ci uczniowie nie nadążają. Proszę, żeby coś zanotowali, robię to pięć razy, a oni się na mnie patrzą i nie wiedzą, o co chodzi. Gapią się za okno, nie rozumieją poleceń – opowiada nauczycielka. I dodaje, że po miesiącu już się przyzwyczaiła: inaczej układa plan lekcji, w inny sposób podaje informacje, niż gdy prowadzi zajęcia w równoległej klasie IV, gdzie wszyscy mają po 10 lat. – Dzielę zadania, bo ci młodsi szybko przestają się koncentrować – mówi pani Edyta. Jej zdaniem w reformie nie wszystko zostało do końca przemyślane, jeśli chodzi o program. I radzi mi, bym zapytała, co o tym sądzą poloniści i matematycy.

Umawiam się więc na spotkanie w jednej z warszawskich podstawówek. – Problem stanowi to, że w klasach IV dzieci 6-letnie i 7-letnie są wymieszane – mówi Hanna Łączyńska, dyrektorka niepublicznej Szkoły Podstawowej Przymierza Rodzin w Warszawie. – W młodszych klasach 6-latki i 7-latki uczyły się oddzielnie. Różnice nie rzucały się tak w oczy. Ale teraz, gdy niektóre starsze dzieci zaczynają wchodzić w okres dojrzewania, widać je wyraźnie.

Zdaniem Hanny Łączyńskiej błędem było to, że przez tyle lat rodzicom pozostawiono wybór, nie informując ich rzetelnie o konsekwencjach każdej z opcji. Przez to już piąty rok ciągnie się mieszanie roczników.

Polonistka z tej samej szkoły, która jest wychowawczynią IV klasy, wśród 20 uczniów ma siedmioro takich, którzy rozpoczęli edukację wcześniej. – To wyzwanie. Jedno dziecko ma 9 lat, inne prawie 11. To jest przepaść przede wszystkim emocjonalna, a także olbrzymia różnica w dojrzałości intelektualnej – mówi Maria Ciechanowska. Młodsi mają jej zdaniem większe problemy z rozumieniem pojęć abstrakcyjnych, jak części mowy czy rozkład zdania. Widać też duże różnice w umiejętności czytania, niektórzy nadal sylabizują. – Jak dobrać lektury, jeżeli mam uczennice czytające Oscara Wilde’a i dzieci sięgające po Bolka i Lolka? – pyta Ciechanowska.

Wprawdzie nowa podstawa programowa przygotowana przez MEN jest dostosowana do tych problemów, jednak jak podkreśla Ciechanowska, to wymaga także zmiany podejścia nauczycieli, którzy od lat uczyli inaczej. A do tego nikt ich nie przygotował.

W badaniach prowadzonych przez psychologa szkolnego, sprawdzających m.in. sprawności czytania i pisania uczniów na początku IV klasy, różnice w opanowaniu przez nich tych podstawowych umiejętności są w tym roku bardzo duże. Dzieci, które rozpoczęły naukę jako 6-latki, mają częściej problemy z czytaniem i mniej sprawnie piszą. – Pierwsze trzy lata nauki nie wyrównały poziomu umiejętności – mówi dyrektorka placówki. Maria Ciechanowska zaś z powodu wolniejszego tempa pracy młodszych uczniów przerabia na lekcji mniej materiału niż dotychczas.

>>> Czytaj też: Referendum w sprawie 6-latków: Przyszłość dzieci w rękach PSL

Zarówno dyrektorka, jak i Ciechanowska, przyznają, że martwi je to, co wykaże sprawdzian szóstoklasisty. Jego wyniki niby nie są takie ważne, bo nie można go nie zdać, a gimnazja przyjmą wszystkie dzieci ze swojego rejonu. Jednak są inne szkoły, np. z klasami profilowanymi czy niepubliczne, które mają więcej chętnych niż miejsc. Wyniki szóstoklasisty stają się wtedy kluczowe. – To będzie prawdziwy test reformy, bo nie wątpię, że poziom sprawdzianu na zakończenie nauki w szkole podstawowej będzie dostosowany do tych młodszych dzieci, ale dzięki temu te starsze będą miały łatwiej, więc mogą wypaść lepiej – mówi Ciechanowska.

Dziewczynki kontra chłopcy

Nauczycielki zwracają jeszcze uwagę na inny skutek uboczny reformy: w starszych klasach dziewczynki szybciej dojrzewają, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Zaczyna je interesować płeć przeciwna, czują się dorosłe. Tak było zawsze, ale jeśli chłopcy w tej samej klasie będą młodsi, różnice staną się jeszcze bardziej widoczne. – Nauczyciele w gimnazjach będą mieli ciekawie – śmieje się gorzko Hanna Łączyńska.

Może nie będzie tak źle, bo jak sprawdzam w MEN, grupa 6-latków w szkołach jest sfeminizowana. Z danych wynika, że w tej grupie co roku w szkolnych ławach zasiada około 10 proc. więcej dziewczynek. Dysproporcje pojawiły się już w pierwszym roku reformy, czyli cztery lata temu. Wówczas do szkół trafiło bardzo mało 6-latków: niecałe 3,5 tys. dzieci. Jednak dziewczynek było o pół tysiąca więcej niż chłopców. I choć co roku liczba „wcześniaków” rosła – proporcje pozostały niezmienione. W 2011 r. na 70 tys. przyjętych do szkół 6-latków rodzice wpuścili w tryby edukacyjne ponad 40 tys. dziewcząt i tylko 29 tys. chłopców.

Różnice w postępach edukacyjnych potwierdziło badanie pilotażowe przeprowadzone przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), w którym wzięły udział dzieci z przedszkoli oraz niewielki procent uczniów z pierwszych klas. Okazało się, że dziewczynki nieco lepiej piszą, czytają, a nawet liczą. A koronnym dowodem na to są wyniki sprawdzianu szóstoklasistów. Dziewczęta, jak stwierdzają autorzy raportu Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, mają wyraźnie lepsze osiągnięcia. U chłopców średni wynik to 23, u dziewczynek 25 na 40 możliwych do zdobycia punktów.

A ja posłałam 6-letniego chłopca... Co gorsza jakiś czas temu „Rzeczpospolita” opisała analizę naukowców z IBE, którzy wzięli pod lupę wyniki sprawdzianu szóstoklasisty i egzaminu gimnazjalnego. Okazało się, że rezultaty egzaminów mają związek z datą urodzenia dziecka – im młodsze, tym gorsze. Różnice widać, nawet jeśli porównamy umiejętności i wiedzę dzieci urodzonych w styczniu i kilka miesięcy później. Minister Szumilas próbowała ratować sytuację, a tak naprawdę obronić całą reformę, i na swoim blogu tłumaczyła, że to złe postawienie sprawy. Argumentowała, że o wynikach dzieci decyduje to, jak długo korzystają z edukacji szkolnej. Jak tłumaczyła, różnice pomiędzy uczniami, którzy mają za sobą tyle samo lat nauki, były małe.

Na jaki kolor babcia maluje jajka

Sięgam po inne dowody. Kilka tygodni temu naukowcy z Instytutu Badań Edukacyjnych analizowali, czy różnice między 6-latkami a 7-latkami wyrównują się podczas pobytu w szkole, a także jak wypadają w porównaniach równolatki z pierwszych klas i zerówek.

Aby zrobić to badanie rzetelnie, podzielono je na dwa etapy – pierwszy miał miejsce od października do grudnia 2012 r., drugi od maja do czerwca 2013 r. Za każdym razem przepytano blisko 3 tys. dzieciaków. I co?

Dowiadujemy się, że 6-latki w I klasach lepiej piszą, czytają i liczą niż ich rówieśnicy w zerówce. I że kompetencje pierwszoklasistów były niższe od kompetencji drugoklasistów. Oraz że 7-latki w klasie II (czyli te, które do I klasy poszły jako 6-latki), mają wyższy poziom kompetencji niż 7-latki w I klasie. Czy trzeba było prowadzić kosztowne badania, żeby odkryć, że dzieci, których nie uczy się, piszą gorzej niż dzieci, których się tego uczy? Autorzy analizy wyniki te potraktowali jednak bardzo poważnie i sformułowali na ich podstawie wniosek, że o rezultatach edukacji nie decyduje wiek dziecka, tylko to, czego ono się uczy.

Jednak drugi wniosek jest już ciekawy: wiedza dzieci 6-letnich i 7-letnich po jednym roku spędzonym w szkolnych ławkach jest podobna. Może więc nauczyciele, z którymi rozmawiam, się mylą?

Autorzy badań zwracają uwagę na jeden problem – grafomotoryka. Po ukończeniu pierwszej klasy 6-latki mają większe kłopoty z równym pisaniem niż ich starsi koledzy. Widać więc to, co obserwują nauczyciele również po kilku latach.

Jest też coś, czego IBE nie przebadało, czyli kłopoty z rozumieniem pojęć abstrakcyjnych, o których wspominali nauczyciele. Ja też zauważyłam ten problem u mojego Janka. Na teście w I klasie miał za zadanie ułożyć pytania, do których odpowiedzią byłyby zdania: „Tomek ma siedem lat”, „Babcia maluje jajka”. Janek pisze: „Ile lat mają rodzice Tomka?”, „Na jaki kolor babcia maluje jajka?”. Kiedy mu tłumaczę, gdzie popełnił błędy, dziwi się – a po co o to pytać, przecież to już wiadomo? Jego wychowawczyni twierdziła, że z tym zadaniem miała problem większość dzieci. Jednak moja córka, która poszła do szkoły w wieku 7 lat, takich trudności nie miała, jej rówieśnicy też nie. Czy to tylko różnica w dojrzałości, czy jednak znaczenie ma fakt, że Zosia spędziła w przedszkolu 5 lat, Janek zaś tylko 3?

Rozpieszczone dzieciaki

Jestem w kropce. Argumentów za obniżeniem wieku szkolnego jest wiele. Przed reformą większość sześcioletnich dzieci już w zerówkach zaczynała pisać i czytać. Więc obniżenie wieku szkolnego i dostosowanie do tego poziomu nauki wykorzystuje ich potencjał intelektualny. A jak tłumaczy prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, przetrzymywanie dzieci w przedszkolu nie jest dobre. Nie ma przecież nic gorszego niż rozleniwianie dziecięcego umysłu. Ponadto dzięki temu 5-latki trafiają obowiązkowo do przedszkola, co szczególnie w mniejszych miejscowościach jest ważne, bo wiele z nich pierwszy raz trzyma wtedy książkę czy kredkę w ręce. Zresztą przeciwnicy reformy najczęściej powołują się na argument złego przygotowania szkół, a nie wieku odpowiedniego do rozpoczęcia nauki. Ponadto w większości krajów europejskich dzieci zaczynają naukę właśnie od 6. roku życia. Tak jest w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech czy Czechach.

Aby sprawdzić, jak to działa, dzwonię do mojej koleżanki Doroty, która mieszka od kilkunastu lat we Francji. Ma dwoje dzieci w tym samym wieku, co moje. Tyle że 11-letni Tiago chodzi już do college’u, czyli rozpoczął szósty rok edukacji (moja Zosia, jego rówieśniczka, zaczęła V klasę), zaś 7-letnia Gabriela poszła do III klasy (teoretycznie powinna być w II, ale przeskoczyła o rok, bo się nudziła w I klasie). – Nie rozumiem tego poruszenia w Polsce dotyczącego 6-latków – mówi Dorota. – Tutaj dzieci zaczynają się uczyć już od 3. roku życia, dlatego śmieszne wydają się argumenty o zabieraniu dzieciństwa.

Opowiada jak jej syn, mając 4 lata, pojechał na dwa miesiące do polskiego przedszkola. Nie mógł się nadziwić: te dzieci w ogóle nie pracują, tylko cały czas się bawią. – We Francji nauczyciele od najmłodszych lat mówią „il faut travailler” (trzeba pracować) – tłumaczy. Dzieci już w przedszkolu siedzą przy stolikach, uczą się pisać drukowane litery, poznają cyfry. Kiedy Tiago w wieku 3 lat poszedł do przedszkola, jego wychowawczyni bardzo się denerwowała, że nie umie pisać swojego imienia. I że źle trzyma kredki, jak małpka. – To już mi się wydaje przesadą, ale myślę, że te starsze dzieci chętnie zaczynają się uczyć – mówi Dorota. W I klasie zaczyna się prawdziwą naukę pisania i czytania. Pierwszy etap edukacji trwa do V klasy, potem jest college. Przez całą podstawówkę uczniowie w każdej klasie prowadzeni są przez jednego nauczyciela, który uczy WF, języków obcych, plastyki, francuskiego, matematyki czy biologii. Może zmieniać się co roku, ale zasada jest taka, że jedną klasą zajmuje się jeden pedagog.

Po chwili rozmowy polskie dylematy wydają mi się absurdalne, a Polacy nadwrażliwi. Jednak Dorota dodaje, że we Francji niedawno zaczęła się ogromna debata na temat edukacji. Okazało się bowiem, że 30 proc. dzieci, które rozpoczynają college, nie umie pisać i czytać.

Tłumaczy, że to może być efekt złego programu – jej córka w III klasie uczy się np. nazw wszystkich zębów czy budowy liścia i jest przeładowana rozproszoną wiedzą, brakuje zajęć rozwijających artystycznie. Poza tym dzieci są krótko w szkole – uczą się 4 dni w tygodniu, bo w środy mają wolne. A po każdych 6 tygodniach nauki są 2 tygodnie wakacji. I choć w szkole siedzą nawet do 16:30–17:00 (z dwugodzinną przerwą na obiad), po powrocie z niej nie muszą siadać do nauki: obowiązuje zakaz zadawania pracy do domu.

Próbuję jeszcze gdzie indziej i dowiaduję się, jak to robią w Czechach, gdzie również 6-latki obowiązkowo idą do szkół. I znowu moja przyjaciółka Hanka, tak jak i ja, ma trójkę dzieci, dokładnie w tym samym wieku co moje. Bara poszła właśnie do gimnazjum, a Matej jest w II klasie, tak jak mój Janek. Oboje zaczynali edukację od 6. roku życia. W I klasie, jak się dowiaduję, jest sporo ćwiczeń, szlaczki, żeby rozruszać rękę. Ale dzieci robią to już w przedszkolu. Dopiero później zaczyna się nauka liter i czytania. – Moje się nudziły, spokojnie mogły zacząć w wieku 5 lat – dziwi się dylematom polskich rodziców Hanka. Tutaj dzieci, podobnie jak w Polsce, na początku mają zajęcia przez kilka godzin dziennie, potem trafiają do świetlicy. Kiedy jednak dopytuję dalej o system, okazuje się, że przed przystąpieniem do matury trzeba skończyć 13 lat edukacji. Czyli dzieci uczą się o rok dłużej niż w Polsce, w której obecnie obowiązuje 12-letni cykl. – Poza tym ostatnio pojawił się trend późniejszego posyłania dziecka do szkoły. Rodzice proszą o tzw. odkład i posyłają tam 7-latki – mówi Hanka. W klasie jej Mateja na 20 osób 6 jest tych „starszaków”.

– Sposób nauczania w każdym kraju jest inny. Dlatego trudno je porównywać, są spójne. U nas zaś Ministerstwo Edukacji zmieniło go tylko dla klas I–III. Nie pomyślało o tych starszych – mówi Urszula Sajewicz-Radke, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Rodzice kontra politycy

Batalia o 6-latki w Polsce wywołana przez Akcję Ratuj Maluchy już spowodowała, że obowiązek obniżenia wieku dla wszystkich dzieci, który miał wejść od tego roku, został przesunięty na kolejny. W dodatku dotyczy on tylko dzieci urodzonych w pierwszym półroczu. To już kolejny raz, kiedy wielka akcja zostaje odroczona. Przed nami jeszcze wizja referendum w tej sprawie.

Jego losy są dla mnie istotne, w końcu najmłodsze dziecko też będę wysyłać do szkoły. Ale nie jestem pewna, czy to rodzice powinni decydować o tym, kiedy powinna rozpoczynać się edukacja. Nie są ekspertami. I są zdecydowanie zbyt subiektywni.

Z badania CBOS wynika, że tylko 3 proc. rodziców, którzy posłali 6-latka do I klasy, gdyby znowu miało podejmować decyzję na temat swojego dziecka, zdecydowałoby inaczej. To mi jednak przypomina obserwację pewnego doradcy finansowego – pytany, czy lepsze są kredyty we frankach, czy złotówkach, mówił, że ci, którzy wzięli taki kredyt, nawet jeśli narzekają, i tak uważają, że zrobili lepiej.

* imię, na prośbę bohatera, zostało zmienione

>>> Polecamy: Polska edukacja nie nadąża za rynkiem pracy