Urlopy edukacyjne dla 70-latków, seniorzy zakładający komuny, pracodawcy błagający ich, by nie odchodzili na emeryturę. To wszystko najdalej za pół wieku.
Na początku nowego roku akademickiego zawsze pytam moich studentów, czy ich dziadkowie jeszcze żyją – opowiada dr Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego. I, jak wspomina, jeśli jeszcze 5–10 lat temu w górę wznosiło się po kilkanaście dłoni, to dziś właśnie te opuszczone są w mniejszości. Mało tego, na pytanie o żyjących pradziadków w górze pojawia się sporo rąk. To, wydawałoby się, dobra wiadomość. Żyjemy coraz dłużej. Obecnie w momencie narodzin mieszkaniec Unii Europejskiej ma przed sobą średnio 80,4 roku życia, o dziesięć lat więcej niż w latach 70. XX wieku. Patrząc jednostkowo – świetna wiadomość. Jesteśmy coraz zdrowsi, mimo upływu zim i wiosen – coraz sprawniejsi. Cieszymy się z osiągnięć medycyny, transplantologii, genetyki... Ale jako społeczeństwa jesteśmy coraz starsi.
Prognozy są zatrważające. Za mniej niż pół wieku, bo w 2060 r., w krajach unijnych na 100 osób zdolnych do pracy będą przypadać 104 nieproduktywne, przy czym tych, którzy karierę mają już za sobą, będzie aż 67 (podobne proporcje będą też w naszym kraju). I, wbrew pozorom, największym problemem nie będzie wówczas to, że drastycznie przybędzie osób po 65. roku życia. – Lawinowo wzrośnie liczba 80–90-latków, będą stanowili 10–12 proc. społeczeństwa – tłumaczy dr Szukalski. Ludzi w większości nie w pełni sprawnych, niebędących w stanie samodzielnie o siebie zadbać. Już dziś trzeba się dobrze przygotować do tego, jak będziemy wówczas żyć.

Praca do grobowej deski

Podniesienie wieku emerytalnego, z którym w Polsce niedawno się zderzyliśmy, to dopiero początek procesu. Profesor Krystyna Iglicka, demograf, jest gotowa się założyć: już rząd następnej kadencji stanie w obliczu konieczności kolejnej reformy. – 67 lat jako wiek uprawniający do pobierania emerytury to za mało. Nasz system emerytalny tego nie wytrzyma, a zabraknie OFE, które będzie można wyssać – ocenia. Już mamy ujemny przyrost naturalny, w tym roku wyniesie on jakieś 40 tys. – właśnie o tyle więcej Polaków umrze, niż się urodzi. To najgorszy wynik od 1945 r., ale wtedy przyczyną była krwawa wojna. Według niedawnych jeszcze prognoz przewaga zgonów nad narodzinami miała nastąpić dopiero w 2020 r., ale na niekorzystne procesy demograficzne (niechęć do posiadania potomstwa i odkładanie reprodukcji) nałożyła się masowa emigracja.
W tej sytuacji wszyscy ci, którzy będą w stanie stać prosto na nogach, będą zmuszeni pracować na utrzymanie swoje oraz swoich bardzo już starych, dociągających setki ojców i matek (głównie matek, bo to kobiety żyją i będą żyły dłużej). Przy czym, jak uspokaja dr Szukalski, nie należy się martwić, że pracy dla seniorów będzie za mało i jedyną realną perspektywą zapewniającą przeżycie stanie się buszowanie po śmietnikach. Firmy będą się wręcz prosić, żeby starsi pracownicy zechcieli zostać, żeby choć na rok powstrzymali chęć przejścia na emeryturę. Nie wierzycie?

>>> Czytaj również: Praca na emeryturze - szwajcarska odpowiedź na starzenie się społeczeństwa

Bogatsze zachodnie społeczeństwa, w których procesy starzenia zaczęły się znacznie wcześniej niż u nas, od lat się do takich zmian przygotowują. Szukalski opowiada o konferencji demograficznej, na której był latem tego roku w Szwajcarii. – Na jakieś 200 osób uczestników może 15 proc. to byli akademicy, czyli przedstawiciele nauki. Kiedy pytałem ludzi, kogo reprezentują, okazywało się, że znakomita większość to doradcy pracujący dla dużych korporacji, gdzie zajmują się kwestią zarządzania wiekiem – opowiada. I wcale nie są tam zatrudniani z powodu politycznej poprawności czy chwilowej mody. Wyobraźmy sobie dużą firmę, zatrudniającą parę setek osób i sytuację, że w ciągu 2–3 lat odchodzi z niej na emeryturę 20 proc. załogi. Żadne przedsiębiorstwo nie będzie sobie w stanie poradzić z taką stratą fachowców, ich doświadczenia, kontaktów i znajomości. Nawet jeśli zdoła z rynku ściągnąć młodych, minie mnóstwo czasu, zanim ci będą w stanie w pełni przejąć obowiązki i zastąpić tamtych. Nie chodzi tylko o wysoko wykwalifikowanych menedżerów, lecz o fachowców w różnych zawodach, choćby rzemieślniczych. Dlatego już dziś bogate koncerny wprowadzają różnego rodzaju systemy zachęt, aby skłonić doświadczonych pracowników do jak najdłuższej aktywności. Z czasem traktowanie srebrnych głów ze szczególną atencją będzie koniecznością ekonomiczną wszędzie.
Na co będą mogli liczyć seniorzy? Na specjalne bonusy w postaci pakietów medycznych, w których pracodawca zobowiązuje się do finansowania nie tylko wszystkich badań, nawet najbardziej skomplikowanych, lecz także całego ewentualnego leczenia. Na stanowiska pracy przystosowane dla ich potrzeb. Z wygodniejszymi fotelami, większymi monitorami, szerszą klawiaturą i większymi odległościami między sprzętami, żeby było łatwiej przejść. Niby drobiazgi, które jednak w fantastyczny sposób wpływają nie tylko na lepszą atmosferę w pracy, ale i na zyski firmy. Z badań wynika, że wystarczy zwiększyć temperaturę otoczenia o 2–3 st. C (z uwagi na słabszy metabolizm), aby starsi pracowali równie wydajnie jak młodzi.

Państwo kusi marchewką

Wysiłek samych przedsiębiorstw nie wystarczy, aby zachować równowagę – zarówno na rynku pracy, jak i w systemie emerytalnym. Zwłaszcza że osoby w pewnym wieku nie są skłonne aż tak poświęcać się zawodowo jak wówczas, kiedy miały 35 lat i wspinały się po szczeblach kariery. Raz, że nie mają już tyle siły, dwa, że mają inne priorytety. Chciałyby „trochę pożyć”, a w dodatku mają nowe obowiązki: opiekę nad wnukami i starszymi od siebie krewnymi.
Tutaj jako wielki regulator musi wkroczyć państwo. I to nie tylko jako ekonom, który za pomocą kija („nie dostaniesz emerytury”) goni starców do roboty. Raczej jako mądry organizator. Już teraz kraje Europy Zachodniej wprowadzają systemy zachęt: dla pracodawców, zwalniając ich np. z konieczności odprowadzania składki na ubezpieczenie społeczne za osoby np. po 65. roku życia, obniżając ją (jak Hiszpania) lub wprowadzając dodatkowe ulgi podatkowe. W Szwecji już w 2007 r. przedsiębiorcy nie musieli odprowadzać podatku za starszych pracowników, dodatkowo obniżono im wymiar składki na ubezpieczenie społeczne (za raportem: „Rozwiązania sprzyjające aktywnemu starzeniu się w wybranych krajach Unii Europejskiej” pod red. Elżbiety Kryńskiej i Piotra Szukalskiego, w ramach projektu „Wyrównywanie szans na rynku pracy dla osób 50+” współfinansowanego ze środków UE).
Z kolei w Holandii firma, która zatrudni osobę po pięćdziesiątce, dostaje 6,5 tys. euro zwolnienia ze składki na ubezpieczenie od bezrobocia i niepełnosprawności, a za pracownika powyżej 62. roku życia – obniżenie składek społecznych o 6,5 tys. euro rocznie. Ale to nie wszystko – ulgi dotyczą też samych pracowników. Ci po 62. roku życia mają prawo odpisać sobie od podstawy opodatkowania do 4951 euro rocznie. Żeby tylko chcieli pracować. Można by jeszcze długo wymieniać, odwołując się chociażby do przykładu Francji, która prócz zachęt ekonomicznych już wprowadziła szeroki program pod hasłem umowy międzypokoleniowej, zawierający m.in. takie elementy, jak reedukacja zawodowa osób starszych czy płatny urlop dla seniorów na naukę. Wszędzie zaś wprowadza się elastyczny system pracy: możesz wybrać, drogi pracowniku, czy będziesz pracował na cały etat, trzy czwarte etatu, a może wolisz system dwa tygodnie pracy w miesiącu i przerwa. To pozwoli, tłumaczy dr Szukalski, łączyć różne kariery: pracownika, opiekuna, mentora innych czy osoby samej pobierającej naukę.

Na emeryturze do szkoły

Ciągła nauka będzie zresztą koniecznością już dla pokolenia, które dziś wchodzi w dorosłość, bo w pędzącym przed siebie świecie zarówno wiedza, jak i kompetencje szybko stają się przestarzałe. Powstaną (ba, już powstają) setki firm wyspecjalizowanych w edukowaniu starszych ludzi. Gdzie, nawiasem mówiąc, pracę znajdą nauczyciele, dla których z powodu niżu demograficznego zabrakło miejsca w tradycyjnych szkołach. Będą tylko musieli się sami nauczyć, w jaki sposób efektywnie kształcić seniorów. Ich percepcja, sposób zapamiętywania, zdolność koncentracji są bowiem inne niż u dzieciaków. Badania pokazują, że np. łatwiej uczą się, odnosząc zdobywaną wiedzę do swoich doświadczeń niż całkiem od nowa. Bardziej odpowiada im wolniejszy tok wykładu niż przeskakiwanie z tematu na temat etc.
Jak konkretnie będzie to funkcjonować, możemy się domyślać, przyglądając się np. nowatorskim metodom, jakie od kilku lat stosuje się w Danii. Narodowa Strategia Globalizacji (zapoczątkowana w 2006 r.) zapewnia każdemu obywatelowi prawo do kształcenia przez całe życie, np. w ramach systemu praktyk zawodowych dla dorosłych, w który mocno angażują się tak organizacyjnie, jak finansowo tamtejsze związki zawodowe (pieniądze idą zresztą zarówno ze środków publicznych i prywatnych). W treningowych centrach rynku pracy oferowane jest 2,5 tys. kursów zawodowych dla dorosłych – od kilkugodzinnych po sześciotygodniowe, na które można dostać płatny urlop z miejsca pracy plus refundację wszystkich kosztów. Ten typ szkoleń wykorzystywany jest corocznie przez 15 proc. osób pracujących.
Przywykliśmy narzekać, że w Polsce nie ma nawyku kształcenia ustawicznego, że zarówno pracownicy, jak i pracodawcy przywiązują do tego za małą wagę. Ale wynika to raczej z kiepskiej publicznej oferty niż z braku ochoty. Wystarczy, wskazuje dr Szukalski, przyjrzeć się, jaką popularnością cieszą się uniwersytety trzeciego wieku. Również w lokalnych centrach kultury gros zainteresowanych ich propozycjami to ludzie, którzy weszli już w wiek dojrzały. Są ciekawi świata i mają więcej czasu.

Edutainment – tego seniorom trzeba

Trenerzy, którzy mają doświadczenie w prowadzeniu zajęć dla seniorów, mówią, że potrzebują oni czegoś innego niż zajęcia w zwyczajnej szkole. Te, w których chętnie uczestniczą, są skierowane w stronę rozwoju osobistego i rozrywki. Stąd kolejny trend: połączenie zabawy z edukacją, edutainment.
– Ludzie w jesieni życia chętnie wracają do tego, co robili w czasach młodości – przekonuje dr Szukalski. Chcą poznawać nowe rzeczy, chętnie jeżdżą na wycieczki w zaskakujący sposób podobne do wycieczek szkolnych: cały dzień zwiedzania, najchętniej z przewodnikiem, wieczorem jakaś bibka i tego typu przyjemności. Jeśli młodzi w swoich rozrywkach, a zwłaszcza letnich podróżach, wymagają spełnienia zasady czterech S (sun, sand, sea, sex), starsi mogą się bez nich obejść (w każdym razie bez palącego słońca). To dla nich branża turystyczna i rozrywkowa będzie musiała skroić specyficzną ofertę – uwzględniającą potrzeby i zainteresowania. Przy czym pielgrzymki do miejsc sakralnych czy jednodniowe wyjazdy połączone ze sprzedażą supergarnków to tylko przedsmak. Seniorzy będą mieli do wyboru półroczne wczasy na Costa del Sol zimą (dostępne już np. dla niemieckich emerytów) połączone z półrocznym czasem pracy w sezonie wiosenno-letnim. Wykłady dotyczące sensu życia i religii świata w luksusowym spa wraz z serią zabiegów o charakterze kosmetyczno-leczniczym. Obóz zimowy z nauką samby i możliwością poznania odpowiedniego partnera. Będą to oczywiście oferty na różną kieszeń, ale jedno zmieni się na pewno: nastawienie producentów i usługodawców. Jak mówi dr Szukalski, dziś traktują oni starszą klientelę marginalnie. Mniejszą część z szacunkiem, jako potencjalnego odbiorcę luksusowych dóbr typu limuzyny, drogie usługi turystyczne czy dzieła sztuki. A całą resztę niczym niewartą większego zainteresowania masę, której można sprzedać co najwyżej parafarmaceutyki albo używaną odzież.

>>> Czytaj też: Polscy seniorzy mają najgorsze na świecie samopoczucie psychiczne

Srebro cenniejsze od złota

W walce o wydłużenie aktywności zawodowej osób starszych chodzi bowiem o coś więcej niż tylko sprawienie, aby seniorzy sami pracowali na swoje utrzymanie i nie wyciągali rąk po emeryturę. Rzecz również w tym, że jeśli nie będzie komu pracować – a więc i kupować – runie cała gospodarka, PKB zacznie się zwijać i świat pogrąży się w recesji. Jednak są koncepcje, które mówią – co podnosi dr Szukalski – że wszelkie problemy związane ze starzeniem się ludności mogą być rozwiązane w sytuacji występowania trwałego 2–3-procentowego wzrostu gospodarczego. A paliwem, które ten wzrost będzie zapewniało, jest tzw. srebrna gospodarka, czyli ta, która kręci się wokół zaspokajania potrzeb osób w jesieni życia. Nie chodzi przy tym tylko o indywidualnych klientów i przystosowanie istniejących już urządzeń czy usług do ich potrzeb (jak np. powiększenie klawiszy w telefonach komórkowych czy przerobienie wózków sklepowych na balkoniki i dołączenie do nich szkieł powiększających, aby gorzej widzący mogli przeczytać np. skład produktu). Pojawią się zupełnie nowe organizacje i struktury obsługujące seniorów. I to oni będą klientami napędzającymi konsumpcję i obrót. Profesor Stanisława Golinowska daje przykład Małopolski i jej potencjału do tego, by oprzeć się na silver economy: w tym regionie jest kilka świetnych sanatoriów, leżących w uroczym, niezanieczyszczonym terenie. Wokół jest sporo dobrych szkół wyższych, które mogą kształcić kadrę medyczną, opiekunów, rehabilitantów, psychologów itd. na najwyższym poziomie.
Branża leczniczo-opiekuńcza z pewnością się rozrośnie. Jej zadaniem będzie z jednej strony zapewnienie jak najdłuższej sprawności seniorów, z drugiej – zachowanie w jak najlepszym zdrowiu i formie osób wkraczających dopiero w dojrzały etap życia. Pojawią się także nowe usługi finansowe „wrażliwe na wiek”. Ktoś będzie musiał ludziom doradzać, jak oszczędzać, żeby wystarczyło na starość, a potem jak majątek zabezpieczyć, jak i kiedy upłynnić środki, jak wydawać. I nie chodzi tylko o projekt odwróconej hipoteki, choć uporządkowanie tej sprawy bardzo by się wszystkim przydało. Zmianom demograficznym towarzyszą zmiany cywilizacyjne: starsi rodzice coraz częściej myślą o tym, w jaki sposób spożytkować na starość dorobek życia, zamiast tego, kiedy przekazać go dzieciom. Zwłaszcza jeśli dzieci wyjechały i mieszkają gdzieś na drugim końcu świata.

Wesoła komuna staruszków

Branża nieruchomości obawia się – i słusznie – że kiedy nadejdą lata zapaści demograficznej, będzie to dla niej oznaczało ruinę. Starzy ludzie nie inwestują w domy. Nie bardzo też sprawdziły się u nas, przyznaje socjolog Andrzej Klimczuk, socjolog zajmujący się problemami starzenia się społeczeństw, autor książki „Kapitał społeczny ludzi starych na przykładzie mieszkańców miasta Białystok”,, pomysły na osiedla słonecznej starości, których nie brak choćby na amerykańskiej Florydzie. Wciąż jesteśmy przekonani, że za opiekę nad seniorami są odpowiedzialni członkowie jej rodziny. – Jeśli więc ktoś decyduje się na inną opcję, następuje podwójne napiętnowanie – tłumaczy Klimczuk. Jego samego i tych, którzy nie spełnili swojego obowiązku. Do tego dochodzi poczucie zamknięcia się w getcie, z którego nie będzie już wyjścia.
Zresztą, jak dodaje prof. Golinowska, do tej pory nie bardzo mieliśmy z czego korzystać. Mamy nieliczne państwowe domy opieki nad starszymi osobami i te prywatne, drogie, w których standardy często są poza kontrolą odpowiednich służb. Korzysta z nich ten, kto nie ma wyjścia.
Jaka jest alternatywa? Eksperci twierdzą, że najlepiej dostosować mieszkanie na potrzeby seniora tak, aby pod koniec życia nie musiał zmieniać – zgodnie z powiedzeniem o starych drzewach – miejsca zamieszkania. Doktor Piotr Szukalski opowiada o pokazowym mieszkaniu, które oglądał niedawno w Trydencie we Włoszech. Stary budynek, ale przystosowany do zamieszkania go przez osoby starsze, nawet niepełnosprawne. To rozwiązania wzięte z filozofii inteligentnych domów: jednym pilotem można włączyć światło, telewizor, opuścić zasłony w oknach czy przełączyć klimatyzację itd. Są też specjalne uprzęże, podwieszone do przymocowanej do sufitu szyny, pomagające przedostać się z łóżka do toalety. I jeszcze takie drobiazgi, jak kuchenne półki, które zjeżdżają w dół, żeby nie trzeba się było wspinać, by zdjąć coś z samej góry. – Mnie zachwyciła kuchenka mikrofalowa, której drzwiczki otwierały się w górę, tak że osoba niepełnosprawna czy na wózku nie musi się cofać, kiedy je otwiera – opowiada dr Szukalski.
Według wykonawców wpisanie tych wszystkich udogodnień w mieszkanie podraża projekt – w stosunku do normalnego remontu – zaledwie o 10 proc. Ale niech będzie nawet więcej – jeśli utrzyma się kiełkujący trend tworzenia prywatnych komun seniorów, ludzi będzie na takie zbytki stać. W skrócie mówiąc, wygląda to tak, że skrzykuje się grupka przyjaciół. Sprzedają swoje domy czy mieszkania, inwestują w jeden wspólny, dostosowany do ich potrzeb. Same plusy: mają towarzystwo, dzielą między siebie koszty utrzymania czy w razie potrzeby opieki pielęgniarskiej. Pieniądze, które zostały im ze sprzedaży nieruchomości, pozwalają – przy niewielkiej emeryturze – trzymać poziom życia.
– Jednak nie uciekniemy, jak bardzo byśmy tego chcieli, od ośrodków opieki długoterminowej, zwłaszcza w Polsce – z dużym odsetkiem osób niepełnosprawnych i cierpiących na choroby przewlekłe – studzi entuzjazm prof. Golinowska. Ona taki ośrodek zwiedzała w Monachium, gdzie mieszka teść jej przyjaciółki. W dużej kamienicy zaadaptowano apartamenty, które zajmują seniorzy – pojedynczo lub z kimś, jak wolą. Od normalnych kamienic różni ją tylko część wspólna: pralnia, kuchnia (prowadzona dla lokatorów), sala ze sprzętem rehabilitacyjnym, pielęgniarka dostępna przez 24 godziny na dobę. Pozostaje pytanie, czy będzie nas na takie luksusy stać. Odpowiedź jest jedna – jeśli nie zaczniemy natychmiast budować koncepcji takiej opieki i szukać źródeł jej finansowania, na starość zostanie nam drewniany talerz. Jak w tej sztuce Edmunda Morrisa.

Robot najlepszym kompanem i nianią

Opieka medyczna i zaopatrzenie emerytalne już dziś sporo nas kosztują. W skali całej Wspólnoty 25 proc. PKB. W 2060 r. ta wartość zbliży się do 30 proc. I tego raczej zmienić się nie da. Ale wobec braku rąk do pracy można się starać maksymalnie zrobotyzować i zautomatyzować pewne procesy. Nie za kilkadziesiąt, lecz za kilka lat każdy ubezpieczony będzie mógł skorzystać w domu z miniaturowego laboratorium diagnostycznego: ciśnienie, rytm serca, badania krwi czy moczu. Wystarczy opaska na rękę i specjalny moduł elektroniczny umieszczony w toalecie. – Żaden lekarz nie przyjmie pacjenta, zanim nie zapozna się z wynikami – mówi dr Szukalski. W nieodległej przyszłości wprowadzone zostaną do szerokiego użytku specjalne kombinezony ułatwiające poruszanie się mniej sprawnym czy osobom starszym. Podobnie ze sprzętem rehabilitacyjnym. W Azji, głównie w Japonii i Korei Południowej, trwają zaawansowane prace nad robotami, które już mają zastosowanie w opiece nad starszymi. Taki robot – snuje wizję Andrzej Klimczuk – podniesie chorego, umyje go, posprząta dookoła. A oprócz tego przeczyta książkę, potrzyma za rękę, zaśpiewa... Albo będzie udawał zwierzątko, co ma tę zaletę, że nie trzeba go karmić ani wyprowadzać na spacery. – Tyle że my w Polsce, tak jak dziś jesteśmy wykluczeni informatycznie, tak w przyszłości będziemy wykluczeni pod względem robotyki – wieszczy socjolog.

Na zdrowie za zdrowie

Jeśli tak się stanie, pozostanie nam liczyć na opiekę, którą otoczą najstarszych i najsłabszych nisko opłacani imigranci. Niestety, także tutaj przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach. Trzeba nadgonić wiele kwestii, z których pierwsza to inwestycje w przyjazne przestrzenie publiczne. Równe chodniki, podjazdy, „mówiące” światła uliczne, windy etc. Pojawiają się już, głównie w dużych aglomeracjach, ale wciąż jest ich za mało. – Zdrowy 60-latek jest w stanie przejść chodnikami Łodzi, ale dla osiemdziesięcioparolatka pułapki, jakie na niego czyhają, oznaczają zamknięcie go w domu – ocenia prof. Krystyna Iglicka. I dodaje, że aby odgonić apokaliptyczną groźbę, oprócz przystosowywania świata do starych i ich aktywizacji zawodowej, trzeba wziąć jeszcze pod uwagę takie sprawy, jak mądra polityka prorodzinna i emigracyjna. – Bez świeżej krwi sobie nie poradzimy – kwituje. Na razie jest tak, że Polki wyjeżdżają za granicę i tam rodzą dzieci. Dzietność w naszym kraju jest najniższa w UE – 1,3 na kobietę – i wszystko wskazuje na to, że w przyszłości młodzi będą wciąż wyjeżdżać. Zwłaszcza że kraje zachodniej UE – Wielka Brytania, Holandia – zrozumiały, jak wielkie korzyści płyną z imigrantów. Nawet Holandia, dość ksenofobiczna, coraz szerzej się przed nimi otwiera. – Liczne kohorty przeszły na emerytury, musi mieć kto na nie pracować, a my swoich Ukraińców lekkomyślnie się pozbyliśmy – irytuje się uczona.

>>> Polecamy: Żyjemy dłużej, ale w zdrowiu krótko. Odczuje to cała gospodarka

Może się i tak zdarzyć, że nie będzie ani robota, ani ciepłej imigranckiej dłoni. Czy będziemy w jakiś elegancki acz dyskretny sposób pozbywać się starców, kiedy już nie będą mogli pracować i zaczną stawać się ciężarem? Patrząc w historię, ale też na dzisiejszą rzeczywistość (coraz większe przyzwolenie na eutanazję przy słabnących wpływach Kościoła), wydaje się to całkiem możliwe.
– Może zabrzmi makabrycznie, ale na miejscu dzisiejszych 30-latków już bym zawiązywała jakieś pokoleniowe lobby pod hasłem „bezpieczna starość” – śmieje się prof. Iglicka. Jednak słychać, że nie jest jej wcale tak wesoło.
W walce o wydłużenie aktywności zawodowej osób starszych chodzi o coś więcej niż tylko sprawienie, aby seniorzy nie wyciągali rąk po emeryturę. Rzecz również w tym, że jeśli nie będzie komu pracować – a więc i kupować – runie cała gospodarka