Państwo mogłoby zapłacić za taki zabieg, gdyby uznało, że jest to niezbędne dla ochrony życia świadka koronnego – skruszonego przestępcy, dzięki któremu ukarani zostali prawdziwi bandyci. I którego strzec trzeba przed ich zemstą.

Ta liczba – zero – ma być jednym z argumentów na odstąpienie od tego rodzaju pomocy wobec zwykłych świadków. A więc nie przestępców, lecz szarego człowieka, który pechowo szedł ulicą akurat wtedy, gdy dokonywano na niej zabójstwa czy pobicia. Skoro nawet wobec koronnych nie sięgnięto po tę metodę, tym bardziej nie przyda się ona innym – przekonuje resort sprawiedliwości.

Ale ja bym odwróciła ten sposób myślenia: skoro nawet na koronnych nie trzeba było wydawać dziesiątków tysięcy złotych, by zmienić im twarz, to czemu zakładać, że wpisanie takiej ochrony do ustawy o ochronie świadków i pokrzywdzonych miałoby zrujnować budżet?

Statystyki są optymistyczne: liczba najcięższych zbrodni od lat spada, tak samo jak liczba przestępstw zastraszania świadków. Realne koszty ochrony osób dotkniętych przestępstwem nie zubożą więc fiskusa bardziej niż codzienne zakrapiane obiady wysokich urzędników państwowych, zjadane w luksusowych restauracjach. W tej sytuacji bardziej niż o oszczędności chodzi o gest. Gest wobec osób, które – w przeciwieństwie do sprawców przestępstw – nie mogą odmówić zeznań. I na których w dużym stopniu wisi być albo nie być aktu oskarżenia.

Należy im się zrównanie w przywilejach z byłymi przestępcami. Przynajmniej tyle.