Sprawa Kiselyova daje nam niepowtarzalną okazję, aby przyjrzeć się psychologii „akolitów Putina”, którzy przez lata traktowali Europę Zachodnią, jako swój plac zabaw, a teraz nie zostali z tego placu wyrzuceni.

Kiselyov jest szefem państwowej agencji informacyjnej Russia Today. Gdy objął swój urząd w 2013 roku, powiedział swoim pracownikom: „Często, pod hasłem obiektywizmu, możemy zakłócać koncepcję: Patrzymy na nasz kraj, tak jakby należał do kogoś innego. Myślę, że ten okres „destylowanego” dziennikarstwa dobiegł końca”. Kiselyov postanowił przekuwać swoje słowa w czyny, gdy każdego niedzielnego wieczoru zasiadał jako prowadzący program „Vesti Nedeli”, jedną z 10 najpopularniejszych audycji w rosyjskiej telewizji.

Jego program to niekończący się strumień antyzachodnich inwektyw, dopełnianych mieszanką złości, sarkazmu i przesadnego patriotyzmu. Wpływ jego programu na widza można porównać ze znajdowaniem się pod ciężkim ogniem artylerii.

Kiselyov trafił na unijną „czarą listę” 21 marca 2014, jako „centralna postać propagandy rządowej wspierającej rozmieszczenie rosyjskich sił na terytorium Ukrainy”. W poniedziałek, Dziennik Urzędowy Unii Europejskiej opublikował szczegóły jego pozwu przeciwko Radzie Unii Europejskiej. W złożonym 22 maja 2015 roku dokumencie czytamy, że Kiselyov „nigdy nie wyraził poparcia” dla rozmieszczenia sił rosyjskich na Ukrainie.

Aby zweryfikować prawdziwość twierdzeń Dimitrija Kiselyova, wystarczy zajrzeć do serwisu YouTube. 2 marca 2014 roku w swoim programie zapowiedział on rosyjską aneksję Krymu:
„Rosja reaguje na wniosek Krymu i Rosjan mieszkających na Ukrainie, którzy zwrócili się do niej po ochronę. W pełnej zgodności z konstytucją, prezydent Putin otrzymał prawo do użycia wojsk na Ukrainie. Rozkazy mogą zostać wydane w każdej chwili”.

Reklama

Następnie Kiselyov opisał ukraińską rewolucję, która obaliła prezydenta Wiktora Janukowycza, jako krwawy zamach dokonany przez skrajnie nacjonalistyczne ugrupowania. Towarzyszący tym słowom sowiecki film przedstawiał atak hitlerowskich czołgów.

W pozwie złożonym przez Kiseylova czytamy, że Unia Europejska ukarała go za „poglądy polityczne, które wyrażał jako dziennikarz i komentator”, i że „nie ma dowodów, jakoby podżegał do przemocy lub zrobił coś, co uzasadniałoby ograniczenie jego prawa do wolności słowa”.

Ten retoryczny wybieg Kiselyov stosuje już od jakiegoś czasu. „Zamieniliśmy się rolami: Rosja broni dziś wolności słowa, podczas gdy Zachód już dawno z niej zrezygnował” – powiedział rosyjski magnat medialny w jednym z wywiadów dla dziennika „Izwiestija”.

>>> Czytaj też: Sankcje, ropa i rubel zatapiają Putina. Rosja nie wyjdzie z kryzysu przez wiele lat

Oczywistą ripostą na tego typu zarzuty jest fakt, że wszystkie duże kanały telewizyjne w Rosji należą do rządu i nie pozwalają na prezentowanie opozycyjnego punktu widzenia. Wydaje się jednak, że sam Kiselyov wierzy w siłę swoich argumentów. Do swojej bitwy z Unią Europejską zaprzągł najlepszych brytyjskich prawników, w tym Timothy’ego Otty, doradcę Królowej Elżbiety II, który specjalizuje się w prawach człowieka i prawie międzynarodowym.

Choć Kiselyov publicznie zaatakował Europę, to prywatnie mówi po angielsku, francusku, norwesku oraz szwedzku, i lubi podróżować po Starym Kontynencie ze swoją rodziną. W ubiegłym roku powiedział, że sankcje dadzą mu „okazję” do podróżowania po Rosji. Oczywiście taką możliwość miał również jeszcze przed ich nałożeniem.
Teraz, po ponad roku od wpisania rosyjskiego magnata na „czarną listę”, tęsknota za ulubionymi europejskimi kurortami musiała wywołać u niego poczucie wielkiej niesprawiedliwości. Jego koledzy nie czekali tak długo z pozwami przeciwko UE. Arkady Rotenberg, miliarder i przyjaciel Władimira Putina, zrobił to już w październiku ubiegłego roku. Z kolei Igor Sieczin, szef państwowego koncernu naftowego Rosnieft, złożył skargę w lutym 2015 roku.

Oni również zatrudnili najlepszych brytyjskich prawników. W ciągu ostatnich dwóch dekad bogaci Rosjanie często wykorzystywali brytyjski system prawny do rozwiązywania swoich sporów. Wierzą w zachodnie instytucje na tyle, aby szukać w nich oparcia w sytuacji, gdy zostali rzekomo skrzywdzeni, ale jednocześnie nie czują się źle z powodu braku podobnych instytucji w Rosji. W swoim pozwie, Kiselyov twierdzi, że nie ma żadnego wpływu na kształtowanie się rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.

Na swój sposób przyjaciele Putina zostali więc osieroceni: Nigdy nie przypuszczali, że zachodni system może kiedykolwiek zwrócić się przeciwko nim. Dlatego też to osobiste sankcje, a nie te ekonomiczne, które są zazwyczaj źle ukierunkowane, mają prawdziwy sens: Są publiczną demonstracją faktu, że wartości europejskie nie są na sprzedaż, a przynajmniej nie zawsze.