Po zaskakującym wyniku brytyjskiego referendum ws. Brexitu funt szterling zanurkował, londyński parkiet się zachwiał, zaufanie konsumentów osłabło, a wielki biznes zaczął snuć plany wyprowadzki z City. Jednak po kilku tygodniach Brytyjczycy zauważyli, że sklepy są wciąż otwarte, metro działa, a klasyczna ryba z frytkami jest tak samo chrupiąca jak przed 23 czerwca. A więc to są te katastrofalne skutki? Czy wszystko co najgorsze już za Brytyjczykami? Otóż prawdopodobnie nie.

Reperkusje wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będą się obijały o szklane wieżowce Londynu jeszcze przez długie lata. Londyn – globalne centrum finansowe i walutowe, ma wiele do stracenia.

Consulting, finanse, ubezpieczenia, usługi prawne oraz inne powiązane odpowiadają za 12 proc. brytyjskiego PKB. Branże te płacą większe podatki niż jakikolwiek inny sektor, a dzięki nim pracę ma ok. 2,2 mln osób.

Na pewno nie zobaczymy nagle tysięcy bankierów, którzy przez lotnisko Heathrow opuszczą Londyn, ale spokojnie można założyć, że City ucierpi na Brexicie, a inne europejskie miasta mogą tylko zyskać. Kto wygra, a kto straci?

Odpowiedź na to pytanie w dużej mierze będzie zależała od kształtu ostatecznej umowy, jaką Londyn wynegocjuje z Brukselą.

Reklama

„Nie będzie Brexitu, który zadowoli wszystkich. Dlatego będziemy obserwować odpływ aktywności z Londynu do innych miast Europy” – komentuje Susan Dargan ze State Street Global Services z Dublina.

No dobrze, ale dokąd dokładnie uciekną firmy?

Frankfurt

23 czerwca Hubertus Väth położył się spać i tak jak wiele innych osób, nie spodziewał się, że mieszkańcy Wysp zdecydują się na Brexit. Gdy nazajutrz okazało się, że jednak jest inaczej, szef grupy handlowej Frankfurt Main Finance już o 7 rano był przed komputerem i pisał maile do bankierów z Londynu: „Frankfurt chce Was”. Dwie godziny później jego zespół rozpoczął kampanię na Twitterze, która wychwalała Frankfurt. „Myślę, że to do nas trafi najwięcej miejsc pracy z Londynu” – komentuje Hubertus Väth, z którego biura rozciąga się widok na nowy wieżowiec Europejskiego Banku Centralnego oraz na rzekę Menn.

Dzień po referendum Niemcy nie tańczyli na ulicach, gdyż Brexit może dla nich oznaczać poważne problemy – w końcu Wielka Brytania jest trzecim największym partnerem handlowym Berlina. Niemniej Hubertus Väth optymistycznie patrzy w przyszłość. Szef Frankfurt Main Finance przewiduje bowiem, że dzięki Brexitowi w ciągu następnych 5 lat ok. 10 tys. miejsc pracy przeniesie się z Londynu do Frankfurtu. Nastąpi tym samym odwrócenie trendu, który pojawił się po wprowadzeniu euro. Zanim Europa przyjęła wspólną walutę, duża część usług związanych z wymianą walut znajdowała się we Frankfurcie, gdzie handlowano niemiecką marką. Po przyjęciu euro duża część usług przeniosła się do Londynu.

Obecnie we Frankfurcie działa ok. 200 banków, a sektor finansowy zatrudnia ok. 60 tys. osób. Napływ firm z Londynu dałby miastu impuls gospodarczy. „Londyn pozostanie Londynem, ale rola Frankfurtu wzrośnie” – komentuje Uwe Becker, wiceburmistrz i skarbnik miasta.

Podstawowa zaleta Frankfurtu jest znana – to uznane centrum finansowe, położone w sercu największej gospodarki Europy. To również siedziba Europejskiego Banku Centralnego i wielu agencji regulacyjnych zajmujących się ubezpieczeniami i finansami. Władze Frankfurtu liczą także na to, że miasto to stanie się nową siedzibą Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EUNB), który dziś znajduje się w Londynie.

Co więcej, największy operator giełdowy na Starym Kontynencie – frankfurcka Deutsche Boerse – jest w trakcie przejmowania Grupy London Stock Exchange. Płynne aktywa denominowane w euro mogłyby przenieść się do Frankfurtu – uważa Stefan Winter, szef Stowarzyszenia Zagranicznych Banków, który przeniósł się z Londynu ponad dwie dekady temu.

Do największych ruchów może dojść w obszarze clearingu, który zajmuje się zabezpieczeniami dla handlujących firm na wypadek potencjalnego bankructwa lub potencjalnych strat, zanim dana transakcja dobiegnie końca. Firmy z obszaru clearingu, które mają swoje siedziby w Londynie, odpowiadają za 70 proc. transakcji derywatów denominowanych w euro. Ich dzienna wartość to ponad 500 mld euro. Europejski Bank Centralny może uznać, że zbyt dużym ryzykiem byłoby umiejscowienie takich instytucji poza granicami Unii Europejskiej.

Dodatkowo azjatyckie i amerykańskie instytucje finansowe także mogą chcieć opuścić Londyn i zadomowić się we Frankfurcie. Aby tak się stało, już dziś agencje promocyjne z Frankfurtu zatrudniają dodatkowych pracowników, którzy regularnie odwiedzają Seul, Tokio oraz inne globalne metropolie, a by chwalić zalety Frankfurtu.

Czy Frankfurt posiada jakieś wady? Restrykcyjne prawo pracy na pewno nie zyska uznania wśród pracodawców, a wysokie podatki będą zabierały dużą część dochodów pracownikom. Ponadto Frankfurt jest stosunkowo mały – populacja tego miasta to niespełna jedna dziesiąta Londynu. Dlatego miasto cieszy się niezbyt chlubną opinią prowincjonalnego i nudnego miejsca.

Carsten Brzeski, główny ekonomista ING Germany, który przeprowadził się do Frankfurtu 15 lat temu, twierdzi, że miasto to – koniec końców – jest wsią. Pomimo, że lubi domową atmosferę tego miejsca, gdzie do pracy można dojechać rowerem, to był zaskoczony postawami mieszkańców Frankfurtu. „Byłem zszokowany zamkniętymi umysłami ludzi, których tu spotkałem. Dla nich świat kończy się na niemieckiej granicy” – komentuje rodowity Berlińczyk.
Londynowi trudno jednak konkurować z Frankfurtem pod względem atrakcyjności cen najmu. James Swinnerton, analityk danych z firmy 360T przeprowadził się do Frankfurtu 5 lat temu. Za swój apartament z balkonem płaci dziś mniej niż za mały pokój we współdzielonym mieszkaniu w Londynie.

Frankfurt także bije na głowę Londyn pod względem wygodnej komunikacji. Metro, autobusy, taksówki, nie wspominając o możliwości jazdy rowerem i spacerów, sprawiają, że 15-minutowy dojazd do pracy to norma. Lotnisko we Frankfurcie znajduje się w odległości ok. 15-20 minut jazdy pociągiem lub samochodem. „Frankfurt to miasto łatwych połączeń” – komentuje Hilman Kopper, dyrektor generalny Deutsche Banku w latach 1989-1997.

>>> Czytaj też: Wolne Miasto Londyn. Zjednoczonemu Królestwu grozi paraliż?

A może Dublin?

W sprzyjających okolicznościach z Londynu do Dublina można się dostać w 3 godziny, a ludzie mówią po angielsku na całej długości tej trasy. To m.in. wyjaśnia zalety stolicy Irlandii.

Dodatkowo Irlandia posiada podobny system prawy oparty o prawo zwyczajowe, który obowiązuje w Wielkiej Brytanii oraz w USA. Krótko mówiąc, Londyńczycy czują się w Dublinie całkiem swojsko. To w końcu Brytyjczycy zabudowali część tego miasta domami w stylu gregoriańskim. „Jesteśmy jedynym państwem anglojęzycznym w UE i to też się liczy” – komentuje Eoghan Murphy, minister usług finansowych. „Dla nowoprzybyłych Dublin nie będzie się bardzo różnił od Londynu”.

Zalety tego miejsca są łatwe do dostrzeżenia. Populacja rzędu 1,8 mln osób sprawia, że stolica Irlandii to „aż” jedna piąta Londynu. Na Zielonej Wyspie swoje siedziby ma ok. 500 międzynarodowych firm, wśród nich Morgan Stanley czy Citigroup. Sektor zatrudnia ok. 35 tys. osób, większość z nich w działach zaplecza i wsparcia (back-office). W ostatnim czasie przybyło lepiej płatnych miejsc pracy. Dodatkowo dynamicznie rozwija się tu sektor internetowy, a firmy takie jak Facebook, Google czy LinkedIn zatrudniają tysiące osób w „Silikonowych Dokach”.

Największym problemem Dublina jest brak siły roboczej. Pomimo, że koszt zatrudnienia pracownika w Dublinie jest niższy o ok. 30-40 proc. niż w Londynie, to już znacznie trudniej jest znaleźć odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, gdyż rynek jest za mały.

Innym problemem może okazać się brak nieruchomości przeznaczonych do celów komercyjnych. Simon Betty, dyrektor ds. handlu detalicznego u dewelopera centrów handlowych Hammerson Ireland opowiada, że od czasu, gdy zeszłej zimy przeniosła się do Irlandii, szuka nieruchomości, ale do dziś nic nie znalazła. „Działamy w branży nieruchomości. Jeśli my nie możemy znaleźć miejsca, to kto inny znajdzie?” – pyta.

Wenecja Północy

Kanały, rowery i tolerancja dla marihuany sprawiają, że Amsterdam może być atrakcyjnym miejscem dla obcokrajowców. To bardzo przyjemne miejsce, gdzie prawie każdy mówi po angielsku, a lokalny port lotniczy Schiphol ma połączenie prawie z każdym miejscem, do którego zapragniemy się dostać. Ze względu na wysokie ulgi podatkowe setki międzynarodowych firm ma tu swoje biura, a w kraju działają trzy banki o globalnym zasięgu oraz kilka z największych funduszy emerytalnych świata. Warunki takie mogą przyciągnąć firmy z obszaru zarządzania aktywami, clearingu czy tradingu.

Wady? Pomimo, że Holandia uchodzi za jedną z kolebek kapitalizmu, to Holendrzy są już tym zmęczeni i po ostatnim kryzysie finansowym wprowadzili duże ograniczenia jeśli chodzi o premie bankowców. Nie mogą one wynosić więcej niż 20 proc. rocznych zarobków.

Luksemburg

To małe miejsce już dziś stawia na finanse, a setki międzynarodowych firm, takich jak Deutsche Bank, HSBC czy JPMorgan Chase umieszczają tu swoich menedżerów i administratorów funduszy. Tutejszy przemysł bankowy wyrósł na prawu, które zapewniało firmom poufność i tolerowało strategie unikania podatków przez koncerny międzynarodowe. Korzystne warunki sprawiły, że aktywa funduszy inwestycyjny wzrosły z 1,6 bln w 2008 roku do 3,5 bln euro obecnie.
Problemem dla przyszłych pracowników może być wielkość tego miejsca. Luksemburg zamieszkuje ponad 100 tys. osób. Przyzwyczajeni do wielkiego miasta bankierzy mogą uznać takie warunki za nieco dziwne i nieszczególnie atrakcyjne.

Paryż

Zmysłowy, seksowny i czarujący Paryż. To rodzaj miasta, w którym pracownicy City chętnie odpoczywają, ale czy będą chcieli tu pracować? Francuzi uważają, że tak, dlatego rozbudowują niezbędną infrastrukturę finansową. Paryż może mieć Societe Generale i BNP Paribas, ale miasto to wciąż pozostaje cieniem tego, czym było w 1990 roku. Później jednak przegrał wyścig z Frankfurtem o miano największego centrum finansowego kontynentalnej Europy. Dziś wśród niewątpliwych przeszkód dla anglosaskiego stylu robienia biznesu pozostają zbyt zawiłe, wręcz bizantyjskie regulacje i wysokie podatki, a 35-godzinny tydzień pracy nie sprzyja produktywności.

Mediolan

Europejska stolica mody i siedziba dwóch największych włoskich banków i giełdy papierów wartościowych na pewno może przyciągać. Premier Matteo Renzi zaproponował inwestycje rzędu 1,5 mld euro w infrastrukturę, która ma zachęcić biznes. Ale włoska kultura biurokracji, brak przejrzystości i skłonność do korupcji każą wątpić, czy miejsce to znajdzie wielu chętnych do osiedlenia się po ucieczce z Londynu.

Warszawa – czarny koń?

Polacy w ostatnim czasie pod względem liczebności wyprzedzili Hindusów i stali się największą grupą imigrantów na Wyspach. Niestety niesprawiedliwie zostali też uznani za symbol języczka u wagi, który pomógł Brytyjczykom podjąć decyzję o Brexicie. To dość ironiczne, że Warszawa mogłaby skorzystać na tej zmianie. Zagraniczne instytucje kontrolują ok. 60 proc. aktywów w polskim sektorze finansowym, a w kraju działa wiele firm, takich jak BNP Paribas, Goldman Sachs czy UBS, które prowadzą tu swoje biura wsparcia. Polska jednak nie jest członkiem strefy euro.

Wiele miejsc pracy, które pojawią się w Warszawie, prawdopodobnie będą zlokalizowane w obszarze usług back-office, takich jak technologie czy księgowość. Polacy jednak nie tracą nadziei. „Zagraniczni inwestorzy pojawiają się stopniowo. Często w ślad za usługami z obszaru back-office przychodzą usługi typu mid-office oraz inne” – komentuje Bartłomiej Pawlak z rządowej agencji promującej inwestycje zagraniczne.