Kiedy i jak złożyć wniosek o wakacje kredytowe? Wszystko, co trzeba wiedzieć [KLIKNIJ TU]

Z Moniką Marcinkowską rozmawiają Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak
Reklama
Od 29 lipca można składać wnioski o wakacje kredytowe. Brać te wakacje czy nie brać? Minister finansów zaleca rozważną decyzję. A pani?
Na wstępie zaznaczę, że nie zamierzam nikomu doradzać - to powinny być indywidualne decyzje. Nie ukrywam jednak, że bliska jest mi opinia Bogusława Grabowskiego, który stwierdził, że nawet niespecjalnie wysokie walory intelektualne nakazują, żeby brać te wakacje.
Tylko głupi by nie wziął, tak?
Grabowski stwierdził, że „każdy z inteligencją powyżej tostera powinien skorzystać z wakacji kredytowych”, ponieważ to jest po prostu dla klienta opłacalne - za darmo korzysta z kredytu do ośmiu miesięcy. Natomiast ja bym dodała zastrzeżenie, żeby najpierw sprawdzić swoją umowę i na tej podstawie podjąć decyzję. Część osób może mieć np. obawy, że skorzystanie z wakacji będzie rejestrowane w Biurze Informacji Kredytowej, natomiast jak podkreśla BIK, to w żaden sposób automatycznie nie wpłynie na obniżenie oceny kredytobiorcy. Choć pojawiły się w mediach nieformalne wypowiedzi niektórych bankowców, że to może się odbić na przyszłych decyzjach kredytowych, ale w tej chwili jest to patykiem na wodzie pisane. Zresztą pewnie większość osób, które spłacają kredyty hipoteczne, nie sięga w tej chwili po inne, więc generalnie rzecz biorąc, rozsądek wskazuje, że jeśli przewidujemy, że stopy procentowe będą za jakiś czas spadać, to po prostu warto wziąć wakacje.
I co zrobić z pieniędzmi, które zostaną do dyspozycji? Włączyć je do budżetu domowego, może kupić obligacje, a może spłacić kredyt? Czy to nie miałoby sensu?
Trzeba policzyć. Ja bym zaczęła od jednego wielkiego „to zależy”. Od sytuacji kredytobiorcy. Na przykład jeśli chodzi o spożytkowanie tych pieniędzy na spłacenie kredytu, to ważne jest, jakie są zapisy umowy, czy to jest obwarowane jakimiś dodatkowymi prowizjami. Jeśli byłyby one ekstremalnie wysokie, to rzeczywiście stawia to pod znakiem zapytania sensowność takiej transakcji. Ale spodziewam się, że w zdecydowanej większości przypadków to będzie rozwiązanie najlepsze. W szczególności dla tych, którzy spłacają kredyty metodą annuitetową, czyli równych płatności. Tam najpierw głównie spłaca się odsetki, a dopiero później stopniowo coraz większą część kapitału, więc nadpłata znacząco zmniejsza obciążenie takim kredytem. Ale jeśli ktoś ma nóż na gardle i nie ma za co żyć, to musi zabezpieczyć swoje absolutnie podstawowe potrzeby życiowe. Dlatego tu nie ma co generalizować. Bo same wakacje są jedynie odłożeniem obciążenia w czasie, w założeniu do momentu, kiedy stopy procentowe zaczną znowu spadać, a z nimi nasze obciążenia. Niemniej wszystko jest obarczone niepewnością.
Czyli, jeśli czeka nas duży spadek inflacji pod koniec przyszłego roku - jak zakłada NBP - to warto. Ale nie wiemy tak naprawdę, w jakich warunkach się znajdziemy za kilka lat.
Oczywiście. Jeśli projekcja jest trafna, inflacja zacznie maleć i Rada Polityki Pieniężnej zaprzestanie wkrótce podwyżek stóp, a w ślad za tym będą malały również rynkowe stopy procentowe, to nastąpi powrót do normalnej spłaty kredytu w korzystniejszej dla kredytobiorców sytuacji. Niemniej zawsze jest ryzyko, że sprawy potoczą się jednak inaczej i wzrost stóp wcale nie wyhamuje, więc należy brać pod uwagę również ten czarny scenariusz. To musi być indywidualna, świadoma decyzja każdego kredytobiorcy.
W opiniach ekspertów o wakacjach kredytowych widać dysonans. Ogólna ocena tego pomysłu jest krytyczna, ale na pytanie, czy je wziąć, większość odpowiada tak, jak pani.
Dysonans jest dlatego, że to rozwiązanie jest bardzo korzystne dla klientów, ale powoduje bardzo dotkliwe skutki dla banków. Ogólnie to rozwiązanie oceniam negatywnie, jest niesprawiedliwe i zdecydowanie za szerokie. Po pierwsze, obejmuje swoim zakresem również osoby, które mają kredyty na stałą stopę procentową, czyli ich zobowiązania wcale nie rosną wraz ze wzrostem stóp rynkowych. Po drugie, przyznano je także tym, którzy są w dobrej sytuacji finansowej. A przecież rozwiązanie stworzono dla tych, którzy mają trudności ze spłatą kredytu z powodu wzrostu inflacji. I to są takie dwie kluczowe wady tej ustawy. Natomiast jeśli chodzi o dysonans, to wiąże się on z kosztami tej regulacji dla banków, które w całości mają sfinansować tę pomoc udzieloną kredytobiorcom przez ustawodawcę. Ta pomoc to przesunięcie w czasie spłat ośmiu rat kredytów i umożliwienie nieodpłatnego korzystania w tym czasie z pożyczonych pieniędzy. Jeśli jednak oceniać tylko z punktu widzenia interesów kredytobiorców, to dziwiłabym się osobom, które uznają swoją sytuację za wystarczająco dobrą, by nie skorzystać z wakacji tylko dlatego, by wspierać system bankowy. To nie jest rolą gospodarstwa domowego - trudno oczekiwać od klienta, że - w poczuciu troski o stabilność systemu finansowego - nie skorzysta z darowanej okazji.
Rząd zdecydował, by to było rozwiązanie dla wszystkich, bo chciał maksymalnie uprościć sprawę. Gdyby np. zastosować kryteria KNF, czyli przyjąć relację rat do dochodu przekraczającą 50 proc., to grupa, która mogłaby skorzystać z wakacji, skurczyłaby się z obecnie szacowanych 2 mln do 200 tys. Jak można by ich odsiać?
Stosunek raty do dochodu to jeden ze wskaźników, który jest pewnym konsensusem i służy do oceny zdolności kredytowej klientów oraz potencjalnej jakości portfela. Większość Polaków podziela opinię, że pomoc powinna być adresowana do tych osób, które faktycznie są w złej sytuacji finansowej. Pytanie, czy tę przesłankę spełnia forma wakacji kredytowych dla wszystkich, które są fundowane przez regulatora na rachunek banków. Można dyskutować o potrzebie partycypacji w pewnych kosztach ze strony sektora i o solidarności społecznej, ale ja jej tutaj nie widzę. Oczywiście to problematyczne, w którym miejscu ustawić granicę pomocy, i prawdopodobnie właśnie dlatego stwierdzono, że kryterium dochodowego nie będzie. Wiceminister Patkowski mówił, że wystarczy ograniczenie zakresu ustawy do osób, które zaciągnęły kredyty na własne potrzeby mieszkaniowe. To jednak grupa bardzo niejednorodna, obejmująca wiele osób, które takiej pomocy nie potrzebują. Sądzę, że to nie jest sprawiedliwe także względem innych kredytobiorców oraz osób, które nie zaciągnęły kredytu mieszkaniowego.
Jesteśmy w stanie przewidzieć koszt tej operacji?
Dla samych banków giełdowych - poza Getin Noble Bankiem, który nie przekazał takiego raportu bieżącego - przy założonym poziomie średnio dwóch trzecich uprawnionych, którzy skorzystają z tej opcji, to jest w tej chwili ponad 12 mld zł. Gdyby to przeliczyć na stuprocentowe wykorzystanie, do czego raczej nie dojdzie, byłoby to prawie 18,5 mld zł dla samych banków giełdowych.
Czyli te 4 mld zł kosztów wykazane w ocenie skutków regulacji to liczba kompletnie niedoszacowana?
Mam poważne obawy, czy te szacunki zostały poprawnie merytorycznie opracowane. Zapisy uzasadnienia do ustawy sugerują, że uwzględniono jedynie, jaka wysokość płatności odsetkowych nie wpłynie do banków w 2022 r. - i analogiczna kwota w roku kolejnym - w związku z zawieszeniem spłat. Czyli obliczono, jaki będzie koszt nieodpłatnego korzystania przez klientów z kredytu w okresie wakacji kredytowych. Założono przy tym, że średnia rata odsetkowa wynosi tysiąc złotych miesięcznie, a z wakacji skorzysta tylko połowa kredytobiorców. Po pierwsze, moim zdaniem obydwa założenia są zaniżone. Ale dodatkowo trzeba zaznaczyć, że to jednak nie jest tożsame z pełnym kosztem dla banków, na co zresztą zwracała uwagę KNF. To jest dość skomplikowana kwestia zasad rachunkowości i tego się nie da łatwo oszacować samodzielnie. W skrócie: instrumenty finansowe - a zatem również należności z tytułu kredytów - ujmuje się w bilansie według tzw. zamortyzowanego kosztu, czyli w kwocie oczekiwanych przyszłych płatności, z uwzględnieniem wartości pieniądza w czasie, czyli są to kwoty zdyskontowane. Innymi słowy, w wartości bilansowej należności z tytułu kredytów są już uwzględnione przyszłe przychody. Tego typu oszacowań dokonuje się przy uruchomieniu kredytu i każdej jego spłacie, ale zmienia się je w każdej sytuacji, kiedy dochodzi do zmiany harmonogramu płatności, jak to ma miejsce chociażby teraz (zawieszenie spłat kilku rat), ale też np. zmiany wysokości stóp procentowych. I dlatego kwoty oszacowań kosztów, które były podawane np. przez NBP i KNF w maju, też już mogą być nieadekwatne, bo stopy procentowe w międzyczasie się zmieniły i banki na bieżąco musiały to uwzględniać w wycenie swoich należności. Teraz, z powodu wakacji kredytowych, nie wpłynie osiem rat przez kilka kwartałów, co, po pierwsze, oznacza darmowe użyczenie kapitału, a po drugie - przesunięcie w czasie spłaty rat, czyli niższą ich wartość bieżącą (zdyskontowaną). To zatem spowoduje, że wartość tego portfela spadnie i właśnie ten spadek wartości to jest koszt dla banków, o którym mówimy. Oczywiście ostateczny łączny koszt poznamy post factum, gdy będzie znana pełna skala i terminy zawieszenia spłaty rat, ale też ewentualnych przedterminowych spłat części kredytów.
Napisała pani, że w skrajnym przypadku jest możliwe, że niektóre banki odnotują tak duże braki kapitałowe, że podjęta zostanie decyzja o ich upadłości czy uporządkowanej restrukturyzacji.
Faktycznie. Ta zmiana legislacyjna i inne negatywne czynniki wpływają na sytuację finansową banków. Z ich komunikatów giełdowych wynika, że uwzględnienie tego kosztu w trzecim kwartale spowoduje przynajmniej kwartalną stratę. To jeszcze nie jest dramatyczna sytuacja, ale zobaczymy, co się będzie działo w czwartym kwartale i jakie będą łączne wyniki - wszak wakacje kredytowe to niejedyne obciążenie dla sektora w tym roku. W każdym razie raczej nie spodziewałabym się wypłaty dywidend przez banki w przyszłym roku, ewentualnie będą to kwoty śladowe. Czy będą również kłopoty z adekwatnością kapitałową? Jeden z banków już przekazał w komunikacie, że ten uszczerbek dochodów spowoduje naruszenie współczynników kapitałowych i potrzebę uruchomienia planu naprawczego. Jeżeli zdarzyło się, a niestety taka sytuacja miała miejsce, że któryś bank nie spełniał norm adekwatności kapitałowej jeszcze przed wejściem w życie tej ustawy, to nowe przepisy stwarzają dla niego dodatkową trudność. Natomiast absolutnie nie chciałabym tworzyć wrażenia, że sama ta ustawa doprowadzi jakiś bank do upadłości.
A na ile pani ocenia ryzyko, że banki przerzucą koszty na klientów? Szczęściarze dostaną wakacje kredytowe, a pozostali wyższe opłaty?
Nie mam wątpliwości, że wszyscy klienci stopniowo będą się na to zrzucać. Zapewne wzrosną marże kredytowe dla nowo zawieranych umów i prowizje za niektóre operacje bankowe bądź zostaną wprowadzone nowe prowizje czy opłaty. Już jest przekonanie, że opłaty bankowe w Polsce są wysokie, jednak po porównaniu z uwzględnieniem siły nabywczej okazuje się, że nasze prowizje wcale nie są bardzo wysokie w porównaniu z innymi krajami. Jest zatem możliwość ich podnoszenia. Na pewno jednak - na szczęście dla klientów - nie uda się przełożyć na nich całości kosztów. Ufam, że spora część banków będzie czyniła jakieś oszczędności. To może się zgrać z procesami, które już trwają, jak chociażby zamykanie części placówek, dalsza automatyzacja procesów, redukcja etatów, natomiast decyzje mogą być radykalniejsze, niż pierwotnie zakładano. No bo jeżeli jakiś bank ma dodatkowe 2-3 mld zł kosztów, to siłą rzeczy będzie poszukiwał sposobów na ich ograniczenie. A musimy mieć świadomość, że po kryzysie w 2008 r. banki w Polsce praktycznie nie wróciły do wcześniejszych poziomów rentowności. Od kilku lat cały sektor, a na pewno przynajmniej wiele banków, ma rentowność kapitałów własnych poniżej kosztów pozyskania kapitału, co powoduje, że gdyby patrzeć racjonalnie, to ten interes nie ma sensu. Czyli nie ma większego sensu bycie w tej chwili akcjonariuszem banku. Chcę podkreślić, że nie chodzi tu tylko o tych wielkich, strategicznych inwestorów. Chodzi również o nasze pieniądze. Mówię nie tylko o drobnych inwestorach, akcje banków są też w portfelach wielu funduszy emerytalnych czy planów kapitałowych. A zatem można zaryzykować tezę, że większość Polaków to akcjonariusze banków. Ci nieświadomi akcjonariusze odczują to, choć z dużym opóźnieniem.
Wielu kredytobiorcom, zwłaszcza tym, którzy brali kredyty w okresie prawie zerowych stóp procentowych, raty wystrzeliły do niebotycznych poziomów. I chyba już nie wrócą do poprzednich, nawet jeśli stopy trochę opadną.
Zgadza się. I nie, nie sądzę, że jest na to jakieś łatwe panaceum. To może niepopularna opinia, ale skala pomocy nie może być olbrzymia, by nie osłabić antyinflacyjnych działań RPP. Sądzę jednak, że to jest doskonały moment, by uporządkować strukturalnie kwestię umów o kredyty hipoteczne, bo zarówno zmienna, jak i stała stopa niesie jakieś ryzyko dla kredytobiorców. Osoby, które teraz biorą kredyt na stałą stopę, też de facto zakładają się, jak długo te stopy będą rosły, czyli ile zyskają dzięki temu, że dla nich już nie wzrośnie koszt kredytu. Ale przecież kiedyś stopy spadną, być może przy zmiennej stopie obciążenie byłoby niższe niż przy obecnie ustalonym stałym oprocentowaniu kredytu. Dobrym z punktu widzenia konsumenta i stosowanym na świecie rozwiązaniem jest podejście korytarza. To znaczy, że mamy stopę procentową, która może się zmieniać, ale w ściśle określonym zakresie, czyli tzw. cap and floor. Przeciętny konsument nie wie wystarczająco dużo, aby prognozować, co się będzie działo ze stopami procentowymi. Dziś nawet fachowcy mają z tym problem! Dlatego takie rozwiązanie byłoby bezpieczne dla konsumenta. Nie więzi go w przypadku, gdy stopy rynkowe zaczynają spadać, a on zostałby na wysokiej stałej stopie. Ale z drugiej strony, gdyby stopy zaczęły rosnąć, to nie ma też aż tak wysokiego ryzyka, że dla niego nagle się podwoją. Od ubiegłego roku widać rosnące zainteresowanie klientów konwersją umów, czyli zamienianiem tych już zawartych, z oprocentowania zmiennego na stałe. Z jednej strony to dobrze, że klienci zaczęli dostrzegać ryzyko stopy procentowej, z drugiej - te osoby mogą poczuć się poszkodowane, gdy stopy spadną. Sądzę, że warto, by środowisko bankowe rozważyło stosowanie opisanego podejścia.
Może banki powinny też wykazać dobrą wolę i coś zmienić w zakresie WIBOR-u, ograniczyć swoje marże?
Obawiam się, że mamy tu duże podobieństwo do sytuacji z kredytami frankowymi. Tak jak nikt nie spodziewał się, że kurs franka może się aż tak drastycznie zmienić, tak nie przewidziano, że stopy procentowe mogą aż tak znacząco rosnąć. Dość wspomnieć, że KNF relatywnie niedawno zmieniła swoje rekomendacje, by przy badaniu zdolności kredytowej klienta, jeszcze przed podpisaniem umowy, analizować, co się stanie, kiedy stopa procentowa zmieni się o 5 pkt proc., a nie o 2 pkt proc., jak to było dotychczas. Już przyzwyczailiśmy się do bardzo niskich stóp procentowych, dlatego mówienie o tym, że stopy mogą wzrosnąć o 5 pkt proc. brzmiało dość absurdalnie. Ale ten absurd właśnie się dzieje, a my w nim tkwimy. W tej sytuacji ograniczenie marży banków choć odrobinę to może być jakieś wyjście. I część banków zaczyna to robić. Ale trudno oczekiwać, by odjęły sobie znaczącą część przychodów w sytuacji, kiedy same zaczynają przynosić straty. Mimo to sektor jako całość jest stabilny. Banki przez tych ostatnich kilka lat - wskutek zmian regulacyjnych i pewnych rekomendacji nadzorczych - są łącznie dobrze dokapitalizowane i przygotowane na pewne szoki. Widać to po kryzysie pandemicznym, przez który przeszły relatywnie dobrze w stosunku do przewidywań.
Skupiamy się na relacji klient-bank. Na kogo jeszcze mogą wpłynąć wakacje kredytowe?
Niektóre banki odczują pewne wstrząsy, jeśli chodzi o płynność, głównie te hipoteczne, które dodatkowo będą miały problem z emitowaniem listów zastawnych. Przypomnę, że zgodnie z przepisami listy zastawne muszą wprost odpowiadać charakterystyce portfela kredytowego. Skoro jedna strona bilansu - portfel kredytowy - się zmienia, to może tutaj pojawić się spory problem. Natomiast banki hipoteczne w Polsce są własnością banków uniwersalnych, które są w dobrej kondycji, więc nie sądzę, żeby to przełożyło się na znaczące problemy w skali sektora. Skutki wakacji kredytowych odczuć mogą też osoby, które są właścicielami papierów wartościowych emitowanych przez banki. Jak już powiedzieliśmy, znacząco spada atrakcyjność inwestycyjna banków, w pojedynczych przypadkach bardzo istotnie wzrośnie też ryzyko banku, a zatem i posiadaczy jego papierów wartościowych. Z drugiej strony w dłuższym terminie nowo emitowane papiery dłużne zapewne będą musiały być wyżej oprocentowane, bo rośnie ryzyko, a skoro tak, to powinien rosnąć również potencjalny zysk inwestora. To oczywiście zła wiadomość dla banków, bo wzrośnie ich koszt finansowania, a może nawet będą miały problem z pozyskaniem dodatkowego finansowania od inwestorów. Ponadto skutki dotkną też Skarb Państwa. Po pierwsze, w jego rękach jest połowa sektora bankowego. Wszystkie te efekty negatywne, o których mówiłam - spadek rentowności, brak dywidend np. w przyszłym roku, oznaczają także brak wpływów budżetowych. Ponadto z przekazów medialnych wiemy, że już co najmniej jeden inwestor strategiczny polskiego banku zasygnalizował zamiar pozwania Skarbu Państwa za tę ustawę, jako ingerującą w umowy już zawarte. I rzeczywiście, ta ustawa wskazuje, że w przypadku już zawartych umów, kredytobiorcy mają prawo do wakacji kredytowych i kropka. Czyli koszty tej „pomocy państwa” w całości obciążają banki, które muszą zgodzić się na nieodpłatne korzystanie z kredytów przez okres wskazany w ustawie. Przez analogię możemy wyobrazić sobie, że państwo ustawowo nakazuje producentom lub sprzedawcom jakichś produktów, np. pieczywa czy węgla, przekazanie ich nieodpłatnie w określonym okresie, aby ulżyć Polakom odczuwającym negatywne skutki kolosalnego wzrostu cen. Nie wyobrażam sobie, by było to zaakceptowane.
Jakie mogą być tego długofalowe skutki?
Niezależnie od skutków dla sektora bankowego, obawiam się też pewnych tendencji do utrwalenia się postawy „mogę podjąć jakąś ważną decyzję finansową, a w razie problemów państwo mnie uratuje”. Od kilku lat Komisja Nadzoru Finansowego ostrzegała, że stopy w Polsce były na ultraniskim poziomie, zalecała ostrożność przy podejmowaniu decyzji kredytowych, mówiąc, że mogą wzrosnąć, i to się niestety stało. I nie wiadomo, kiedy się skończy. Nie twierdzę, że to były nieroztropne decyzje. Twierdzę, że tak szerokie wsparcie przez państwo może rodzić analogiczne oczekiwania w przyszłości, ale też prowadzić do zjawiska znanego jako „pokusa nadużyć”. Groźne może być też sugerowanie, że sektor bankowy wszystko wytrzyma. Ono też rodzi oczekiwania, że można na banki nałożyć dowolnie wysokie obciążenia. Takie przeświadczenie jest niebezpieczne.
Wakacje kredytowe poniekąd idą w drugą stronę niż decyzje podwyższającej stopy Rady Polityki Pieniężnej. Pani dodatkowo zwraca uwagę na to, że ponieważ obciążają banki, to zmniejszy się dostępność do kredytu dla przedsiębiorców. Stawia też pani tezę, że to zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia scenariusza stagflacyjnego.
Nakłada się tu na siebie kilka spraw. W Polsce polityka fiskalna nie idzie w parze z pieniężną, a decyzje fiskalne często osłabiają lub nawet neutralizują decyzje z zakresu polityki monetarnej. Wakacje kredytowe są tylko jedną z cegiełek, która się dokłada do tego braku równowagi między owymi politykami. Natomiast scenariusz stagflacyjny uprawdopodobni się szczególnie, jeśli kredytobiorcy, którzy skorzystają z zawieszenia umowy, nie nadpłacą kredytu, tylko wykorzystają te pieniądze do jeszcze większych wydatków konsumpcyjnych lub choćby nie ograniczą obecnych wydatków. W konsekwencji inflacja będzie nadal rosnąć, a w ślad za nią zapewne także stopy procentowe. W tej sytuacji spadnie popyt na kredyty, podobnie jak ich podaż, co z kolei przełoży się na ograniczenie wzrostu gospodarczego, a w skrajnie negatywnym scenariuszu nawet ujemny wzrost. Obecnie mamy w gospodarce wiele bardzo negatywnych czynników, a wakacje kredytowe mogą je wzmocnić.
Dlaczego spadnie podaż?
Bo mamy wyższe ryzyko. Jest zupełnie naturalne, że kiedy mamy tę fazę spadkową koniunktury, kiedy rośnie ryzyko w gospodarce, banki zaostrzają swoją politykę kredytową, bo nie mogą się narażać na większe straty. W banku są pieniądze deponentów - to ok. 80 proc. bilansu, więc banki nie mogą podjąć większego ryzyka, bo muszą dbać o bezpieczeństwo tych depozytów. Jeśli nie będą generować zysków, a tym bardziej, jeśli będą przynosiły straty, to zmniejszy się ich zdolność do udzielania kredytów. To wiąże się z przepisami o adekwatności kapitałowej. Zgodnie z nimi bank musi mieć albo tyle kapitału, by był on adekwatny do jego wielkości i ryzyka prowadzonej działalności, albo odwrotnie - mając określony poziom kapitałów, musi doń dostosować skalę i ryzyko swojej działalności. I te wymogi adekwatności kapitałowej muszą być spełnione w każdym dniu działalności banku. Bank musi zatem prognozować, co będzie się działo w przyszłości, i do tego się dostosowywać z wyprzedzeniem. Z jednej strony ma licznik, czyli kapitał, a z drugiej strony mianownik, czyli skalę działalności i ryzyko. A zatem przy rozszerzaniu działalności, przy wzroście ryzyka, bank musiałby pozyskać dodatkowy kapitał. Podejrzewam, że dominować może ograniczanie mianownika, czyli zmniejszona skłonność do podejmowania ryzyka. To oznacza, że banki będą się decydować na bezpieczniejsze aktywa. I wtedy kredyty będą oferowane tylko najlepszym klientom albo warunki będą tak wyśrubowane, by rekompensować bankom ryzyko. Nie ukrywam, że w artykule nakreśliłam dość czarne scenariusze, którymi nie chciałabym nikogo straszyć, jednak niestety należy się z nimi liczyć. ©℗
BIO: Monika Marcinkowska - KIEROWNIK KATEDRY BANKOWOŚCI WYDZIAŁU EKONOMICZNO- -SOCJOLOGICZNEGO UNIWERSYTETU ŁÓDZKIEGO, NIEZALEŻNY CZŁONEK RADY NADZORCZEJ ING, CZŁONEK KOMITETU DORADCZEGO EUROPEJSKIEGO NADZORU BANKOWEGO, AUTORKA ARTYKUŁU „WAKACJE KREDYTOWE” – ANALIZA POTENCJALNYCH SKUTKÓW REGULACJI DLA KLUCZOWYCH INTERESARIUSZY”.