Po co rozwijać OZE w Polsce? Oto 5 najważniejszych gospodarczych powodów
Rozwój energetyki odnawialnej to nie fanaberia bogatych krajów, a konieczność i oczywisty kierunek transformacji sektora energetycznego. W pięciu punktach tłumaczymy dlaczego polscy odbiorcy energii zyskają na budowie „zielonych” elektrowni więcej, niż wydadzą na ich wsparcie.
Rozwój energetyki odnawialnej to nie fanaberia bogatych krajów, a konieczność i oczywisty kierunek transformacji sektora energetycznego. W pięciu punktach tłumaczymy dlaczego polscy odbiorcy energii zyskają na budowie „zielonych” elektrowni więcej, niż wydadzą na ich wsparcie.
1 Dotacji wymagają nie tylko źródła odnawialnej. Przy aktualnych cenach na rynku energii nie opłaca się budować ani elektrowni węglowych, ani OZE, ani gazowych, ani nuklearnych. Problemu ich rentowności nie rozwiąże rynek i to nie dlatego, że „sygnały cenowe są zaburzane przez subsydiowane OZE”, jak często powtarzają eksperci. Po prostu „odpowiednich sygnałów cenowych” nie wytrzymaliby ani odbiorcy, ani zapewne rząd. Co oznacza „odpowiedni sygnał cenowy” w stosunku do dzisiejszej ceny energii na poziomie 160 zł/MWh? W ocenie Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie, do którego należą wszyscy najwięksi wytwórcy energii w Polsce, całkowity koszt produkcji energii elektrycznej w nowych blokach węglowych w Opolu, Kozienicach i Jaworznie wyniesie ok. 250 zł/MWh (bez kosztów emisji CO2) przy założeniu pracy non-stop przez cały rok. Elektrownie pracujące mniej czasu (ok. 5 tys. godzin w roku) wymagają już cen na poziomie 310 zł/MWh (bez CO2). Gdyby pracowały jako źródła szczytowe (2 tys. godzin rocznie) potrzebowałyby już 650 zł/MWh. Z kolei cena potrzebna do spłacenia nowej elektrowni węglowej to ok. 450 zł/MWh. Dla porównania spodziewana cena w aukcji OZE dla nowych elektrowni wiatrowych to ok. 250-280 zł/MWh, a dla nowych farm fotowoltaicznych i biogazowni przynajmniej 450 zł/MWh. Gdyby to rynek miał dać „odpowiedni sygnał cenowy”, to po pierwsze elektrownie węglowe wcale nie wyszłyby z tej konkurencji zwycięsko, a po drugie oznaczałoby to konieczność dwukrotnego wzrostu cen energii na rynku. Kto skorzystałby na tym najbardziej? Przede wszystkim Ci, którzy na rynku są już od dawna – czyli stare elektrownie wodne i węglowe, które nie muszą już spłacać kredytów inwestycyjnych. Dla gospodarki oznaczałoby to, że koszt hurtowego zakupu energii wzrósłby z dzisiejszych 20 mld zł o dodatkowe 15 mld zł. Dla porównania tegoroczne wydatki na wsparcie nowych elektrowni OZE wyniosą niewiele ponad 2 mld zł (podobnie jak przed rokiem), a wsparcie modernizacji wybranych elektrowni węglowych opłatą przejściową ok. 0,5 mld zł (wobec 1,5 mld zł rok wcześniej). To pokazuje, że wsparcie adresowane do konkretnych wytwórców może oznaczać niższe koszty dla odbiorców, niż działanie wolnego rynku. Przy czym koszty inwestycji w nowe OZE spadają z roku na rok, podczas gdy dla elektrowni węglowych stoją w miejscu, a dla nowych bloków zgazowujących węgiel będą absurdalnie wysokie. Już dzisiaj miks złożony z różnych technologii OZE uzupełniających się wzajemnie jest konkurencyjny w stosunku do miksu tworzonego z nowych elektrowni węglowych. Jeżeli uwzględnimy do tego możliwości wsparcia OZE z funduszy europejskich to „zielone” elektrownie już dzisiaj będą potrzebować mniejszego wsparcia, niż nowe bloki węglowe.
ShutterStock
Reklama
Reklama