Liczba ofert pracy w administracji rządowej bije kolejne rekordy. Jeszcze na początku roku brakowało obsady dla pół tysiąca stanowisk, dziś liczba wakatów sięga już 700. Choć urzędnicy w tym roku po raz pierwszy od 10 lat mogli liczyć na odmrożenie kwoty bazowej, wzrost wyniósł zaledwie 2,3 proc. Nieco więcej otrzymają urzędy wojewódzkie, bo ich fundusz wynagrodzeń ma wzrosnąć dodatkowo o 4 proc., ale część z tych środków trafi na dodatkowe etaty. Efekt? Wielu urzędników domaga się podwyżek nawet o 1000 zł, a ci, którzy nie widzą perspektyw na polepszenie sytuacji finansowej, masowo odchodzą z pracy.

Oferty z symboliczną pensją

Nie ma się jednak co dziwić, że nikt nie chce pracować w administracji, skoro osobom tuż po studiach lub z niewielkim doświadczeniem proponuje się wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej lub niewiele wyższe.

Na przykład resort spraw wewnętrznych poszukuje asystenta do spraw obsługi wypłaty świadczeń emerytalno-rentowych i zwrotów w wydziale wypłat. Oczekuje ukończenia studiów ekonomicznych, znajomości programu Płatnik i rocznego doświadczenia. W zamian proponuje 2520 zł brutto. Mazowiecki Wojewódzki Inspektor Ochrony Roślin i Nasiennictwa poszukuje z kolei inspektorów do spraw fitosanitarnych. Płaci 2300 zł brutto.

Część urzędów nie publikuje proponowanego wynagrodzenia, bo ma nadzieję, że mimo niskich pensji uda im się zachęcić kandydatów podczas rozmowy kwalifikacyjnej.

– Nie zaskakuje mnie to, że ludzie odchodzą z administracji, ani to, że przy niskim bezrobociu młodzi nie chcą pracować w urzędach za takie pieniądze – komentuje prof. Krzysztof Kiciński, były wiceprzewodniczący Rady Służby Publicznej.

Zaklinanie rzeczywistości

Rząd planuje jeszcze w tym roku wprowadzenie rozwiązania, które może sprawić, że młodzi łaskawszym okiem spojrzą na pracę w urzędach. Proponuje zwolnienie z PIT osób do 26. roku życia. Szacuje, że będzie to kosztowało budżet 3 mld zł.

Andżelika Możdżanowska, członek Rady Służby Publicznej i wiceminister w resorcie inwestycji i rozwoju, przekonuje, że nowa ulga przyniesie budżetówce same korzyści.

– Wiele osób zdecyduje się na pracę w administracji, mając w perspektywie wynagrodzenia wyższe o 18 proc. od dzisiejszych. Rozmawiałam na ten temat ze studentami i takie rozwiązanie jest przez nich bardzo pożądane – przekonuje minister.

Pomysł rządu chwali też Tadeusz Woźniak, przewodniczący Rady Służby Publicznej. – Należy pamiętać, że administracja rządowa jest otwarta również na osoby ze średnim wykształceniem. Będą one korzystać z ulgi przez sześć lub nawet siedem lat – przekonuje.

Krzysztof Kiciński ma inne zdanie na ten temat. – Być może nawet część osób poniżej 26. roku życia skusi się na pracę w urzędzie przez te dodatkowe kilkaset złotych, ale tylko przez pewien czas, aby nabyć doświadczenia – zauważa.

Podobnie uważa prof. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej. – Nie wierzę w takie ulgi i nie wydaje mi się, aby absolwenci po studiach chcieli pracować w urzędach za nieco tylko wyższe wynagrodzenie. Odejścia z administracji są spowodowane bardzo niskimi płacami i złą atmosferą – mówi.

Skłócanie środowiska

Entuzjazmu ekspertów z Rady Służby Publicznej nie podzielają też urzędnicy. Zarzucają rządowi, że proponowane rozwiązanie zrobi więcej złego niż dobrego.

Robert Barabasz, przewodniczący związku zawodowego Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego, uważa, że ulga dla młodych jeszcze bardziej skłóci środowisko. – Już obecnie urzędnik, który przychodzi do pracy za płacę minimalną, zarabia podobnie jak osoba z 20-letnim stażem na stanowisku wspierającym. Wszystko przez to, że do minimalnej płacy wlicza się dodatek stażowy. Jeśli do tego młodzi pracownicy nie będą płacić PIT, różnica na ich korzyść jeszcze się zwiększy – tłumaczy.

Przypomnijmy jednak, że rząd pracuje nad nowelizacją ustawy o płacy minimalnej. Zakłada ona, że do minimalnego wynagrodzenia nie będzie wliczany dodatek za wieloletnią pracę (stażowy), który maksymalnie może wynieść 20 proc. podstawowej pensji.

Kto daje i zabiera...

Robert Barabasz zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt proponowanej przez rząd ulgi.

– Młodzi pracownicy po ukończeniu 26 lat z dnia na dzień stracą ulgę i nagle przekonają się, że zarabiają znacznie mniej niż jeszcze miesiąc temu. Wtedy poczują się sfrustrowani i będą odchodzić. Tym bardziej że na awans, a więc podwyżkę, nie będą mogli liczyć zbyt szybko – przekonuje.

Przytakuje mu prof. Jolanta Itrich-Drabarek. – Jeśli po dwóch latach młody urzędnik straci ulgę i będzie mniej zarabiał, odejdzie. Znowu będą wakaty, bo do zostania dobrym urzędnikiem potrzeba 10 lat – prognozuje.

Zyskają też nauczyciele

Dzięki nowej uldze więcej zarobią również nauczyciele stażyści. Tuż po studiach (czyli w wieku 24 lat) muszą przez dwa lata pracować, aby awansować na stopień nauczyciela kontraktowego.

– Może się okazać, że łącznie stażysta w ogólnym rozliczeniu zarobi więcej od kontraktowego, a to nie byłoby dobrym rozwiązaniem – mówi Andrzej Antolak, członek Rady Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ ”Solidarność„ Regionu Środkowo-Wschodniego.

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, uważa, że taka ulga może być niesprawiedliwa dla większości pracujących. – Korzystna będzie chyba tylko dla młodych piłkarzy zarabiających 40 tys. zł miesięcznie – ironizuje. 

>>> Polecamy: "Piątka PiS" oznacza koniec Polski bez deficytu?