To już na wieki wieków koniec ujemnych stóp procentowych w strefie euro?

Nie sądzę. Europejski Bank Centralny bardzo by chciał, żeby to było na zawsze, ale za kilka lat znów możemy mieć problem ze zbyt niską inflacją w strefie euro, szczególnie jeśli wzrost gospodarczy okaże się trwale niższy, a do tego dojdą pogarszające się warunki demograficzne. Deflacja była niejako wpisana w strefę euro, tylko że teraz jesteśmy w nietypowym trochę okresie, bo nie wiemy, jak długo potrwają obecne zaburzenia. Mogą potrwać dwa lata, ale są i tacy, którzy mówią, że dłużej, bo po drodze będziemy mieli bardzo kosztowną transformację energetyczną. To może się odbić na konsumentach, których dochód rozporządzalny będzie mniejszy. Więc nie jest tak, że strefa euro wychodzi z ujemnych stóp procentowych raz na zawsze. W pewnym momencie EBC będzie musiał zastanowić się, po który z kryzysowych instrumentów sięgnąć w walce z recesją i - choć skup aktywów wydaje się lepszą i bezpieczniejszą opcją - obcięcie stopy depozytowej ponownie poniżej zera na pewno będzie poważnie rozważane.
Reklama
Jak można prowadzić politykę pieniężną, jeśli w strefie euro są kraje z inflacją powyżej 20 proc., ale także takie, gdzie nie przekracza ona 7 proc. To trochę tak, jakby NBP prowadził politykę pieniężną, a różnica inflacji w dwóch województwach była tak olbrzymia. To może się udać?
Nawet w Polsce inflacja jest różna w zależności od tego, gdzie jesteśmy. Trwałe różnice spowodowałyby, że ludzie przepływaliby do miejsc, gdzie jest wyższy wzrost gospodarczy, ale w ramach jednego kraju mamy wpisaną solidarność między regionami. W strefie euro jest z tym gorzej. Może więc dojść do trwałych różnic, które doprowadzą do pogorszenia konkurencyjności. Na przykład w krajach nadbałtyckich z uwagi na ich miks energetyczny i udział energii w koszyku inflacyjnym mamy mocny wzrost inflacji, co może trwale pogorszyć ich konkurencyjność. Tam powrót do równowagi może nastąpić przez mocny spadek koniunktury, co może spowodować np. emigracja z tych państw, a to bardzo niepożądane zjawisko. Mówimy tu o problemach, na które EBC nie może zareagować - zresztą nie ma powodu, dla którego miałby reagować, bo przecież patrzy na średnią w strefie euro. To jednak może spowodować, że w mniejszych gospodarkach, na peryferiach, problemy gospodarcze będą się piętrzyły i korygowały w sposób dynamiczny, wręcz drastyczny, przez głęboką zapaść gospodarczą i emigrację.
Jakim wyzwaniem dla EBC może być sprowadzenie średniej inflacji w okolice 2 proc. z prawie 9 proc.?
Bank bierze pod uwagę perspektywy inflacji i prognozy. Często ludzie popełniają ten błąd, że patrzą na inflację tu i teraz, dziwiąc się, że banki centralne nie podwyższają stóp procentowych, a przecież inflacja jest powyżej celu. Ale banki patrzą na perspektywę dwu-, trzyletnią. EBC miał prognozy - przygotowywane nie przez polityków, tylko przez profesjonalnych ekonomistów, ekonometryków - które przez długi czas pokazywały, że jest ryzyko inflacji wręcz poniżej celu. Dopiero w ostatnim okresie mamy prognozy zdecydowanie wyższe, ale one znów pokazują, że w perspektywie trzyletniej inflacja się obniży, bo mamy na horyzoncie pogorszenie wzrostu gospodarczego, a szok kosztowy nie będzie trwał w nieskończoność. Dzisiejsza inflacja ma domieszkę popytową, ale w strefie euro ma inny charakter niż w wielu innych państwach - to w znacznie większym stopniu niż w USA kwestia cen energii. Dlatego też EBC ruszył z podwyżkami stóp najpóźniej. Najbliższe jego ruchy będą związane z tym, co się dzieje z koniunkturą. Jeśli będzie przewidywane jej dalsze pogorszenie, a będziemy mieli do czynienia z pogłębieniem kryzysu gazowego, to zneutralizuje on kanał płacowy czy popytowy. Będziemy się liczyli z tym, że popyt konsumencki spadnie. Kontekst decyzji EBC jest więc zdecydowanie trudniejszy niż Fed, który postrzega gospodarkę i konsumenta jako stąpających po twardym gruncie oraz to, że w Stanach Zjednoczonych hamowanie nie jest tak drastyczne mimo technicznej recesji. Amerykanie walczą głównie z inflacją, bo widzą, że wzrost gospodarczy jest długookresowo silny.