Lekko nie będzie, a dotychczas wykorzystywane dla przełamywania skutków kryzysów gospodarczych instrumenty nie są tak efektywne, jak tego oczekiwano – takie wnioski można wysnuć z tegorocznej debaty ekspertów, która odbyła się w ramach organizowanej wspólnie przez Narodowy Bank Polski i ukraiński bank centralny NBU konferencji „Rynek pracy i polityka monetarna”.

"Kryzys COVID-19 spowodował, że niektóre jego skutki mogą mieć bardziej długofalowy charakter. Recesje bowiem nie tylko oddziałują na rynek pracy, ale także negatywnie wpływają na rozwój technologiczny i produktywność."

Lockdown doprowadził do gwałtownego obniżenia wzrostu gospodarki światowej. Główne uderzenie COVID-19 przypadło na rynek pracy. Jak szacuje Międzynarodowa Organizacja Pracy (MOP) w drugim kwartale liczba przepracowanych godzin zmniejszy się w sumie o 10,5 proc., to ekwiwalent 305 mln miejsc pracy w pełnym wymiarze czasu. W istotnym stopniu poszkodowane będzie też 1,6 mld ludzi pracujących w szarej strefie, czyli w sumie prawie połowa globalnej siły roboczej. W ocenie ekspertów Center for Economic Policy Research minione pandemie i kryzysy zwiększały nierówności społeczne, obecny kryzys związany z pandemią raczej nie będzie wyjątkiem, a nawet może doprowadzić do jeszcze większego pogłębienia nierówności niż poprzednie, bo ma znacznie szerszy zasięg.

Główny wróg – bezrobocie

Zdaniem ekonomistów zajmujących się kryzysem COVID-19 nie należy zapominać, że niektóre skutki mogą mieć bardziej długofalowy charakter, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Recesje nie tylko oddziałują na rynek pracy, ale także negatywnie wpływają na rozwój technologiczny i produktywność. W rezultacie rozwój światowej gospodarki nawet nie zbliżył się do potencjału, który miała na progu globalnego kryzysu finansowego. Co prawda wzrost gospodarczy był względnie stabilny, ale początkowa strata nie została nadrobiona, więc tamten kryzys wciąż wpływa na światową gospodarkę. W USA kryzys finansowy cofnął gospodarkę o 9 lat. Efekt obecnej pandemii też najpewniej będzie miał długoterminowe skutki – taki obraz wynika z badań przedstawionych przez Jurija Gorodniczenkę z University of California w Berkeley.

Reklama

Na wroga numer jeden wyrasta bezrobocie. Daje się we znaki zarówno na poziomie makroekonomicznym, jak i politycznym. Wzrost bezrobocia to spadek konsumpcji, a to oznacza brak stymulatora wzrostu. Niebezpieczna jest już sama utrata pracy, nawet chwilowa, bo po ponownym zatrudnieniu zarobki pracownika, a w konsekwencji jego zdolność do konsumpcji, przez wiele lat pozostają na niższym poziomie niż przed utratą pracy. Jak zauważył David Berger z Duke University, badania pokazują, że obniżenie poziomu konsumpcji, nawet po znalezieniu nowej pracy, może sięgnąć 15 proc. Berger uważa, że należy koncentrować się na utrzymaniu zatrudnienia, nawet gdyby miało to doprowadzić do wzrostu inflacji, bo negatywne, długofalowe skutki dla poziomu dobrobytu są mniejsze, niż skutki związane ze wzrostem bezrobocia.

"Bezrobocie daje się we znaki zarówno na poziomie makroekonomicznym, jak i politycznym. Jego wzrost to spadek konsumpcji, a to oznacza brak stymulatora wzrostu."

Wpływ COVID-19 na rynek pracy można porównać z huraganem. Wcześniejsze recesje były w miarę krótkotrwałe, obecna przyniosła długotrwałe bezrobocie. Stały, wysoki poziom bezrobocia może wywołać strach na rynku pracy. Chcąc go odbudować trzeba umiejętnej polityki fiskalnej, a i tak nie wiadomo, czy uda się osiągnąć poziom wyjściowy.

Otwarte pozostaje pytanie, czy pracownicy wrócą na swoje miejsca pracy, bo wiele firm może zbankrutować albo zmniejszyć zatrudnienie. Analizy wskazują, że w USA nawet 40 proc. osób, które straciły pracę z powodu pandemii, może pozostawać bezrobotnymi przez dłuższy czas. W dodatku czeka nas totalna przebudowa rynku pracy i sposobu myślenia o nim – wielu pracowników, którzy zaczęli pracować z domu prawdopodobnie już w nim zostanie. Firmy i państwa zetkną się także z wysokim ryzykiem niepewności, bo inwestorzy będą się wstrzymywać z inwestycjami. Taki niewesoły obraz „koronawirusowej” rzeczywistości przedstawił Christopher Erceg z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

"Wysokie bezrobocie powoduje, że ludzie nie ufają władzy, brak zaufania powoduje protesty, które doprowadzają do zmiany władzy i spadku PKB."

Siergiej Guriew z Paryskiego Instytutu Nauk Politycznych (Sciences Po) zwracał uwagę na negatywny wpływ kryzysu na kapitał ludzki. W zwykłej, niekryzysowej sytuacji, kiedy człowiek traci zatrudnienie, może się szkolić, by lepiej dostosować swoje umiejętności do rynku pracy i potrzeb pracodawców. Ale teraz firmy zajęte walką o przetrwanie nie będą się zajmować podnoszeniem kwalifikacji pracowników. Dodatkowo ci, którzy właśnie wchodzą na rynek pracy nie dostaną takich zarobków, jakie były przed recesją.

COVID-19 i wywołany nim kryzys gospodarczy wychodzi daleko poza ramy ekonomii i przekłada się na kryzys zaufania, który łamie fundamenty, na których opiera się dziś światowa gospodarka – w USA i Europie spada poziom zaufania obywateli do polityków oraz organów władzy.

Zdaniem Guriewa pracownicy, którzy stracili pracę, winią władze państwowe. Strata pracy negatywnie wpływa na nastroje społeczne. I to nie tylko w przypadku tych, którzy stali się bezrobotnymi, ale także tych, którzy nadal mają zatrudnienie. Kryzys powoduje powszechne poczucie zagrożenia. Efektem jest łańcuch zdarzeń — wysokie bezrobocie powoduje, że ludzie nie ufają władzy, brak zaufania powoduje protesty, które doprowadzają do zmiany władzy i spadku PKB. Pandemia dotknęła kraje wysokorozwinięte, na które przypada 95 proc. światowej gospodarki, więc – jak mówił Guriew – jeśli zaczną się perturbacje polityczne, to spowolnienie światowej gospodarki może potrwać nawet 15 lat.

Co nad Dnieprem, a co nad Wisłą?

„Polska weszła w kryzys ze zrównoważoną gospodarką, prawidłową polityką fiskalną, dzięki czemu zmniejszono zadłużenie państwa i osiągnięto historycznie niski deficyt budżetowy. Wzrost gospodarczy zbliżał się do swojego potencjału, a gospodarka szykowała się do „miękkiego lądowania” na tle niekorzystnych warunków zewnętrznych. Mocne, makroekonomiczne podstawy polskiej gospodarki pozwalają płynnie przechodzić przez szoki związane z wybuchem pandemii i równocześnie dają nam przestrzeń dla łagodzenia polityki fiskalno-monetarnej” – opisywał sytuację Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP.

Rząd wziął na siebie ciężar wydatków na łagodzenie skutków pandemii, wprowadzając wielki pakiet działań. To pożyczki dla mikro, małych i średnich firm, zwolnienie samozatrudnionych, mikro i małych przedsiębiorców ze składek na ubezpieczenia społeczne. Jednorazowe wypłaty dla samozatrudnionych i osób pracujących na umowach cywilno-prawnych. W sumie na ten cel zaplanowano kwotę przekraczającą 5 proc. PKB. Równocześnie bank centralny, działając z wyprzedzeniem, poluzował politykę monetarną i osłabił wymogi dotyczące rezerw. „Uważamy że takie działania NBP dadzą pozytywny rezultat w warunkach walki ze skutkami COVID-19 na rynku pracy” – oceniał Szałamacha.

Na tle Polski sytuacja Ukrainy wygląda mocno nieciekawie

NBU przewiduje, że w drugim kwartale poziom bezrobocia wyniesie 11,5 proc. w porównaniu z zeszłorocznymi 8,2 proc. W Kijowie mają nadzieję, że złagodzenie obostrzeń kwarantanny i stopniowe rozmrażanie gospodarki doprowadzi w drugiej połowie roku do poprawy sytuacji, ale do zeszłorocznego poziomu i tak nie uda się powrócić. Ukraiński rynek pracy może mówić o dużym szczęściu – kilkumilionowa rzesza ukraińskich emigrantów zarobkowych wolała przeczekać pandemię za granicą, licząc na powrót do dotychczasowej pracy lub znalezienie nowej.

Na Ukrainie kłopoty wywołane lockdownem nakładają się na nawarstwiające się latami i nierozwiązane problemy o charakterze systemowym – komentował szef NBU Jakiw Smolij. To m.in. nieodpowiednie do potrzeb pracodawców kwalifikacje osób wchodzących na rynek pracy. Dlatego bezrobocie utrzymywało się na dość wysokim poziomie, a firmy nie mogły się rozwijać, bo brakowało rąk do pracy. Według danych Ukrstatu aż jedna trzecia pracowników z wyższym wykształceniem pracowała w zawodach niewymagających takich kwalifikacji. To jeden z najwyższych odsetków w Europie.

Wciąż niska była produktywność – według danych MOP Ukraina znajdowała się poza pierwszą setką państw, a produktywność gospodarki nastawionej na pobieranie renty z pozostałości po ZSRR była niższa niż w innych państwach postsowieckich.

Jednocześnie Ukraina zajmuje 12. miejsce na liście krajów z najszybciej kurczącą się liczbą mieszkańców. W rezultacie na utrzymanie 11 emerytów pracuje 10 zatrudnionych. Związane z tym wysokie obciążenia funduszu płac prowadzą do utrzymywania się gigantycznej szarej strefy. Według danych NBU w 2019 r. co piąty ukraiński pracownik pracował nielegalnie.

Stąd masowa emigracja zarobkowa – w 2019 r. aż 2,5 mln Ukraińców pracowało za granicą. Biorąc pod uwagę rotację pracowników sezonowych realna liczba migrantów jest jeszcze wyższa. Emigracja zarobkowa drenuje ukraiński rynek pracy z najbardziej dynamicznych i wykwalifikowanych pracowników, a gospodarka uzależnia się od przesyłanych przez nich pieniędzy.

"Na Ukrainie na utrzymanie 11 emerytów pracuje 10 zatrudnionych. Związane z tym wysokie obciążenia funduszu płac prowadzą do stale gigantycznej szarej strefy."

Z danych przedstawionych przez Julię Swyrydenko z ukraińskiego Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego, Handlu i Rolnictwa wynika, że według stanu z końca maja 509 tys. osób otrzymało status bezrobotnego. W tym 242,5 tys. od momentu ogłoszenia przez ukraiński rząd kwarantanny. To bardzo dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że dane pochodzą z rynku wydrenowanego emigracją zarobkową i nie uwzględniają osób, które pracowały w szarej strefie, a teraz straciły zatrudnienie. W ujęciu procentowym, w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r., liczba osób pozostających bez pracy wzrosła aż o 60 proc.

„Zeszły rok zakończyliśmy z dość dobrymi wskaźnikami. Poziom bezrobocia oficjalnie się zmniejszył. Ukraińcy mają jedne z najniższych zarobków w Europie. Kiedy mówimy o odpływie pracowników to w pierwszej kolejności studenci i absolwenci, którzy nie widzą dla siebie perspektyw w kraju. Problemem jest niedopasowanie popytu i podaży. Poziom oświaty nie odpowiada potrzebom rynku pracy, bardzo duży jest poziom zatrudnienia w szarej strefie. Chcemy zreformować system pośrednictwa pracy, żeby dostosować umiejętności pracowników do potrzeb. Ale to było do pandemii” – przyznała Julia Swyrydenko.

Wydaje się, że w starciu z wyzwaniami, jakie przed gospodarką stawia pandemia, Polska radzi sobie znacznie lepiej niż jej sąsiad. Przez kilka ostatnich lat polska gospodarka cierpiała na niedobór rąk do pracy. Nieunikniony, wywołany lockdownem wzrost bezrobocia startuje więc ze znacznie niższego, bazowego poziomu. O wiele lepiej, w porównaniu z działaniami Ukrainy, wygląda też polski program osłonowy.

Michał Kozak

Źródło nieznane