Co jakiś czas czytam w polskiej prasie artykuły, których autorzy postulują, by Polską rządzili bogaci biznesmeni, ponieważ sprawdzili się na wolnym rynku, czyli są skuteczni i efektywni. A do tego są bogaci, więc prawdopodobieństwo tego, że będą podejmować decyzje zwiększające ich prywatny majątek, jest niskie. W naszym kraju nigdy nie zdarzyło się, by ważne stanowisko w rządzie pełniła osoba z czołówki listy najbogatszych. Taki eksperyment przeprowadzono ok. 100 lat temu w USA i miał bardzo ciekawe skutki.

Chodzi o mianowanie sekretarzem skarbu (odpowiednik polskiego ministra finansów) Andrew Mellona. W Polsce nie jest to znana postać. Jego notka w polskojęzycznej Wikipedii ma zaledwie kilka zdań. Tymczasem to jeden z najbogatszych Amerykanów w historii. Kiedy Mellon umierał w 1937 r. jego majątek szacowano na 280 mln dol., co – po uwzględnieniu inflacji – odpowiada dzisiejszym 4,98 mld dol. Ale gdyby wziąć pod uwagę, jaką cześć ówczesnego PKB USA stanowiła ta kwota, to majątek Mellona byłby równy obecnym 64,5 mld dol. Postawiłoby go to dzisiaj na szóstym miejscu listy najbogatszych Amerykanów, przed właścicielami Google Sergeyem Brinem (53,5 mld dol.) i Larrym Pagem (55,5 mld dol.).

Przeciwnik płacenia wysokich podatków

Można powiedzieć, że niechęć do wysokich podatków Mellon wyniósł z domu. Jak opisuje autor w publikacji (jej polski tytuł to „Mit baronów rozbójników: nowe spojrzenie na wzrost wielkiego biznesu w Ameryce”) jego dziadek uciekł z Irlandii do USA w 1818 r., aby uniknąć płacenia dodatkowych danin na rzecz państwa, wynikających z wojen napoleońskich.

Ojciec miliardera Thomas pisał: „Kłopoty, jakich doświadczyli moi rodzice z powodu zbyt wysokich podatków tak bardzo wpłynęły na mnie jako dziecko, że silny sprzeciw wobec wszelkich podwyżek danin stał się częścią mojej natury.” To właśnie Thomas Mellon uczył Andrew Mellona podstaw prowadzenia biznesu, a potem przekazał mu i jego bratu Richardowi bank T. Mellon & Sons, który założył.

Reklama
Bank Andrew Mellona istnieje do dzisiaj pod nazwą Bank of New York Mellon Corporation i ma 41,58 mld dol. kapitału własnego.

Bracia, dobrze inwestując pieniądze banku rozwinęli go tak, że na początku lat 20. XX w. nazwisko Mellon w USA było wymieniane w jednym rzędzie obok Rockefellera czy Forda, jako synonim ludzi, którzy odnieśli największe sukcesy w amerykańskim kapitalizmie (bank Andrew Mellona istnieje do dzisiaj pod nazwą Bank of New York Mellon Corporation i ma 41,58 mld dol. kapitału własnego).

Stanowisko wyzwaniem i misją

Właśnie ta sława skutecznego biznesmena i człowieka, który rozumie gospodarkę, sprawiła, że w 1920 r. prezydent Warren G. Harding zaproponował mu posadę sekretarza skarbu. Harding chciał, by Mellon tak zadbał o finanse Ameryki, jak wcześniej dbał o prywatny majątek. 65-letni Mellon wahał się. Miał zamienić szefostwo w globalnej, odnoszącej sukcesy korporacji na urzędniczą posadę, w czasie kiedy kraj borykał się z problemami finansowymi wynikającym m.in. z konieczności sfinansowania udziału USA w I wojnie światowej. Ostatecznie przyjął ofertę i potraktował ją jako wyzwanie oraz misję.

Zajął się porządkowaniem amerykańskich finansów w kluczowym momencie. Do wojny budżet państwa był mały – nie przekraczał miliarda dolarów, a głównymi źródłami wpływów były cła i podatek od sprzedaży ziemi. Aby sfinansować działania wojenne w krótkim czasie wprowadzono podatek dochodowy (1913 r.), który wynosił od 4 proc. do 77 proc. oraz podniesiono podatki od firm do 18 proc. Mellon przeanalizował sytuację i doszedł do wniosku, że zbyt wysokie podatki były pasożytem, który dławił amerykańską gospodarkę.

Żeby po zapłaceniu podatku bogaty Amerykanin zarobił tyle samo, co dające 5 proc. rocznie bez podatku papiery dłużne, musiałby zainwestować w biznes przynoszący 11 proc. rocznie. Prawie żadna korporacja nie dawała swoim właścicielom 11 proc. rocznie. W efekcie zamożni biznesmeni wycofywali pieniądze z opodatkowanej działalności gospodarczej i inwestowali w obligacje, które były zwolnione z danin dla państwa.

Zdaniem Mellona zbyt wysokie podatki były pasożytem, który dławił amerykańską gospodarkę.

Dlatego lokalne samorządy miały więcej pieniędzy niż potrzebowały, a przedsiębiorstwom brakowało środków na inwestycje. W 1923 r. zmarł William Rockefeller (brat Johna D. Rockefellera) i okazało się, że miał 44 mln dol. w zwolnionych od podatku obligacjach i tylko 7 mln dol. w akcjach Standard Oil. Mellon postulował więc zlikwidowanie zwolnienia podatkowego obligacji. Ale to była tylko pierwsza część planu. Drugą miała być radykalna obniżka stawek podatkowych.

Zmiana stawek podatkowych

Mellon uważał, że obniżka spowoduje zwiększenie wpływów budżetowych, bo nie będzie się opłacało unikać płacenia danin. Jego zdaniem uczciwą stawką podatku dla najbogatszych, przy której nie będą próbować uchylać się od płacenia, jest 25 proc. W 1926 r. przegłosowano proponowaną przez niego radykalną obniżkę stawek podatkowych. Najwyższa stawka spadła z 73 proc. do 24 proc, przy czym najbiedniejsi skorzystali jeszcze bardziej. Dla zarabiających mniej niż 4 tys. dol. rocznie (odpowiednik dzisiejszych 57,8 tys. dol.) podatki spadły z 4 proc. do 0,5 proc., a dla zarabiających między 4 tys. a 8 tys. dolarów z 8 do 2 proc.

Najciekawsze jest jednak to, jaki był skutek obniżek. Otóż przychody podatkowe budżetu zwiększyły się z 719 mln dol. w 1921 r. do ponad miliarda w 1929 r. Zwiększył się także, i to istotnie, udział najbogatszych w finansowaniu budżetu państwa. W 1921 r. obywatele, którzy zarabiali mniej niż 10 tys. dolarów płacili do budżetu tyle, ile zarabiający ponad 100 tys. dol.

W 1926 r. najbardziej majętni wkładali do wspólnej kasy ponad dziesięć razy tyle, co najubożsi. Kolejne obniżki podatków Mellon wprowadził w 1928 r. i 1929 r. W efekcie w 1929 r. podatki od tych, którzy zarabiali ponad 100 tys. dolarów stanowiły 65 proc. wpływów budżetowych. Podatki osób zarabiających mniej niż 10 tys. dolarów to zaledwie 1,3 proc. wpływów do budżetu.

W 1929 r. przychody podatkowe budżetu zwiększyły się do ponad miliarda z 719 mln dol. w 1921 r.

„The Myth of the Robber Barons” to książka, którą wydawałoby się pokocha każdy miłośnik wolnego rynku. Pokazuje bowiem inną twarz najzamożniejszych Amerykanów, ale może być też wodą na młyn dla lewicowych ekonomistów. Dowiemy się z niej, że Mellon, jako jeden z najbogatszych Amerykanów, sprawił, że udział bogaczy w finansowaniu państwa wzrósł. W publikacji zwraca także uwagę inaczej opowiedziana historia życia Johna D. Rockefellera. Na pierwszym planie jest historia tego, jak dbał o to, by konsumenci płacili coraz mniej za produkowane przez jego firmy towary.

Niektórych może także zdziwić, że postrzegany przez wielu jako bezlitosny kapitalista Rockeffeler bardzo dbał o swoich pracowników, płacąc im więcej niż rynkowa cena ich pracy (uważał, że dzięki temu ma najlepszych i lojalnych ludzi). „The Myth of the Robber Barons” to krótka (172 stron), ale sprawnie i z pomysłem napisana książka. Po raz pierwszy wydano ją w 1987 r. i do dzisiaj miała co najmniej siedem wznowień. A to na bardzo konkurencyjnym rynku książkowym świadczy o tym, że jej autor ma coś bardzo interesującego do przekazania. Gorąco polecam!

Aleksander Piński

Źródło nieznane