Obserwator Finansowy: „W 2019 roku największy wpływ na odnotowane salda zarówno zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce, jak i polskich inwestycji bezpośrednich za granicą miały reinwestowane zyski”. Czy to oznacza pewną stagnację w napływie inwestycji?

Jacek Kocerka: Niekoniecznie. To raczej dowód na to, że firmy mają zaufanie do biznesu, który już w Polsce prowadzą. Uważają, że warto go rozwijać. Dlatego nowe fabryki, nowe maszyny są w większym stopniu efektem reinwestowania dotychczasowych zysków z działalności w Polsce niż napływu całkiem nowego finansowania zagranicznego. W przypadku zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce może to faktycznie świadczyć o pewnego rodzaju nasyceniu inwestycjami kapitałochłonnymi, bo wciąż dynamiczne są przyrosty np. w sektorze usług, ale i nakłady na tego rodzaju działalność siłą rzeczy są mniejsze niż w przypadku fabryk czy montowni.

Nie jesteśmy zatem na takim etapie, jak 15 lat temu, że mamy zielone pola pod fabryki i czekamy tylko na kapitał z zewnątrz?

Rzeczywiście jesteśmy dalej. Nie zjawia się u nas dużo nowych firm, trochę wyczerpała się też pula rodzimych firm mogących być obiektem zagranicznych przejęć. Widzimy raczej zjawisko rozwoju organicznego i reinwestowania zysków. Jeśli ktoś w Polsce zakład produkcyjny już ma, to albo go rozwija, albo buduje kolejny. Coraz więcej mamy też rodzimego kapitału i zdarza się, że polscy inwestorzy kupują coś w kraju od inwestora zagranicznego.

W raporcie o zagranicznych inwestycjach w Polsce ciekawa jest tabela dotycząca dochodowości w podziale na rodzaje działalności gospodarczej – handel ma prawie 14 proc., przetwórstwo przemysłowe 12 proc., działalność finansowa i ubezpieczeniowa tylko 8 proc. Czy to oznacza też, że mamy np. więcej nowych inwestycji w sklepy niż w banki?

Intuicyjnie odpowiem, że pewnie to ma znaczenie, ale aż tak szczegółowych danych nie jestem w stanie przywołać. Zresztą pewnie może być tak, że w otoczeniu niskich stóp procentowych, warunki do prowadzenia działalności finansowej są wymagające wszędzie na świecie i specyfika akurat polskiego rynku może być tu drugorzędna.

W raporcie sami przywołują Państwo jednak 18,9 mld zł, czyli 2,6 proc. bezpośrednich inwestycji zagranicznych na ochronę zdrowia. Rozumiem, że to nieprzypadkowa statystyka w trakcie pandemii?

Potraktowaliśmy to jako pretekst to zwrócenia uwagi, że inwestycje w ochronę zdrowia np. w produkcję leków są znaczące. Przeciętna wartość stanów zobowiązań w tej branży wynosiła 96 mln zł. Jest to wielkość porównywalna z przeciętną inwestycją w przetwórstwie przemysłowym. Nie to jest jednak w tym rozważaniu branż najciekawsze.

A co jest najciekawsze?

Dywersyfikacja. To, że nie ma jednej dominującej branży, w którą się w Polsce inwestuje i nie ma też dominującego inwestora. Ta dywersyfikacja przekłada się na bezpieczeństwo. Po wybuchu pandemii nie byliśmy w sytuacji np. Słowacji, której gospodarka mocno zależy od produkcji aut dla zagranicznych koncernów i dlatego na wiosnę był spory problem. Bezpieczeństwo naszej sytuacji polega na tym, że jeśli jakaś branża ma kłopoty, to inna radzi sobie całkiem dobrze i to ryzyko dla całej gospodarki się niweluje.

Po wybuchu pandemii nie byliśmy w sytuacji np. Słowacji, której gospodarka mocno zależy od produkcji aut dla zagranicznych koncernów.

Według kryterium podmiotu dominującego największym inwestorem bezpośrednim w Polsce są Niemcy z wynikiem 173 mld zł, potem Francja z 92,4 mld zł i USA z 87,9 mld zł. Ta czołówka zmienia się w czasie?

Zmiany z roku na rok nie są znaczące. Wcześniej one mogły zresztą wynikać z metodologii, bo dopiero jakiś czas temu zdecydowaliśmy się pokazywać kraj siedziby podmiotu dominującego. Dzięki temu lepiej widać skąd przepływy pieniężne są naprawdę, nawet jeśli z różnych względów, przechodzą potem przez inne kraje. I faktycznie Niemcy są na pierwszym miejscu, ale z udziałem około 20 proc. inwestycji zagranicznych ogółem. Należy też wyróżnić Francję i Stany Zjednoczone, ale generalnie jest u nas wielu inwestorów z różnych części świata. W tej metodologii, uwzględniającej struktury optymalizacji podatkowej, okazuje się nawet, że zagranicznym inwestorem bezpośrednim w Polsce jest sama Polska z kwotą ponad 40 mld zł i 5 proc. udziałem.

Polska inwestorem zagranicznym w Polsce. To ciekawe.

Może wyjaśnię na przykładzie. Jeśli jest polski właściciel, który ma spółkę w Luksemburgu, na Macie, na Cyprze, czy w Holandii i za jej pośrednictwem inwestuje z powrotem w Polsce to pod względem podmiotu dominującego tak faktycznie wychodzi – Polska za pośrednictwem innych krajów – jest inwestorem zagranicznym w Polsce. Zresztą, jak popatrzy się na polskie inwestycje bezpośrednie za granicą, to ten udział w inwestycjach jest jeszcze większy. Dodam, że jesteśmy jednym z może kilkunastu krajów na świecie, które tego rodzaju informacje, dotyczące faktycznego pochodzenia kapitału, publikują.

„Dla polskich inwestycji bezpośrednich za granicą 2019 to kolejny rok, w którym aktywność krajowych inwestorów w dużej mierze ograniczała się do reorganizacji struktur wykorzystanych do optymalizacji podatkowej oraz zmian sposobu finansowania” – piszą Państwo. Co to oznacza – nowe sposoby optymalizacji, czy nowe raje podatkowe?

Przeciwnie, powiedziałbym, że chodzi bardziej o dostosowanie się do nowych regulacji. Jest raczej tendencja do łatania dziur w przepisach i pewne rzeczy, które kiedyś były wykorzystywane do optymalizacji podatkowej już tak łatwo wykorzystane być nie mogą, stąd różnego rodzaju reorganizacje, na całym świecie zresztą.

Podsumowując 2019 rok: zagraniczne inwestycje bezpośrednie w Polsce wyniosły 41,7 mld zł, polskie inwestycje za granicą 5 mld zł i w obu przypadkach chodziło głównie o reinwestowane zyski. Co mogło się zmienić w 2020 roku?

Mamy na razie tylko cząstkowe dane, ale już można założyć, że 2020 rok będzie trudniejszy dla zysków firm, co powinno przełożyć się także na niższy napływ inwestycji. A jeszcze bardziej upraszczając – pewnie struktura tych inwestycji zostanie podobna do tej w roku 2019, ale powinien zmniejszyć się ich wolumen.

Pomówmy jeszcze o bilansie płatniczym. Wiemy już, że w III kwartale 2020 r. łączna wartość salda rachunku bieżącego i kapitałowego była dodatnia i wyniosła 22,7 mld zł, a relacja salda rachunku bieżącego do PKB wyniosła 2,5 proc. Szykuje się rok z rekordową nadwyżką?

Tak, po trzecim kwartale można to z dużą dozą pewności powiedzieć. Saldo rachunku obrotów bieżących rośnie nam systematycznie od lat, a motorem tego wzrostu jest coraz większa nadwyżka w handlu usługami, a druga mniej stała rzecz to nadwyżka w handlu towarami. W 2020 roku ta druga też się pojawiła.

Saldo rachunku obrotów bieżących rośnie nam od lat, a motorem wzrostu jest nadwyżka w handlu usługami, mniej stała rzecz to nadwyżka w handlu towarami.

Skąd tak dobre wyniki polskiego eksportu? W raporcie czytamy o większej sprzedaży za granicę baterii i silników samochodowych, samochodów dostawczych oraz mebli i odbiorników telewizyjnych.

Poczekajmy na pełne dane roczne, ale już wydaje się, że jedną z interpretacji może być to, że produkowaliśmy rzeczy, które były potrzebna odbiorcom naszego eksportu nawet w czasie lockdownu. Dzięki dywersyfikacji było tych grup towarowych kilka. Należy jednak podkreślić, że nadwyżka bierze się z dwóch zmiennych – jest przewagą eksportu nad importem, a ten drugi znacznie spadł zwiększając nadwyżkę.

„Zmniejszająco na wartość importu wpłynęło obniżenie się wartości dostaw ropy naftowej i paliw, wyraźnie mniejszy był przywóz nowych samochodów osobowych i części”. To jednak oznacza, że jeśli w 2021 roku ruszy skumulowany popyt i odkładane wyjazdy, to import może znacznie się zwiększyć.

Owszem, to prawdopodobny scenariusz, że przyszłe odbicie importu zmniejszy nam też nadwyżkę handlową, ale nie zapominajmy, że jednak w tym kryzysie pandemicznym to był jakiś bufor. To jest chyba charakterystyczna cecha dla polskiej gospodarki, że w tych trudniejszych okresach nam się te rzeczy związane z koniunkturą i z zewnętrznymi wskaźnikami bezpieczeństwa zazwyczaj poprawiają właśnie między innymi dzięki temu, że ropa i paliwa tanieją. Import jest wtedy tańszy. Nadal rurociągami płynie mniej więcej tyle samo ropy, tyle że mniej za nią płacimy.

W III kw. 2020 r. eksport towarów wyniósł 261 mld zł, eksport usług niemal 65 mld zł, czyli czterokrotnie mniej. To stała proporcja w polskim bilansie płatniczym, czy charakterystyczna tylko dla III kw. specyficznego 2020 roku?

Tu od razu muszę zaznaczyć, że pandemia zmieniła w eksporcie usług mniej niż się powszechnie wydaje. Wiadomo, że mocno ucierpiała turystyka, trochę transport, ale z drugiej strony jesteśmy już bardzo mocni na rynku usług transportowych w całej Unii Europejskiej. Mamy też coraz więcej centrów usług biznesowych, gdzie zleceń od odbiorców zagranicznych wręcz przybyło. Sumarycznie zatem usługi nie ucierpiały mocno.

Co do proporcji zaś – tak eksport usług dynamicznie rośnie, ale nadal jest wartościowo niższy niż eksport towarów i tak zostanie w przewidywalnej przyszłości. Wskazujemy też, że zmianę eksportu w kierunku usług można wiązać też z mniejszymi napływami inwestycji bezpośrednich. Wspominałem już, że mniej pieniędzy trzeba zainwestować żeby wynająć biuro niż aby zbudować od podstaw nowoczesną fabrykę. Ten trend powinien wpływać na wyniki eksportu w przyszłości coraz bardziej.

Rozmawiał Marek Pielach
Źródło nieznane