Ważą się losy gazociągu Nord Stream 2. Pod wpływem nacisków Stanów Zjednoczonych i z powodu zaostrzania przez nie sankcji, coraz mniej firm, które zdobyły uznanie w ratingu międzynarodowym, jest skłonnych współpracować przy jego dokończeniu, a brakuje jeszcze odcinka długości ok. 150 km. Problem jest nie tylko z pozyskaniem bezpośrednich wykonawców, ale również firm ubezpieczających i certyfikujących układanie gazociągu. Przeciwnicy przedsięwzięcia na czele z USA twierdzą, że eksploatacja gazociągu się nie rozpocznie. Strona rosyjska, wspierana przez rząd i kapitał niemiecki oraz kilka innych krajów Unii Europejskiej, jest zdeterminowana, by mimo piętrzących się trudności dokończyć inwestycję. Tymczasem w świetle wielu opinii rosyjskich ekspertów i ośrodków analitycznych, wskazujących na wątpliwy sens ekonomiczny realizacji gigantycznych i bardzo kosztownych obiektów infrastrukturalnych w gazowym sektorze transportowym, uzasadniona byłaby teza, że przerwanie inwestycji leży w interesie Rosji. Straciłaby co prawda już zainwestowane miliardy dolarów, ale zaoszczędziłaby kilkaset milionów niezbędnych do dokończenia wątpliwej inwestycji. Dyskusyjna jest również sprawa innych tego typu przedsięwzięć realizowanych przez Gazprom w oderwaniu od rachunku ekonomicznego, takich jak Turecki Potok na Morzu Czarnym czy Siła Syberii na Dalekim Wschodzie.

W czyim interesie działa Gazprom

Przez lata Gazprom był postrzegany w Rosji jako okręt flagowy rosyjskiej gospodarki oraz największe dobro narodowe, co znalazło wyraz w sformułowaniu „Gazprom to nasze wszystko” (eto nasze wsio). Taka ocena wynikała z potencjału największej firmy rosyjskiej: tworzyła ok. 8 proc. PKB, była największym pracodawcą, zatrudniającym 500 tysięcy pracowników, czołowym eksporterem i źródłem dochodów budżetowych. Dumą napawało wejście Gazpromu do pierwszej trójki największych pod względem kapitalizacji firm światowych i pierwsze miejsce na światowym rynku gazu.

Lata świetności to już jednak daleka przeszłość. Dynamiczny wzrost wartości rosyjskiej firmy przypadał na lata 2002-2008. Kapitalizacja Gazpromu zwiększyła się wówczas prawie 20-krotnie – z 18,5 mld dol. w 2002 roku do 342 mld dol. w czerwcu 2008 r., co czyniło go wówczas trzecim pod względem wartości rynkowej koncernem na świecie, po ExxonMobil i PetroChina. Ucieczka inwestorów zachodnich z moskiewskiej giełdy na skutek wojny Rosji z Gruzją w sierpniu 2008 roku zapoczątkowała gwałtowne załamanie notowań Gazpromu, pogłębione przez spadek cen ropy i gazu w wyniku światowego kryzysu gospodarczego. W ostatnich pięciu latach kapitalizacja Gazpromu kształtowała się w przedziale 52-66 mld dol. (wyjątkiem był rok 2019 z kapitalizacją 98 mld dol.), co sytuowało rosyjską firmę daleko poza pierwszą setką największych firm świata.

Gazprom zaangażował się w wiele bardzo kosztownych inwestycji infrastrukturalnych w oderwaniu od rachunku ekonomicznego, interesów własnych i akcjonariuszy.

Gazprom stracił również wiodącą pozycję na rynku wewnętrznym. Był on najdroższą firmą w Rosji do kwietnia 2016 roku, wtedy to po raz pierwszy wyprzedził go koncern Rosnieft. W sierpniu 2016 roku Gazprom przesunął się na trzecie miejsce, wyprzedził go Sbierbank, a w ostatnich latach spadał nawet na piątą pozycję, ustępując Łukoilowi i Novatekowi (konkurent z rynku gazowego o niewspółmiernie mniejszym potencjale). Gazprom, który ma monopol eksportowy i transportowy, będąc właścicielem wszystkich gazociągów oraz 16 proc. światowych zasobów gazu i 71 proc. zasobów rosyjskich, od lat traci udział w rosyjskim wydobyciu. W latach 2001-2010 zmniejszył się on z 91,5 proc. do 77,2 proc., a w 2020 roku – do 65,5 proc., podczas gdy udział Novateku wzrósł z 4,5 proc. w 2005 roku do 13,4 proc. w 2017 i 16,8 proc. w 2020 roku.

Przy okazji podsumowań dwudziestu lat kierowania Gazpromem przez Aleksieja Millera i jego „ekipę petersburską” analitycy wskazują, że wydobycie gazu przez firmę spadło z 532,2 mld m3 w 2000 roku do 452 mld m3 w roku 2020, a głównym celem postawionym przed Gazpromem wiele lat temu, którego zresztą nie osiągnął, było wyeliminowanie zależności od Ukrainy, przez którą na początku XXI wieku transportowano przeszło 85 proc. rosyjskiego gazu eksportowanego na rynki europejskie. Włączając się w realizację celów geopolitycznych Rosji, Gazprom zaangażował się w wiele bardzo kosztownych inwestycji infrastrukturalnych w oderwaniu od rachunku ekonomicznego, interesów własnych i akcjonariuszy, a nawet wbrew nim. Negatywna ocena polityki inwestycyjnej, która zdaniem akcjonariuszy, pomnażając majątek, nie kreowała żadnej „wartości dodanej”, skutkowała coraz większym zadłużaniem się Gazpromu i spadkiem jego kapitalizacji.

Realia rynku gazowego zmieniały się na niekorzyść, a Gazprom budował ciągle nowe gazociągi. Zniknęła przewidywana wysoka dynamika wzrostu zużycia, pojawiła się za to duża konkurencja ze strony gazu skroplonego (LNG). W tym kontekście znany ekspert, prezes firmy konsultingowej East European Gas Analysis Michaił Korczemkin przywołuje prognozy Gazpromu z lat 2005-2010, pod którymi podpisał się jego prezes. Aleksiej Miller przewidywał, że produkcja gazu w Rosji wzrośnie do biliona metrów sześciennych (w 2020 produkcja wyniosła 692 mld m3), a do 2020 roku konsumpcja gazu w Europie zwiększy się o 200 mld m3. W praktyce odnotowano raczej stagnację, a w ostatnich trzech latach spadek. Zużycie wyniosło 522 mld m3 w 2010 roku, 524 mld m3 w 2015 i 530 mld m3 w roku 2020. Plany inwestycyjne opierały się na mocno zawyżonych przewidywaniach.

Czas pokazał, że prognozy były błędne, a mimo to plany budowy gazociągów rozrosły się do rozmiarów jeszcze większych niż te z lat 2005-2010. Sytuację dodatkowo w znaczący sposób pogarsza dynamiczny rozwój przez lata ignorowanego przez Gazprom rynku LNG. Wypiera on tradycyjny gaz rurociągowy. Na głównym europejskim rynku eksportowym Rosji import LNG osiągnął w 2019 roku 108 mld m3 , co stanowiło 28 proc. całego importu. W 2020 roku udział ten mógł się zwiększyć do przeszło 33 proc. Mimo sytuacji znacząco in minus odbiegającej od prognoz, w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba gazociągów stale rosła. W latach 2010-2012 budowano Nord Stream 1, w latach 2012-2014 South Stream (zaniechany), w latach 2014-2019 Siłę Syberii, w latach 2017-2019 Turecki Potok, a w latach 2018-2020 Nord Stream 2.

Według zgodnych ocen analityków, realizowane projekty z handlowego punktu widzenia nie są opłacalne dla Gazpromu i jego akcjonariuszy. Michaił Krutichin z firmy konsultingowej RusEnergy stwierdził, że „Wszystkie te projekty są również nieopłacalne dla rosyjskiego budżetu, są absolutnie fatalne i nierentowne; zyskują tylko ci, którzy otrzymują kontrakty na budowę gazociągów, których nikt nie potrzebuje”.

Gazprom działa nie w interesie akcjonariuszy, ale kontrahentów.

Najdalej w swych ocenach poszedł Aleksander Fek (Alex Fak) rosyjski analityk inwestycyjny pochodzenia amerykańskiego z firmy Sberbank CIB, wielokrotnie uznawany za jednego z najlepszych rosyjskich analityków inwestycyjnych badających przemysł naftowo-gazowy w Rosji, a w latach 2015-2016 uznany za najlepszego rosyjskiego analityka branży naftowo-gazowej. Był on głównym autorem raportu banku z maja 2018 roku, w którym przedstawił, że Gazprom działa nie w interesie akcjonariuszy, ale kontrahentów. Według raportu program budowy gazociągów na dużą skalę o wartości 93,4 mld dol. (według szczegółowych analiz skala wydatków jest co najmniej 2-krotnie wyższa) szkodzi firmie, ponieważ okres zwrotu z tych projektów wynosi nawet 50-60 lat i w efekcie odbija się to negatywnie na wartości Gazpromu, którego kapitalizacja bez realizacji rozdmuchanych inwestycji byłaby przeszło 3,5-krotnie wyższa i wyniosłaby nie 52, a 185 mld dol.

Nord Stream 2 – nie tylko wysokie koszty

Od początku budowa gazociągu Nord Stream 2 budziła wątpliwości i sprzeczne emocje, w tym przede wszystkim w odniesieniu do jego zasadności i wysokich kosztów realizacji. Na te ostatnie zwracał uwagę m.in. Michaił Korczemkin, wskazując, że całkowity koszt realizacji to nie 9 mld euro (dotyczy części podmorskiej), ale również 31 mld euro wydatkowanych na budowę niezbędnej lądowej infrastruktury przesyłowej. Przywoływane były również obliczenia wykonane w 2007 roku przez Instytut WNIIGAZ, który przygotował zatwierdzony przez Gazprom Program Zintegrowanego Rozwoju Półwyspu Jamalskiego i przyległych obszarów wodnych. W dokumencie tym nakłady inwestycyjne na budowę nowej infrastruktury przesyłu gazu z Jamału do Torżok w obwodzie Twerskim zostały oszacowane według różnych harmonogramów prac na kwotę od 79 do 93 mld dol. W tym samym programie stwierdzono, że biorąc pod uwagę ogromne koszty, sprzedaż gazu jamalskiego nową trasą byłaby nieopłacalna do 2035 roku. Za każdy sprzedany tysiąc metrów sześciennych gazu Gazprom straciłby średnio 6,40 dol.

Analizy wskazują, że Rosja ponosi niewspółmiernie wysokie koszty, żeby ukarać Ukrainę, pozbawiając ją wpływów tranzytowych w wysokości 2 mld dol. rocznie. Z raportu Aleksandra Feka wynika, że „Nord Stream nie zwróci zainwestowanych pieniędzy przez dwadzieścia lat, a tranzyt przez Ukrainę będzie kontynuowany”.

Wątpliwości budzą również korzyści, jakie rzekomo Nord Stream 2 może przynieść Europie. Najważniejszym elementem zapewniającym bezpieczeństwo energetyczne odbiorców pozostaje elastyczna reakcja dostawcy na dobowe, miesięczne i sezonowe wahania popytu i podaży, nie wspominając o sytuacjach nadzwyczajnych związanych np. z awariami. Nord Stream ze swoją stałą przepustowością nie może zapewnić takiej elastyczności. Ukraiński system przesyłu z potężnymi podziemnymi magazynami gazu (ponad 30 mld m3) i rozbudowaną siecią gazociągów biegnących przez granicę robił to i robi.

W latach 1991-2004 Rosja co najmniej czterdzieści razy z powodów politycznych przerywała dostawy.

W raporcie szwedzkiego ośrodka badawczego Foreign Technology-Studsvik Energiteknik AB, zaprezentowanego we wrześniu 2019 roku na konferencji w Hadze, odnotowano, że w latach 1991-2004 Rosja co najmniej czterdzieści razy z powodów politycznych przerywała dostawy do konsumentów. W latach 2006 i 2009 eksport gazu do Europy został wstrzymany w szczytowym okresie zimowego sezonu grzewczego decyzją politycznego kierownictwa Kremla, a w latach 2014-2015 na mocy podobnej decyzji dostawy zmniejszono o połowę.

Nord Stream 2 – wszystko przemawia przeciw

Najbardziej zdeterminowanym przeciwnikiem Nord Stream 2, wspierającym Polskę i kraje bałtyckie, są od wielu lat Stany Zjednoczone. W budżecie ministerstwa obrony na 2021 rok w uzupełnieniu już istniejących sankcji przewidziano nowe – za ułatwienie sprzedaży, dzierżawy lub udostępnienia statków do układania rurociągów na potrzeby budowy gazociągów, ubezpieczenia i reasekurację, a także usługi lub ułatwienia dla technicznej modernizacji statków związanych z budową gazociągu. Pod presją władz amerykańskich znalazły się towarzystwa ubezpieczeniowe i firmy z zakresu certyfikacji, bez których nie można uzyskać pozwolenia na budowę na terenie UE.

Pod rządami Joe Bidena Stany Zjednoczone muszą przekonać Europę do porzucenia Nord Stream 2 – powiedział Antony Blinken, jeszcze jako kandydat na stanowisko Sekretarza Stanu (funkcję tę sprawuje od 26 stycznia 2021 roku) podczas przesłuchań w Senacie USA. Według niego gazociąg to „zły pomysł” i jeśli Europa go nie porzuci, to Waszyngton będzie musiał „rozważyć nowe instrumenty nacisku”. Stany Zjednoczone zrobią wszystko, aby przekonać władze krajów UE do rezygnacji z gazociągu Nord Stream 2. „Prezydent elekt w pełni popiera ocenę, że Nord Stream 2 to zły pomysł” – powiedział senatorom Blinken. Obiecał również przestudiować przepisy, aby znaleźć nowe narzędzia, które zatrzymają budowę.

Równie stanowczo przeciw Nord Stream 2 wypowiedział się Parlament Europejski. 21 stycznia zdecydowaną większością głosów przyjął on rezolucję wzywającą UE do „natychmiastowego wstrzymania” budowy Nord Stream 2 i nałożenia nowych sankcji na Rosję. Dokument został przygotowany w odpowiedzi na aresztowanie lidera rosyjskiej opozycji, głośnego krytyka Kremla Aleksieja Nawalnego.

Zmienia się też nastawienie Niemiec – dotychczas największego sojusznika Rosji wspierającego budowę Nord Stream 2. W wyniku protestu organizacji ekologicznych wstrzymana została decyzja przedłużająca zgodę na budowę gazociągu w sektorze niemieckich wód terytorialnych. Jednoznaczna krytyka stanowiska Niemiec i opis dyskusji na temat gazociągu znalazły się w artykule ostatniego styczniowego numeru tygodnika „Der Spiegel”. Autor Mathieu von Rohr pisze, że gazociąg Nord Stream 2 jest dla Niemiec szkodliwy politycznie i antyeuropejski, a kanclerz Angela Merkel winna wycofać poparcie dla niego, gdyż z ekonomicznego punktu widzenia jest to projekt wątpliwy, a pod względem politycznym błędny. To najbardziej zawstydzający problem w polityce zagranicznej Niemiec, gdyż twierdzenie rządu w Berlinie, iż Nord Stream 2 to projekt gospodarczy, który nie ma absolutnie nic wspólnego z polityką, od początku było hipokryzją – twierdzi autor.

Nord Stream 2 – próby

Po wycofaniu się kolejnych firm z budowy Nord Stream 2, w tym przede wszystkim światowego potentata w budowaniu podmorskich gazociągów – szwajcarskiej firmy Allseas, która pod koniec 2019 roku pod groźbą amerykańskich sankcji wycofała z Bałtyku dwa statki do układania rurociągów, Gazprom podjął próbę zastąpienia ich własnym sprzętem i załogami. Okazało, że nie jest to łatwe. Mimo przyspieszonej modernizacji przerzuconego z Dalekiego Wschodu na Bałtyk statku Akademik Czerski i barki Fortuna, prace (kilkakrotnie zapowiadane) nie zostały wznowione. Wielokrotne „ćwiczenia” na morzu w pobliżu Kaliningradu w zakresie kooperacji jednostek dostawczych ze statkiem bazą Akademikiem Czerskim pokazały, że niezwykle trudno jest zastąpić fachowców ludźmi przyuczonymi do zawodu. Dotyczy to w szczególności głębokowodnej strefy duńskiej gazociągu.

Z pomocą Gazpromowi przyszła strona niemiecka. Władze Meklemburgii-Pomorza Przedniego powołały fundację, której celem miałoby być przejęcie całości spraw związanych z dokończeniem Nord Stream 2. Wydaje się to mało prawdopodobne, gdyż fundacja jako twór niepaństwowy podlega amerykańskim sankcjom i trudno jej będzie znaleźć wyspecjalizowane firmy nadzorujące, certyfikujące i ubezpieczeniowe spełniające normy.

Wydaje się, że Gazprom pod naporem faktów pogodził się z myślą, że nie dokończy gazociągu bałtyckiego. Dostrzegł on ryzyko polityczne dla takich projektów eksportowych, jak Turecki Potok i Nord Stream 2. Wynika to z memorandum , którego fragmenty cytowane były w styczniu bieżącego roku zarówno przez zagraniczne, jak i rosyjskie agencje informacyjne. „Byliśmy i nadal jesteśmy narażeni na ryzyko związane ze zmieniającą się sytuacją polityczną w różnych regionach, co prowadzi do napięć między krajami i zmiany stanowisk naszych partnerów i organów regulacyjnych w odniesieniu do różnych aspektów projektów” – stwierdza dokument. „W niektórych przypadkach takie zmiany mogą doprowadzić do tego, że realizacja projektu stanie się niemożliwa lub niepraktyczna, a tym samym doprowadzą do zawieszenia lub anulowania projektu”.

Wydaje się, że wycofanie się Gazpromu z dokończenia Nord Stream 2 byłoby dla niego korzystne. Przerwawszy niepotrzebną inwestycję, zaoszczędziłby co najmniej kilkaset milionów dolarów, tym bardziej, że według powszechnych ocen gaz skroplony i nowe źródła paliw sprawią, że wiele kilometrów rurociągów stanie się zbędnych. W ostatnim dziesięcioleciu zużycie LNG rosło cztery razy szybciej niż wydobycie gazu tradycyjnego, a liczba krajów, które zdecydowały się na import gazu skroplonego wzrosła ponad dwukrotnie. Według prognoz rosyjskiego Ministerstwa Energetyki udział LNG w światowym rynku gazu w roku 2035 wzrośnie, kosztem gazu tradycyjnego, do 52 proc. w porównaniu z 35 proc. w 2017 roku. W lipcu 2020 roku grupa 11 europejskich przedsiębiorstw z sektora infrastruktury gazowej przedstawiła ideę stworzenia sieci transportu wodoru, stwierdzając, że istniejącą infrastrukturę gazową można zmodyfikować w celu transportu wodoru. Sieć wodorowa ma osiągnąć 6,8 tys. km do 2030 r. i prawie 23 tys. km do 2040 r., jak podaje Bloomberg.

Wszystko to rodzi pytanie o celowość istnienia rozległej sieci gazociągów rosyjskiego Gazpromu za granicą. Całkowita długość gazociągów w samej Rosji to prawie 182 tys. km. Jednocześnie sama eksportowa Siła Syberii ma długość 3,5 tys. km, Turecki Potok prawie 2 tys. (część podmorska i nierosyjska część lądowa), a Nord Stream 2 – 1,2 tys. km.

Jerzy Rutkowski, były radca ministra w Ministerstwie Gospodarki i Ministerstwie Rozwoju
Źródło nieznane