Inwazja na Ukrainę, która miała się zakończyć w tydzień, już trzeci miesiąc wykrwawia Rosję. Jednocześnie są obnażane wszelkie słabości państwa, które wciąż aspiruje do roli światowego mocarstwa, a nie było w stanie zapewnić swoim wojskom wystarczającego zaopatrzenia w żywność i paliwo. Równie fatalna okazała się jakość wyposażenia armii. Na każdym kroku potwierdza się to, o czym już w drugim tygodniu działań zbrojnych pisała Polina Beliakova z Centrum Studiów Strategicznych amerykańskiego Tufts University: ogromny wypływ na plany najazdu i jego przeprowadzenie wywarły powszechne w Rosji korupcja i towarzyszące jej złodziejstwo. Podobnie rzecz miała się z wojną, jaką jeszcze carska Rosja stoczyła z Japonią.

System wziątkowy

Reklama
– Ostatnią wojnę przegraliśmy przez łapownictwo – oświadczył podczas zjazdu rosyjskiej szlachty w 1910 r. książę Esper Uchtomski. Był prezesem zarządu Banku Rosyjsko-Chińskiego i dobrze wiedział, co mówi. Rzeczywistość, jaka ukształtowała się w Rosji pod koniec XIX w., czyniła przegraną z Japonią czymś wręcz nieuchronnym. „Całokształt administracji i sądownictwa wewnątrz Imperium przedstawiał się w niniejszej epoce jako wielka, gnijąca, nieuleczalna rana. Wszystko było sprzedajne, wszystko bezprawne, wszystko nieuczciwe” – opisywał już w 1882 r. francuski historyk Anatole Leroy-Beaulieu. Po serii podróży w głąb Rosji opublikował cykl artykułów, próbując tłumaczyć czytelnikom w Europie, jak wygląda codzienność w imperium Romanowów. Tradycyjne tam od wieków rozkradanie majątków i posługiwanie się przekupstwem w zetknięciu z rewolucją przemysłową nabrało całkiem nowego wymiaru. Lepiej sytuowani mieszkańcy zajęli się interesami, ale w szokujący dla Zachodu sposób. Stworzyli bowiem ścisłą symbiozę między administracją państwową, sądownictwem i policją a światem biznesu, do czego walnie przyczyniła się totalna biurokratyzacja państwa. „Urzędnicy rozstrzygali o przydziale zamówień dla firm na budowę kolei żelaznych, dróg, mostów, produkcji dla wojska materiału i sprzętu wojennego ustalali listy dostawców poszczególnych towarów dla armii, podejmowali decyzje o ulgach podatkowych i przywilejach finansowych banków i towarzystw kredytowych i ubezpieczeniowych, o przydziale koncesji na eksploatację kopalń, ziemi, lasów rządowych, linii kolejowych” – wylicza Andrzej Chwalba w monografii: „Imperium korupcji w Rosji i w Królestwie Polskim w latach 1861–1917”. Za każdą taką usługę urzędnik domagał się prywatnej gratyfikacji zwanej potocznie „wziątką” i mało kto uznawał to za coś niezwykłego. „Nie posiadamy możliwości precyzyjnego określenia rozmiarów łapownictwa w Imperium, niemniej w oparciu o to, czym dysponujemy, możemy stwierdzić, iż miało ono charakter ogólny. Obywatele kraju powszechnie należeli do wielkiej krainy Łapówkowic” – pisze prof. Chwalba.
„Zabawiliśmy w Petersburgu pięć miesięcy i w tym czasie dowiedziałem się takich rzeczy, których nawet nie podejrzewałem. Łapówki, kalkulacje pieniężne, omijanie dróg legalnych itp. doszły w Petersburgu do ostatecznych granic” – notował z nieukrywanym zdziwieniem (choć przecież znał dobrze swój kraj) dziennikarz i działacz społeczny Aleksander Koszelew. „Niemoralność, nieuczciwość i bezmyślność administracji wyższej przewyższa wszelkie szalbierstwa i niedorzeczności urzędników gubernialnych i powiatowych. Trzeba pożyć w Petersburgu, tam mieć sprawy, aby zmierzyć głębię i rozległość nierządu naszej administracji” – dodawał.
Co innego, gdy miało się szczęście być częścią owej administracji. Roczna pensja rosyjskiego ministra wynosiła 18–23 tys. rubli – około dwa razy więcej, niż zarabiał minister we Francji. A Rosjanin dorabiał sobie jeszcze na boku „wziątkami”. To gwarantowało mu nieoficjalne dochody kilkukrotnie wyższe od oficjalnych przy niemal całkowitej bezkarności. Podobnie działo się na prowincji. „Dochody pieniężne gubernatorów, pochodzące z kradzieży własności skarbowej i publicznej, a zwłaszcza z łapówek wyciskanych od ludności miejscowej, szacowane były przeciętnie na kilkakroć wyższe w porównaniu do nominalnej pensji” – pisze Andrzej Chwalba.

Armia też daje zarobić

W system powszechnej korupcji znakomicie wkomponowały się także rosyjskie siły zbrojne wraz z otaczającymi je instytucjami i prywatnymi firmami. Czerpanie dodatkowego dochodu zaczynało się w momencie przeprowadzania poboru nowego rocznika. „Lekarze wojskowi i oficerowie sprzedawali tzw. biały bilet, czyli dowód, że dana osoba nie jest zdolna do noszenia broni” – opisuje prof. Chwalba. „Cena zależała od liczebności komisji i od miejsca jej posiedzenia. Najdroższe były stołeczne. Antoni Kieniewicz wspominał, że «jego» komisja zażyczyła sobie za tę usługę aż 3,5 tys. rubli (była liczna, bo 10-osobowa, i miała siedzibę w Petersburgu)” – wyjaśnia. Jak zanotował w swoich wspomnieniach Kieniewicz, cenę podnosiło to, iż przewodniczył jej „admirał, który wziąwszy pieniądze, przekazał je natychmiast swojej żonie”. Z kolei Stanisław Stempowski – w okresie międzywojennym działacz PPS, a prywatnie partner Marii Dąbrowskiej – wspominał, iż uznanie go za niezdolnego do noszenia broni przez komisję kosztowało rodzinę jedyne 1,5 tys. rubli, co było ceną okazyjną.
Nielegalna sprzedaż białych biletów – tym razem za zdecydowanie wyższą cenę – gwarantowała również, iż młodzież z najzamożniejszych domów nie pójdzie na wojnę, chyba że któremuś z synów marzyła się kariera oficerska. W efekcie trzon armii tworzyli żołnierze wywodzący się spośród najuboższych mieszkańców wsi oraz miejskiej biedoty, przeważnie analfabeci. Kiedy poborowego nie było stać na łapówkę, nawet zły stan zdrowia nie ratował go przed długoletnią służbą wojskową. Tak działał perfekcyjny system selekcji negatywnej powołujący pod broń najmniej przydatnych dla nowoczesnych sił zbrojnych żołnierzy. Jednocześnie sukcesywnie deprawował on kadrę oficerską. Ci, którzy nie mieli szczęścia zasiadać w komisjach poborowych, radzili sobie, jak mogli. „Oficerowie zatrudnieni poza komisjami poborowymi niezbyt wiele mieli okazji do wzbogacenia się. Najtrudniej było w garnizonach leżących daleko od siedzib ludzkich” – zauważa prof. Chwalba. „Najwięcej okazji, jak zwykle, mieli intendenci. Kupcy – dostawcy towarów dla wojska, przede wszystkim żywności i odzieży, walczyli między sobą o wyłączność na dostawy dla garnizonu” – objaśnia.
Poza łapówkami od dostawców przeciętny oficer mógł też zarobić, „wynajmując” swoją kompanię lub pluton okolicznym właścicielom ziemskim do pracy w polu. Podobne interesy robiono z firmami budującymi drogi i mosty. Jako że żołnierze musieli bezwzględnie wykonywać rozkazy, znakomicie nadawali się na darmową siłę roboczą. Zwłaszcza że oficerowie nie uznawali za wskazane dzielić się z nimi zyskami.
Na co dzień więc w rosyjskiej armii wybór dostawcy zaopatrzenia zupełnie nie zależał od jakości towaru, który oferował. Żołnierze ćwiczyli się zaś nie w wojaczce, lecz w pracach rolnych i budowlanych. Na tym inwencja kadry oficerskiej w kwestiach działalności zarobkowej wcale się nie kończyła. „Nie brakowało oficerów-producentów, którzy żołnierzy traktowali jak robotników, a budynki i tereny koszarowe jak własne (…) zakłady przemysłowe” – wyjaśnia Andrzej Chwalba. „Żołnierz, miast chodzić na strzelnicę, wykonywać długie marsze i ćwiczyć musztrę, produkował przedmioty, co prawda użyteczne, lecz korzyści płynące z ich wytwarzania nie zasilały skarbu państwa” – dodaje.
Na stan wojska wpływał znacząco jeszcze jeden rodzaj korupcji. W carskiej Rosji rzeczą naturalną było, iż nawet wysokie stanowiska państwowe miały swoją cenę. Fotel ministra kosztował średnio 100 tys. rubli. Tyle dał w 1892 r. Apollon Kriwoszein dyrektorowi Departamentu Policji Piotrowi Durnowowi za przekonanie cara, by ten mianował go ministrem komunikacji. Dekadę później identyczną sumę wręczył słynnemu mnichowi Rasputinowi bankier Dymitr Rubinstein w zamian za poparcie w staraniach o resort sprawiedliwości. Sprawdzało się na samej górze, sprawdzało się i na niższych szczeblach. Każdy stopień oficerski również dawało się kupić – w przeciwieństwie do kompetencji.

Wielkie ambicje i małe interesy

Wewnętrzna degeneracja Rosji, nawet jeśli była publiczną tajemnicą, nie wpływała na imperialne ambicje elit, a zwłaszcza cara Mikołaja II. Minister wojny gen. Aleksiej Kuropatkin odnotował w dzienniku swoją rozmowę z ministrem finansów Siergiejem Wittem w marcu 1903 r. „Naszemu monarsze chodzą po głowie gigantyczne plany: zająć dla Rosji Mandżurię, zmierzać ku przyłączeniu do Rosji Korei. Marzy, by pod swoje berło zagarnąć i Tybet. Chce opanować Persję, zająć nie tylko Bosfor, ale i Dardanele” – miał powiedzieć Kuropatkin. Wśród tych rojeń Mikołaja II najważniejszym celem było zdominowanie Chin i wyszarpanie jak największej części ich terytorium. Jednym z głównych narzędzi ekspansji stała się wówczas korupcja. Deklarujący się jako jej wróg książę Esper Uchtomski nie widział przeszkód, żeby tą drogą podporządkowywać chińskie elity imperium Romanowów. We wspomnieniach odnotował, iż będąc prezesem Banku Rosyjsko-Chińskiego, posiadał specjalny fundusz łapówkowy. Wynosił on 3 mln rubli. Za okrągły milion kupił na cesarskim dworze w Pekinie zgodę na wybudowanie przez Rosję Kolei Wschodniochińskiej. Następne 2 mln wydano na opłacanie chińskich urzędników nadzorujących wytyczanie trasy. Nowa linia kolejowa otwierała przed Rosją możliwość szybkiej ekspansji w głąb Chin.
Tym działaniom z coraz większym niepokojem przyglądała się Japonia. Konkurencja o tę samą zdobycz przyniosła wzrost napięcia między obu mocarstwami, czym w rosyjskiej stolicy niespecjalnie się przejmowano. „Armia japońska jest daleka od doskonałości pod każdym względem i nie można jej w żaden sposób porównać z głównymi armiami europejskimi, a zwłaszcza naszą” – napisał w raporcie przekazanym carowi pod koniec 1903 r. pełniący funkcję generała kwatermistrza Sztabu Generalnego Jakow Żyliński. Tymczasem rządzący Krajem Kwitnącej Wiśni zdecydowali się uderzyć pierwsi. 26 stycznia 1904 r. japońska flota zaatakowała z zaskoczenia rosyjską bazę morską w Port Artur. Wiosna przyniosła Japończykom sukcesy. Wygrali wielką bitwę nad rzeką Yalu, po czym ich wojska wtargnęły do Mandżurii, wypierając stamtąd siły rosyjskie. W maju triumfowali pod Jinzhou, aż wreszcie okrążyli kluczowy dla Romanowów Port Artur. W tym czasie Petersburg mobilizował swe siły i przerzucał kolejne oddziały z europejskich ziem imperium na Daleki Wschód. Żołnierze bardzo boleśnie przekonywali się wówczas na własnej skórze, co w praktyce oznacza przekupiona przez cywilnych dostawców intendentura. „W podróży doznaliśmy wiele niewygód. W wozach kolejowych (wagonach – red.) nie było na czem siedzieć; aż nam się nogi pokrzywiły od siedzenia w kucki. Dostawaliśmy po pół funta chleba codziennie, a raz na dwa dnie gotowaną strawę. Potem wydawali nam tylko surowe ciasto, dopiero z tego ciasta piekliśmy sobie placki na tych szpadlach, cośmy dostali w Płocku do robienia okopów na wojnie” – opisywał w liście do rodziny poborowy Stanisław Rybicki.
Żołnierze często głodowali i musieli kraść lub kupować żywność. Tymczasem wypłacany im żołd był niemal symboliczny. Często się wyprzedawali. Najchętniej kupowano od nich broń – bardzo pożądaną przez mnożące się w szybkim tempie organizacje rewolucjonistów. Na drugim miejscu znajdowało to, co cennego udało się wcześniej żołnierzom ukraść. Handel kwitł wzdłuż linii kolejowych, którymi przerzucano jednostki wojskowe i wcale się nie kończył, gdy już przybyły w rejon działań wojennych. „Sprzedawanie kradzionych towarów odbywało się dosłownie pod ogniem japońskich karabinów i armat” – podkreśla prof. Chwalba.
Ta prawidłowość dotyczyła też rzeczy pozostających na wyposażeniu jednostek. „Sprzedaliśmy 22 najlepsze konie obozowe i podaliśmy w sprawozdaniu, że 5 zbiegło, a 17 zdechło z powodu paszy, do której nie przywykły” – opisywał w książce pt. „Na wojnie: wrażenia osobiste autora «Spowiedzi Lekarza» z wojny rosyjsko-japońskiej” Wikentij Weresajew. Jako lekarz frontowy nieraz bywał on świadkiem machlojek swoich dowódców wyłudzających dodatkowe fundusze z budżetu armii. „Układano sprawozdania rachunkowe, fabrykowano rachunki. Jeżeli do podpisu rachunku nie znaleziono Chińczyka, to nakazywano podpisywać starszemu pisarzowi; on kopiował kilka chińskich liter z długich czerwonych pasków obficie zdobiących ściany” – wspominał Weresajew.
W takich warunkach walka z wrogiem najmniej zaprzątała uwagę żołnierzy i kadry oficerskiej. Seryjnie przegrywano kolejne bitwy. Nawet gdy pod koniec sierpnia 1904 r. pod Liaoyangiem zdołano skoncentrować 250 tys. żołnierzy przeciw 125 tys. Japończyków, wojska carskie i tak poniosły klęskę. Udawało się jedynie odpierać kolejne szturmy na oblężony Port Artur.