W 1961 r. łączne światowe zbiory zbóż wyniosły 800 mln ton, w 2018 r. urosły do 2,7 mld ton. Skok dokonał się początkowo dzięki „zielonej rewolucji” Normana Borlaugha polegającej na wyhodowaniu wysokoplennych odmian zbóż odpornych w dodatku na choroby. W kolejnych dekadach rękodzieło ustąpiło pola przemysłowi rolnemu i skoki były jeszcze dłuższe.

W wielkościach bezwzględnych wzrost plonów jest imponujący, ale relatywnie jest jednak tylko taki sobie. 60 lat temu na statystycznych mieszkańców Ziemi, z których połowa przymierała głodem lub niedojadała, przypadało ok. 270 kg zbóż rocznie. W 2018 r. „przydział” na głowę urósł do 355 kg, czyli o prawie kwintal (100 kg). Wobec dużego nadal globalnego niedosytu żywnościowego taka ilość nie rzuca na kolana.

Reklama

W wyścigu przyrostów szybszy od demograficznego okazał się rolno-produkcyjny, ale przewaga była i jest niewystarczająca. Mnóstwo zbóż zamiast do pieców chlebowych i na stoły trafia do destylarni biopaliw oraz na pasze w hodowli przemysłowej, która wyparła tradycyjny wypas, bo jest o niebo wydajniejsza.

Ale uprawa zbóż i roślin oleistych nie wszędzie jest wydajna. Żeby nie ględzić – to co wyrasta na czarnoziemach Ukrainy, nie wyrośnie na pustyniach Egiptu. Pojawia się zatem pierwsza przyczyna, w wyniku której wojna dwóch państw z wąskiej grupy głównych eksporterów zbóż powoduje kryzys zbożowy. Jest nią brak samowystarczalności żywieniowej w wielu państwach świata. Chodzi oczywiście o wyżywienie podstawowe, nie o luksusy takie jak homary, tuńczyki, awokado, kawa…

Mamy szacunki mówiące, że aż 4/5 światowej populacji mieszka w krajach, które są importerami zbóż (netto).

Produkcja i zarazem eksport zbóż to domena państw bogatych oraz względnie zamożnych. W światowej czołówce są USA, UE, Australia, Kanada, Argentyna, Rosja, Ukraina, Kazachstan. Mamy szacunki mówiące, że aż 4/5 światowej populacji mieszka w krajach, które są importerami zbóż (netto). Ostrym czynnikiem zakłócającym możliwość bardziej równomiernego rozłożenia upraw głównych zbóż jest subwencjonowanie zachodniego rolnictwa i rolników.

Gdyby nie bardzo sowite dotacje, zboża z USA, Francji, ale także Polski byłyby znacznie droższe. Zadziałałby impuls do rozwijania ich rodzimej uprawy na większą skalę w dziesiątkach państw świata, które konkurować mogą wyłącznie tanizną swej niewykształconej siły roboczej. Gdyby dołożyć do tego ściśle kontrolowaną pomoc rozwojową, powstawałyby warunki do podźwigania wielu państw z nędzy i biedy. Przekraczanie granic Zachodu przez migrantów z Afryki, Azji i części państw latynoamerykańskich nie byłoby już wyborem między wegetowaniem a życiem.

Udział zewnętrznego wsparcia rządowego w przychodach rolników wynosi ok. 19 proc. (UE) i ok. 12 proc. (USA). W ujęciu makro źródłem dotacji są podatki, więc względnie tania żywność na Zachodzie jest w istotnej części złudzeniem finansowym doświadczanym, ale nieuświadamianym przez podatników państw rozwiniętych.

Ingerencja w koszty upraw i w ogóle rolnictwa doprowadziła do wykrzywienia globalnej struktury zużycia zbóż, a jednocześnie do zwielokrotnienia na Zachodzie marnotrawstwa wszelkiego rodzaju produktów żywnościowych.

Mniej więcej 60 lat temu połowę uprawianych zbóż przeznaczano, w bogatej części świata, na pożywienie (chleb, makaron itp.), a 20 proc. na pasze. Do dziś struktura redystrybucji zbiorów uległa widocznej zmianie: na pożywienie zużywa się 37 proc., a na pasze – 18 proc. Reszta to cele przemysłowe, eksport do państw, które nie są w tym zakresie samowystarczalne i 4–5 proc. strat, które w ujęciu względnym wydają się małe, ale licząc w tonach, są olbrzymie.

Zaczynając od końca, straty ziarna jako towaru wyjściowego są wyższe niż łączny eksport Rosji i Ukrainy. Zamieniając procenty na tony, pół wieku temu marnowaliśmy nie mniej niż 40 mln ton zbóż, obecnie jest to nie mniej niż 110 mln ton rocznie. Dzisiejsze straty to zatem aż 1/8 wczorajszej produkcji.

Prawdziwym koszmarem biednych i niedożywionych stały się tzw. biopaliwa, czyli alkohole i oleje z przerobu zbóż oraz roślin oleistych.

Prawdziwym koszmarem biednych i niedożywionych stały się tzw. biopaliwa, czyli alkohole i oleje z przerobu zbóż oraz roślin oleistych. Pół wieku temu Zachód bardzo zwolnił kroku z powodu embarga na dostawy ropy naftowej po upokorzeniu świata arabskiego przez Izrael w wojnie 1973 r. To wtedy zaczynał się pochód tzw. biopaliw, na początku niemal wyłącznie w Brazylii. Wkrótce jej śladem zaczął podążać Zachód. Brazylia była prekursorem, korzystając ze sprzyjających warunków naturalnych. Zachód miał zaś do dyspozycji zaplecze naukowe i rozwinięte technologie.

W USA tylko ok. 1 proc. uprawianej teraz kukurydzy stanowi tzw. kukurydza słodka do stosowania w kuchni. Reszta to tzw. kukurydza polowa przerabiana właśnie na biopaliwa, paszę dla zwierząt hodowlanych oraz na dodatki i „ulepszacze” do żywności.

W Europie zamiast do piekarni, do destylarni biopaliw trafia każdego dnia średnio 10 tys. ton zbóż, z których można byłoby wypiec aż 15 mln bochenków chleba o wadze 750 g. Całkowita rezygnacja z przerabiania w Unii pszenicy na paliwo uwolniłaby na cele żywnościowe i paszowe ilości stanowiące ponad 20 proc. rocznego eksportu pszenicy z Ukrainy. W skali globalnej na cele paliwowe marnujemy ok. 10 proc. corocznych plonów zbóż i 18 proc. olejów jadalnych uzyskiwanych z oleju palmowego, soi, rzepaku i słonecznika.

Całkowita rezygnacja z przerabiania w Unii pszenicy na paliwo uwolniłaby na cele żywnościowe i paszowe ilości stanowiące ponad 20 proc. rocznego eksportu pszenicy z Ukrainy.

W przedpandemicznym 2019 roku światowe zużycie benzyny wyniosło wg IEA 1,143 mld ton. To samo źródło podaje, że bioetanolu zużyto w tym samym roku zaledwie 84,2 mln ton (106,4 mld litrów). Na jedną tonę bioetanolu przypadało zatem prawie 14 ton spalonej w samochodach benzyny. Dużo hałasu o nic. Klimat i środowisko miałyby się lepiej, gdyby zamiast biopaliw spalać trochę więcej paliw kopalnych.

To nie fejk. Wbrew argumentom, że biopaliwa to wyrafinowany koncept ekologiczny, jest to głównie sztuczka finansowo-polityczna w odpowiedzi na presję lobby rolnego. To prawda, że pszenica, kukurydza, rzepak, słoneczniki i inne rośliny pochłaniają dwutlenek węgla, jednak „dobroczynny” wpływ biopaliw to zakłamanie niebiorące pod uwagę bardzo silnych czynników negatywnych, takich jak wycinanie lasów pod pola, wielkie zużycie nawozów sztucznych, do których produkcji potrzeba gazu ziemnego, degradacja różnorodności w wyniku monokultur roślinnych, olbrzymia energochłonność intensywnego rolnictwa, ogromne zużycie chemicznych środków ochrony roślin (4,2 mln ton w 2019 r.).

W podstawowym kontekście tych rozważań biopaliwa wypierają produkcję roślinną z przeznaczeniem na żywność i to w sytuacji, gdy duża część ludzkości chodzi spać głodna, a nawet umiera z niedożywienia.

W podstawowym kontekście tych rozważań biopaliwa wypierają produkcję roślinną z przeznaczeniem na żywność i to w sytuacji, gdy duża część ludzkości chodzi spać głodna, a nawet umiera z niedożywienia. Według programu ONZ World Food Programme, przez ostatnie 5 lat liczba osób zagrożonych z powodu głodu wzrosła na świecie ze 108 mln do 193 mln.

Na szczęście pojawia się szansa, że biopaliwa przestaną w końcu być produkowane. Serwis Argusmedia podał w połowie maja, że niemieckie ministerstwo środowiska pracuje nad planem odejścia do 2030 r. od stosowania biopaliw w Niemczech. Jeśli rezygnacja Niemców z energetyki jądrowej była strzałem kulą w płot, to w przypadku biopaliw celownik nastawiany jest wreszcie jak trzeba.

Produkcja roślinna rośnie z powodu coraz wyższego popytu na mięso. Hodowla zwierząt wymaga mnóstwa ziemi i energii. Jest także wysokoemisyjna w kontekście klimatycznym. Jeden przykład, prawie nie do uwierzenia, ale jednak.

Zwykło się mawiać, że Amazonia to układ oddechowy Ziemi. Jej roślinność ma ponoć pochłaniać aż 1,5 mld ton CO2 rocznie, co stanowi 4 proc. jego światowej emisji do atmosfery. „Układ” ten dobiega wszakże końca. Ostatnie dekady to nieustanny wyrąb tamtejszych lasów w celu pozyskania ziemi pod uprawę soi i hodowlę bydła. Przez minione 20 lat wykarczowano 350 tys. km2, taki obszar zajmuje Polska z Litwą. W rezultacie brazylijska część Amazonii więcej emitowała niż absorbowała dwutlenku węgla. Różnica na szkodę klimatu wyniosła tam w XXI wieku ok. 13 proc. Inna konsekwencja niszczenia lasów deszczowych to potencjalna utrata ich zdolności do wytwarzania wilgoci w wielkościach niezbędnych do zachowania ekosystemu.

W rezultacie brazylijska część Amazonii więcej emitowała niż absorbowała dwutlenku węgla.

Jeśli mowa o życiodajnej słodkiej wodzie, to ostatnio świat obiegła „elektryzująca” wiadomość, że z powodu jej braku władze Las Vegas zamierzają likwidować trawniki na gruntach należących do miasta. Trawniki z pustyni znajdują drogę na czołówki mediów, brak wody odczuwany przez miliardy ludzi przebić się (jeszcze?) nie może.

Mięso jest coraz bardziej „zbożowym produktem”. W okresie 1988–2018 jego globalna produkcja wzrosła dwukrotnie, zaś licząc od połowy lat 60. XX wieku – czterokrotnie. Po części jest to odpowiedź na niezwykle dynamiczny przyrost ludności świata, ale zadecydowały także wilcze apetyty mieszkańców Zachodu. Przeciętny Amerykanin pożera 124 kg mięsa rocznie, tj. 333 g dziennie. W Polsce spożycie wynosi niecałe 80 kg, czyli ok 210 g dziennie na osobę, też dużo, ale jednak znacznie mniej niż w Ameryce.

Umacniają się olbrzymie kontynentalne dysproporcje. W wielu krajach Afryki mięsa zjada się statystycznie mniej niż 20 kg rocznie (50 gramów dziennie). Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi opychali się tak jak mieszkańcy Stanów, to światowe rolnictwo byłoby w stanie wyżywić tylko 2,5 mld ludzi, podczas gdy globalna populacja dojdzie już za chwilę do 8 mld.

Do wyhodowania mięsa trzeba 75 razy więcej energii niż do pozyskania jego zbożowego ekwiwalentu. Do uzyskania jednej kalorii białka z soi lub zbóż potrzeba 2–3 kalorie pochodzące z paliw kopalnych. W przypadku wołowiny proporcja wynosi 54 kalorie z paliw na 1 kalorię ze steka. Zbiory z jednego hektara ryżu albo ziemniaków wystarczą do wyżywienia ok. 20 ludzi. Jeden hektar z przeznaczeniem na hodowlę bydła lub owiec to pożywienie dla jednej, góra dwóch osób.

Zbiory z jednego hektara ryżu albo ziemniaków wystarczą do wyżywienia ok. 20 ludzi. Jeden hektar z przeznaczeniem na hodowlę bydła lub owiec to pożywienie dla jednej, góra dwóch osób.

Całkowite odejście od mięsa jest dziś mrzonką wegańskich desperatów. Co przyniesie w tej kwestii jutro nie wiemy, ale ograniczenie nadmiernego spożycia jest celem zupełnie realnym. Jeśli umieliśmy wmówić miliardom młodych ludzi, że najlepszym sposobem spędzania czasu jest wielogodzinne wpatrywanie się w smartfony, to skuteczne perswazje dietetyczne powinny być na tym tle jak kaszka z mlekiem.

Zespół pod kierunkiem dr. Deepak’a Ray’a z Uniwersytetu Minnesoty w pracy pt. “Crop harvests for direct food use insufficient to meet the UN’s food security goal”, twierdzi, że do 2030 r. świat byłby w stanie produkować tyle kalorii w postaci żywności, że głód stałby się wspomnieniem przeszłości. Ale jest oczywiście haczyk. Jeśli nie zmieni się istotnie struktura zużycia zbóż na niekorzyść celu paliwowego, paszowego i przemysłowego, głód nie zniknie.

Z powodu relacji produkcyjno-ekonomicznych nadzieje na zatrzymanie ekspansji nieżywnościowych przeznaczeń zbóż są niewielkie. Ten sam zespół oszacował, że plony z upraw na cele nieżywnościowe przynoszą dwa razy więcej kalorii na jednostkę pola niż uprawy z przeznaczeniem do bezpośredniego spożycia przez ludzi. Identyczne relacje na niekorzyść żywności wynikają z porównania ilości białka uzyskiwanego z jednego hektara. Postęp techniczny i biotechnologiczny sprawia, że rozziew wydajnościowy stale się rozszerza. W uprawach na cele przemysłowe wydajność kaloryczna przyrasta 2,5 razy szybciej, a białkowa prawie dwukrotnie szybciej niż w uprawach „na stół”.

Jedna z istotnych przyczyn natury pozaekonomicznej to sukcesy zmasowanych akcji lobby rolnego podnoszących rzekomą „śmiercionośność” upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych (GMO). Dochodzi do kosmicznych absurdów. Na półkach polskich sklepów znaleźć można słoiki z chrzanem z widocznym napisem „produkt wolny od GMO”. Przekaz jest prostacki – nasz produkt jest może odrobinę droższy, ale za to nie zachorujesz od niego, bo nie ma w nim GMO. Ludzie w to wierzą, choć wszystkie zboża i gatunki zwierząt hodowlanych (jak również psów) są efektem krzyżowania genetycznego stosowanego od tysięcy lat przez ludzi. Jest oczywiście pewna różnica, taka jak w leczeniu zębów – kiedyś „leczono” je młotkiem lub obcęgami, dziś nawet głębokie borowanie potrafi być bezbolesne.

A zatem, lepiej nie wierzyć w zatrzymanie produkcji mięsa z hodowli zwierząt w perspektywie kilku dekad, bo zawód jest niemal pewny. Warto natomiast gardłować za zaprzestaniem implementacji GMO w żywności oraz za natychmiastowym odejściem od biopaliw, które wbrew powszechnemu przekonaniu są pomysłem antyklimatycznym i antyśrodowiskowym.

Jan Cipiur, dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii