Mity polskie. Wieczna legenda o rozkradzionym i zniszczonym polskim przemyśle

Codziennie słyszę od starych i młodych (!), jak to po 1989 r. rozwalono potężny rzekomo polski przemysł. Dziś mogę przyznać, że Polska nie będzie drugą Japonią, bo za pięć lat ją… prześcignie. Przynajmniej pod względem PKB na głowę. Takie są aktualne prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Pierwszy raz w dziejach przekroczymy europejską średnią wyprzedzając Czechy i Hiszpanię. Znajdziemy się o włos od Włoch, rzut rogatywką od Brytyjczyków i Francuzów. Oczywiście – pod względem dochodów. Bo kumulacja majątku - który oni gromadzili przez stulecia – zajmie nam zapewne… stulecia, a przynajmniej dziesiątki lat. O ile wprowadzimy konieczne zmiany w modelu gospodarczymi i nadal będziemy się rozwijać szybciej niż oni.

Reklama

Tak, jak głupotą jest założenie, że jeśli akcje jakiejś firmy zwyżkowały przez ostatnich dziesięć lat, to będą automatycznie zwyżkować przez kolejnych dziesięć - nie da się prosto ekstrapolować historycznych wyników gospodarki na przyszłe dekady. Hiszpania po wejściu do UE rosła jak na drożdżach, ale od pewnego czasu stoi. Grecy przeżyli bezprecedensowy skok zamożności, ale po globalnym kryzysie finansowym utracili mniej więcej jedną trzecią tego wzrostu i wciąż dźwigają się z tamtej zapaści. Na całym świecie na palcach obu rąk można policzyć kraje, którym udało się gonić bogatszych nieprzerwanie przez więcej niż 20 lat. Ale historia to historia i przynajmniej co do niej powinniśmy być w miarę zgodni.

Liczby i wskaźniki opisujące stan polskiej gospodarki są, jakie są i warto się ich trzymać, bo w przeciwnym razie będziemy tworzyć fałszywą diagnozę i wyciągać wnioski kompletnie oderwane od rzeczywistości. Niestety, mnóstwo polityków na prawicy – ale też na głębokiej lewicy - oraz zdumiewająco niemała część publicystów (także tych z tytułami profesorów) woli opowiadać nieśmiertelną legendę o „deindustrializacji Polski”, „złodziejskiej prywatyzacji” i „wyprzedaży majątku narodowego obcym za bezcen”.

Wierzą w nią – bo z jakichś powodów chcą wierzyć – kolejne pokolenia. Tymczasem w świetle danych i faktów jest to opowieść sytuująca się gdzieś między Yeti, Roswell a zamachem w Smoleńsku. Z wszelkimi tego konsekwencjami w politycznych programach i pomysłach na Polskę i jej miejsce w Europie.

Gospodarka Polski: co wiemy na pewno

W roku 1950, pięć lat po najkrwawszej z wojen, polski produkt krajowy brutto (PKB) na głowę, liczony powszechnie stosowaną w globalnych porównaniach metodą Roya C. Geary’ego i Salema Khamisa, wynosił 2 447 dolarów międzynarodowych i stanowiło 47 proc. PKB francuskiego; co istotne, był o jedną czwartą wyższy od greckiego oraz o ponad 10 proc. wyższy od hiszpańskiego i portugalskiego. W połowie lat 70., czyli w apogeum ery gierkowskiej propagandy sukcesu, te relacje mocno się pogorszyły: polski PKB na głowę stanowił już tylko 43 proc. francuskiego, 67 proc. greckiego i hiszpańskiego oraz 80 proc. portugalskiego. Doskonale obrazuje to, jak odrzucenie planu Marshalla i centralnie sterowana gospodarka realnego socjalizmu pozbawiły nas na dekady szans rozwojowych na miarę choćby biednej Portugalii; rządzonej – przypomnijmy – przez cztery dekady, aż do 1974 r., przez reżim Salazara i jego następców.

W 1989 r., w chwili upadku PRL, PKB na głowę w Polsce zmniejszył się w porównaniu z czasami Gierka, a w pozostałej części Europy mocno wzrósł. W efekcie wkraczaliśmy w kapitalizm z 33 proc. PKB per capita (PPP) francuskiego oraz połową portugalskiego, hiszpańskiego i greckiego.

Na tym tle, nasza obecna pozycja jest spełnieniem marzeń wielu – jeśli nie wszystkich - pokoleń Polek i Polaków od 300 lat. Spójrzcie na estymacje MFW dla wybranych państw na rok bieżący (w USD per capita PPP, czyli z uwzględnieniem siły nabywczej):

  • Luksemburg – 143 740
  • Irlandia – 133 900
  • Szwajcaria 91 930
  • USA – 85 370 (Kanada – 60 500, Meksyk - 25 960)
  • Norwegia – 82 930
  • Dania – 77 640 (tyle samo co sułtanat Brunei, więcej niż Hongkong i Tajwan)
  • Austria – 69 460
  • Szwecja – 69 180
  • Niemcy – 67 240
  • Finlandia – 60 980
  • Francja – 60 340
  • Wielka Brytania – 58 880
  • Włochy – 56 910
  • Hiszpania – 52 200
  • Czechy – 50 470
  • Polska - 49 060
  • Portugalia – 47 070
  • Chorwacja – 45 700
  • Węgry – 45 690
  • Słowacja – 44 080
  • Turcja – 43 920
  • Rumunia – 43 018
  • Grecja – 41 190
  • Rosja – 38 290
  • Bułgaria – 35 960
  • Serbia – 27 980
  • Białoruś – 25 690
  • Bośnia i Hercegowina – 20 620
  • Ukraina – 15 640

W ciągu kolejnych pięciu lat, czyli pod koniec obecnej dekady, Polska ma się przesunąć w górę o kolejne pozycje, wyprzedzając m.in., Hiszpanię, Czechy i Japonię (szczegóły dalej). Problem w tym, że – jak wszystko we współczesnym świecie – nawet najbardziej oczywiste liczby podlegają wierzeniom, interpretacjom i relatywizacji.

Można na przykład skupić się na przemyśle ciężkim, ze szczególnym uwzględnieniem poziomu produkcji węgla, stali i statków - i na tej podstawie brawurowo twierdzić, że w ostatnich trzech dekadach doszło do „planowej deindustrializacji Polski”. Wprawdzie łatwo wyśmiać tę brednię przytaczając dane o huraganowym rozwoju produkcji przemysłowej w innych obszarach oraz ponad jedenastokrotnym wzroście polskiego eksportu oraz 300-procentowym wzroście jego udziału w globalnej wymianie handlowej, co dowodzi, że przemysł w naszym kraju nigdy nie miał się tak świetnie, jak dziś. Ale dla wierzących w to, co chcą wierzyć, liczby, fakty i argumenty nie mają żadnego znaczenia.

Mimo to się nie zrażam. Przytoczę liczby i fakty, żeby nie było, że oddajemy tę ważną narrację niepoprawnym mitomanom i szpiegom pokroju Szmydta.

Szkiełko i wiara, czyli dane vs „a ja uważam inaczej”

Zacznę od danych najbardziej ogólnych – czyli odnoszących się do wzrostu PKB na głowę z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej (PPP). Tak, wiem, że to jest miernik niedoskonały, nie do końca oddaje poziom i jakość życia. Np. w Europie wręcz huraganowy wzrost PKB na głowę osiągnęła katastrofalnie biedna niegdyś Irlandia. Dzisiaj przeciętny Irlandczyk wytwarza ponad dwukrotnie wyższy dochód niż sąsiad ze Zjednoczonego Królestwa, ale przecież jego poziom życia nie jest wcale dwa razy lepszy. Podobnie wygląda to w przypadku Luksemburczyków i Szwajcarów – statystyczny dystans w PKB PPP na głowę nie odzwierciedla realnych warunków życia.

Najwyraźniej niedoskonałość tej miary widać, jeśli porównamy jakość życia w Unii Europejskiej i w USA. Tacy np. Duńczycy, mimo że wytwarzają per capita tyle samo, co obywatele arcybogatego Brunei i więcej niż mieszkańcy Hongkongu czy Tajwanu, mają PKB PPP per capita sporo niższe od amerykańskiego. A przecież przeciętna jakość życia w Danii jest o niebo lepsza niż w USA.

Akcentując niedoskonałość tej miary niektórzy popadają jednak w absurd i paranoję. Znam takich, którzy całkiem otwarcie głoszą, iż wolą, by „Polska była biedniejsza, ale wolna i suwerenna”. Tak, jakby wolność i suwerenność dało się mierzyć łatwiej niż poziom PKB... Istnieje tymczasem udowodniona naukowo zależność między poziomem i dynamiką zmian PKB a standardem i jakością życia. Jeśli zbadamy przypadki migracji z jednych krajów i obszarów świata do innych, to – z wyjątkiem okresów katastrof naturalnych i wojen – migracje te odbywają się niemal zawsze z terenów o niższym PKB ku obszarom o wyższym PKB na głowę. Warto więc tej miary nie odrzucać.

Historycznie wyglądała ona tak (sięgam po zaktualizowane dane MFW):

W 1980 r. produkt krajowy brutto na głowę po uwzględnieniu siły nabywczej (PPP) wynosił w Polsce 4,8 tys. USD. Portugalia, miała wtedy 6 tys., a Hiszpania 7,8 tys.; tak jak napisałem na początku, w 1950 r. oba te kraje były biedniejsze od zrujnowanej przez wojnę Polski. Japoński PKB wynosił w roku pierwszej „Solidarności” - kiedy Lech Wałęsa rzucił hasło budowy „drugiej Japonii” - 9,2 tys. dol., brytyjski 9,1 tys., włoski – 10,9 tys., francuski – 10,8 tys., niemiecki 11,1 tys., a amerykański – 12,5 tys. Średnia europejska przekroczyła wtedy 9,3 tys. USD.

Ostatnia dekada PRL była dla nas wyjątkowo trudna. Kto wtedy musiał przeżyć nad Wisłą, ten wie (o ile CHCE wiedzieć). Archiwalne dane pokazują szokująco brutalnie, jak bardzo w krótkim czasie uciekł nam świat, który tak pragnęliśmy gonić w Sierpniu’80. Sami popatrzcie, w jakich realiach żegnaliśmy w 1990 r. PRL: nasz PKB per capita (PPP) wyniósł 6,66 tys. dol. i był dwa razy niższy niż rosyjski i portugalski. Irlandczycy przebili 14 tys. na głowę, Hiszpanie – 15 tys., Brytyjczycy 17,7 tys., Francuzi 19 tys., Japończycy i Włosi – 20,2 tys., Niemcy – 20,5 tys., Amerykanie doszli do 23,9 tys. Średnia europejska przekroczyła wówczas 17 tys. dol.

W ostatnim roku przed wejściem do Unii Europejskiej (2003) polski PKB wynosił 13,3 tys. (rosyjski 13,4 tys.) dol. na głowę i był dokładnie dwukrotnie niższy od hiszpańskiego. Czesi zbliżyli się wtedy do 20 tys., Portugalczycy do 22 tys., Japończycy do 29,5 tys., Francuzi do 30 tys., Niemcy i Brytyjczycy do 31 tys., Amerykanie do 39,5 tys. Średnia europejska wynosiła 22,3 tys. dol.

A teraz spójrzcie na dane za 2023 r. Polski PKB osiągnął wedle wyliczeń MFW 46,5 tys. dol. na głowę, wyprzedziliśmy w ten sposób Portugalię (45,2 tys.) zbliżając się do Czech (49 tys.) i Hiszpanii (50,5 tys.). Japoński PKB wyniósł 52,2 tys. USD na głowę, włoski – 55,1 tys., brytyjski 57,5 tys., francuski 58,7 tys., niemiecki 65,6 tys., amerykański 81,6 tys. Wszystkim uciekła Irlandia (prawie 131 tys. USD na głowę; efekt Google & Co.) – ale mieszka tam tylko 5 mln ludzi, czyli tyle, ile w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Trójmieście. Notabene - w tych polskich metropoliach PKB na głowę wynosi ok. 60 tys. dol. i jest znacznie wyższy od berlińskiego (który jest sporo niższy od średniej niemieckiej) oraz włoskiego, brytyjskiego i francuskiego. Średnia europejska lekko przekroczyła w 2023 r. 50 tys. dol. na głowę.

Wedle aktualnej prognozy MFW, w 2029 r. polski PKB (PPP) ma wynieść prawie 63,5 tys. dol. na głowę, czyli nieco więcej niż japoński (63,2 tys.) i niewiele mniej niż włoski (64,8 tys.). Wedle szacunków MFW, wyprzedzimy Czechów (62,6 tys.), zostawimy w tyle Hiszpanów (59,3 tys.) i Portugalczyków (57,4 tys.). Pierwszy raz w historii wzniesiemy się ponad europejską średnią, która ma osiągnąć poziom 61,8 tys. dol. na głowę. W liderującym peletonie zostaną m.in. Wielka Brytania (68,7 tys.), Francja (70,2 tys.), a przede wszystkim Niemcy (78 tys.). Amerykanie będą nadal uciekać (przekraczając 100,5 tys. dol. na głowę), podobnie jak Irlandczycy (157,5 tys.). Dla porównania – PKB Rosji ma wynieść 45,6 tys. dol. na głowę, a pozostającej w jej sferze wpływów Serbii – 38,2 tys.; w krajach należących do UE będzie zasadniczo wyższy: w Chorwacji - 57,7 tys., w Słowenii - 66,7 tys., w Bułgarii - 46,7 tys., w Rumunii - 58,6 tys. USD.

Tyle liczby, fakty i prognozy globalnych ekspertów. A są jeszcze inne, nie odnoszące się wprost do poziomu i wzrostu PKB, ale ściśle z nim skorelowane. Weźmy wskaźnik umieralności niemowląt – w 1990 r. wynosił w Polsce prawie 2 proc., a w 2023 r. spadł poniżej 0,38 proc., zaś na Mazowszu i w Małopolsce poniżej 0,3 (na Opolszczyźnie wynosi 0,24), przy średniej unijnej 0,36; byliśmy na poziomie najbiedniejszych krajów kontynentu, a jesteśmy na poziomie Niemiec. Równocześnie rośnie oczekiwana długość życia: od upadku PRL wydłużyła się z 66 do 74 lat dla mężczyzn oraz z 75 do 82 lat dla kobiet. Średnia w UE to – odpowiednio – 77 i 83 lata.

Najgłupsze mity polskie: sprzedane fabryki, zniszczony przemysł, przeputane marki

Kiedy więc przed zbliżającymi się wyborami do Europarlamentu słucham i czytam „opinie” płynące z tzw. alternatywnej rzeczywistości, położonej na skrzyżowaniu Nowogrodzkiej i Konfederackiej, gdzieś na rubieżach Matriksu i San Escobaru, odnoszę wrażenie, że od jednej trzeciej do nawet połowy obywateli naszego kraju to ludzie liczbo- i argumentoodporni. No, ale kto powiedział, że skuteczna polityka musi być budowana na prawdzie lub w miarę niefałszywym obrazie rzeczywistości? Bywa przecież całkiem odwrotnie!

  • Brytyjczycy opuścili Unię w oparciu o przesłanki, których prawdziwości wyparli się nazajutrz nawet twardzi zwolennicy brexitu; dzisiaj płacą za to wszyscy.
  • Niemcy zlikwidowali elektrownie atomowe wbrew argumentom naukowym i raportom wszystkich, którzy mają choć blade pojęcie o energetyce, sejsmice Ziemi i zjawisku powstawania tsunami; w dodatku, nie zważając na ostrzeżenia z Polski i Ameryki, oparli całą swą energetykę - będącą z kolei fundamentem nastawionej na eksport gospodarki - na śmiesznie tanich formalnie, ale piekielnie drogich politycznie surowcach z Rosji; dziś płaci za to szary Schmidt (bo na pewno nie Schroeder).
  • Włosi notorycznie wybierali bunga-bunga zamiast racjonalnej polityki gospodarczej i zjawiskowej kultury, które dały im po II wojnie dobrobyt i globalne uznanie; skazali się na dwie dekady zastoju.
  • Węgrzy odtworzyli sobie na własne życzenie mafijno-partyjniacki kraj w stylu Kadara, nawet z tym samym głównym sojusznikiem; będą za to płacić przez pokolenia.
  • W Ameryce bańka geniuszy i innowatorów technologicznych sąsiaduje z równie dużą bańką obywateli wierzących w światowy rząd pedofilów, którzy uknuli spisek w celu globalnej depopulacji i tzw. resetu; może za to zapłacić cały zachodni świat.

Skoro w ugruntowanych demokracjach algorytmy big techów wspierają raczej gusła i ciemnotę niż promyki oświecenia, to kto zabroni polskim wyznawcom i krzewicielom bredni wierzyć od dekad w takie fantasmagorie, jak:

  • „zniszczenie potężnego polskiego przemysłu”
  • „masowa wyprzedaż cennych polskich fabryk po 1989 r.”
  • „celowe pogrzebanie cenionych na całym świecie polskich marek”

Przeciętnemu ogarowi wystarczyłyby liczby i fakty. Właściwie wszystkie dane GUS świadczą o tym, że polski przemysł nigdy w historii nie był tak silny, jak obecnie. Wbrew ugruntowanemu na głębokiej prawicy i lewicy mitowi, Polska gospodarka NIE uległa po 1989 r. procesowi deindustrializacji. Przeciwnie – jest jedną z najbardziej uprzemysłowionych gospodarek Zachodu. Owszem, przeszła głęboką – bo konieczną - restrukturyzację, a przede wszystkim modernizację. Zamiast zakładów zatrudniających 10 tys. osób, by wyprodukować 10 tys. pustaków rocznie, mamy zakłady zatrudniające 1000 osób, by wyprodukować milion pustaków miesięcznie. Podobnie jak inne kraje europejskie, zamknęliśmy nieefektywne kopalnie, huty oraz stocznie, ale otworzyliśmy setki tysięcy innych – często świetnie prosperujących – firm i wybudowaliśmy tysiąc całkiem nowych fabryk.

Ograniczaliśmy kopanie węgla i wytop surówki, a zaczęliśmy wytwarzać coraz bardziej zaawansowane maszyny i urządzenia oraz podzespoły do nich, sprzęt RTV i AGD, materiały budowlane, okna i drzwi, bramy, meble… Nasz przemysł spożywczy odniósł spektakularny sukces; przepraszam za regionalną prywatę (jestem z Małopolski), ale NIGDY w dziejach nie mieliśmy w tym sektorze tak potężnego koncernu, z tak wieloma rozpoznawalnymi w Europie markami i przejmującego konkurencyjne europejskie firmy i fabryki, jak wadowicki Maspex. A to tylko jeden przykład. I to nie najbardziej spektakularny, bo są w Polsce rodzime firmy o jeszcze większej wartości, jak Dino Polska, InPost, Cyfrowy Polsat, LPP, Synthos czy Polpharma. Nasi przedsiębiorcy odnieśli sukcesy w bardzo różnych branżach. Mamy CD Project, Techland, Asseco i Comarch, TZMO i Adamed, Polenergię i Inter Cars, Kruka i CCC, Polmlek i Cedrob, Tele-Fonikę Kable i Ciech…

Polski eksport wzrósł w porównaniu z najlepszymi latami PRL-u JEDENASTOKROTNIE. Udział Polski w globalnym eksporcie skoczył o 300 procent. W PRL relacja eksportu do mizernego PKB wynosiła 20 proc. Przed wejściem do UE doszliśmy do 35 proc. A w zeszłym roku przekroczyliśmy 55 proc. To więcej niż w słynących z eksportu Niemczech.

Mitomani i manipulatorzy stwierdzą w tym miejscu, że cały ten wzrost eksportu wziął się stąd, iż „obcy wykupili polskie fabryki oraz pobudowali u nas własne i zarabiają na nich” (co jest komunikowane w kategoriach śmiertelnego grzechu; wystarczy poczytać klasykę tego typu publicystyki, choćby „Wygaszanie Polski”). „Argument” w stylu: „Ja bym wolał, żeby pralki i lodówki produkował jak dawniej polski Polar, samochody polskie FSO, a statki polskie stocznie” pada regularnie we wszelkiego rodzaju dyskusjach. Jest tak bezgranicznie ahistoryczny i niezgodny z elementarną wiedzą ekonomiczną, że aż synapsy pieką.

Jak polska gospodarka goniła i goni amerykańską

Po pierwsze – to my, Polki i Polacy, jako konsumenci zdecydowaliśmy o losie takich fabryk, jak Polar, Unitra, Tonsil czy FSO. Nie będąc (wreszcie) skazani na państwowy monopol i wieczne niedobory (płacenie łapówek pod ladą, żeby pani sklepowa raczyła nam sprzedać cokolwiek), wybraliśmy sprzęty bardziej zaawansowane technicznie, funkcjonalne, estetyczne, niezawodne. W tym polską Amicę, która potrafiła nawiązać walkę z zagranicznymi potentatami.

Po drugie: krytycy III RP, rzekomo antykomuniści, de facto gloryfikują politykę gospodarczą PRL (ba, w czasach PiS mocno do niej nawiązywali). Słyszę np. „Gdzie się podziały polskie samochody?”. No sorry, ale jaki my mieliśmy kiedykolwiek polski samochód? Warszawa była kopią ruskiej Pobiedy, Syrena była (jak mniemam z wieloletnich doświadczeń z tym autem) kopią spodka kosmicznego z projektów Leonarda da Vinci z silnikiem od snopowiązałki. Mały i duży „polski fiat” były produktami włoskiego Fiata, Polonez był o 90 proc. fiatem, zaprojektowanym (owszem, z udziałem polskich stylistów) w pracowni w Turynie. Nie ma się więc co dziwić, że Polska nie stworzyła po 1989 r. żadnego własnego samochodu – bo NIGDY nie miała przemysłu motoryzacyjnego mogącego konkurować z niemieckim, francuskim czy włoskim. Malkontentom dopowiem, że nawet potężniejsza ekonomicznie Wielka Brytania nie produkuje własnych aut masowych, tylko luksusowe: Astona Martina, Bentleya, Jaguara, Land Rovera, Lotusa, McLarena czy Morgana; no i jeśli spojrzymy na właścicieli tych marek, to np. Jaguar Land Rover od 2008 r. należy do indyjskiego Tata Motors, aw latach 1989-2008 był częścią koncernu Forda. Bentley jest częścią Volkswagen Group.

Prawda jest taka, że dzięki wejściu do UE i systemu globalnej kooperacji zbudowaliśmy jeden z najmocniejszych przemysłów automotive (produkcji samochodów, przyczep, naczep i części motoryzacyjnych) w Europie. Na początku dekady wskoczyliśmy w tym sektorze na czwarte miejsce na kontynencie, wyprzedzając Włochy i Hiszpanię. W 2022 r. wartość produkcji przekroczyła po raz pierwszy 200 mld zł i była (w przeliczeniu) kilkadziesiąt razy wyższa niż w najlepszych czasach PRL-u. Eksport miał wartość blisko 40 mld euro. Co miesiąc zarabialiśmy na nim więcej niż w PRL-u w dekadę. Co istotne – ponad połowę przychodów sektora wytwarzają producenci części. A dominują wśród nich rodzime firmy.

Owszem, wedle szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w 2019 r. wskaźnik udziału firm z kapitałem zagranicznym w całej polskiej gospodarce wyniósł rekordowe 37,1 proc., ale warto go porównać ze wskaźnikami wychwalanej pod niebiosa przez prawicę II RP: w 1934 r. kapitały zagraniczne stanowiły 47,1 proc. kapitałów akcyjnych krajowych spółek, przy czym w przemyśle naftowym 93,3 proc., górniczym 67,4 proc., hutniczym 82,5 proc., chemicznym 70,1 proc., a w elektrowniach, gazie i wodociągach 82,4 proc.

Szczegółowe badania poziomu i dynamiki dochodu narodowego wykazały, że:

  • polskie PKB na głowę (PPP) przez zdecydowaną większość XX wieku oscylowało między 20 a 23 proc. amerykańskiego
  • wyjątkiem była połowa lat 70., kiedy komuniści od Gierka uruchomili szereg inwestycji za pieniądze pożyczone z Zachodu; doszliśmy wtedy niemal do 30 proc. PKB na głowę w USA
  • ale już w 1981 r. było to znów 20 proc.
  • powtórne odbicie nastąpiło po 1990 r. i było efektem ówczesnych reform rynkowych
  • na początku XXI wieku przebiliśmy znów 30 proc. PKB per capita w USA, a po wejściu do UE wyraźnie przyspieszyliśmy, by w 2016 r. przebić 50 proc.
  • Teraz mamy ok. 59 proc. PKB per capita (PPP) w USA, a za pięć lat ma być ok. 63 proc.

Wniosek: po 200 latach totalnej stagnacji mamy 33 lata permanentnego wzrostu i gonienia największego globalnego imperium. Można narzekać, że zbyt wolno. Można twierdzić, że powinniśmy zrobić wiele rzeczy lepiej. Ale czy znając już te LICZBY i FAKTY, wciąż chcecie, żeby polska gospodarka była tak „mocarna”, jak w PRL-u i tak „suwerenna” jak w II RP?