Początek lat 90. był okresem – jak to się dzisiaj określa – eksplozji przedsiębiorczej energii Polaków. Tysiące obywateli zakładało własne biznesy, które często sprowadzały się do sprzedawania na targowiskach czego popadnie, by ratować się przed postępującą plagą bezrobocia. Ci protokapitaliści, czyli przedsiębiorcze jednostki, które przyczyniły się do narodzin dojrzałego kapitalizmu, są dla wielu symbolem tamtych lat. Niestety, trzy dekady po zaprowadzeniu nad Wisłą gospodarki rynkowej ten mit wciąż się mocno trzyma.

Mikroprzedsiębiorcy, nazywani „solą tej ziemi”, rzekomo posuwają naszą gospodarkę do przodu, nawet jeśli w rzeczywistości wytwarzają 30 proc. PKB. Dla wielu „człowiek-firma”, czyli osoba fizyczna na działalności gospodarczej, jest zdecydowanie lepszą i ambitniejszą formą aktywności zawodowej od nudnego etatu. Ta fetyszyzacja mikrobiznesu to jedna z przyczyn niezwykłej popularności samozatrudnienia. Druga – niezwykle preferencyjne opodatkowanie takiego rodzaju działalności.

W efekcie mamy jeden z wyższych poziomów samozatrudnienia w Europie. Co doprowadziło do narastania negatywnych zjawisk na rynku pracy i w systemie ubezpieczeń społecznych. Ekspansja samozatrudnienia szkodzi także wydajności polskiej gospodarki. A co gorsza, obecny rząd pracuje nad kolejnymi rozwiązaniami, które będą jeszcze bardziej zachęcać do zakładania działalności gospodarczej przez osoby fizyczne.

Zachęta zachętę pogania

Prowadzenie aktywności zawodowej w formie jednoosobowej firmy staje się coraz bardziej popularne. Według raportu „Wybrane zagadnienia z rynku pracy”, opublikowanego przez GUS pod koniec ubiegłego roku, w grudniu 2018 r. aż 1,3 mln Polaków prowadziło działalność gospodarczą, nikogo przy tym nie zatrudniając. Oznacza to wzrost o 8,3 proc. w skali roku. W sumie od końca 2015 r. liczba osób zatrudniających wyłącznie siebie wzrosła o 200 tys.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP