Z Andrzejem Rzeplińskim rozmawia Robert Mazurek

Śledzi pan to, co się dzieje?

Jako obywatel patrzę na to z obrzydzeniem, jako katolik ze smutkiem.

Demonstracje pod kościołami to novum.

Niezrozumiałe, bo przecież do kościoła można przestać chodzić. Nic się nie dzieje tym, którzy nie chodzą, nikt ich tam na siłę nie zaciąga, nikt ich nie piętnuje.

Reklama

Niechodzenie do kościoła w liceach to norma i moda.

Właśnie, to raczej księżą boją się chodzić po kolędzie, bo spotykają ich niemiłe reakcje.

Rozumiem demonstracje przed siedzibami PiS, ale dlaczego idą pod kościoły?

A myśli pan, że hołota francuska zachowuje się inaczej? A hołota amerykańska jest inna?

Nazywa pan tych ludzi hołotą?

Hm…

Panie profesorze?

Nazwijmy ich awanturnikami.

I zostawi pan to w autoryzacji?

Awanturników zostawię. Nasuwa się pytanie, kto za nimi stoi, kto ich nakręca i promuje? Przecież dzisiaj przez media społecznościowe można pewne osoby wykreować i rozpropagować. Nie możemy wykluczyć, że ktoś chciałby Polskę – używając języka prof. Zybertowicza – kompletnie rozwibrować.

Wie pan kto?

Nie mam pojęcia, ale widzę, że Polska swinguje pod melodię z Sowy i Przyjaciół.

Patrzy pan na, jak pan ich nazywa, awanturników…

I myślę, że źle się dzieje, gdy Kościół po raz kolejny chowa się do dziury.

Miałby stawić im czoła?

Biskup, który szanuje siebie i szanuje swój Kościół, powinien wyjść do tych ludzi. Zabić, to by go nie zabili, choć pewnie by go opluli, no trudno. Rządzi wówczas prawo tłumu.

„Wyp…j ku…o!” to zachęta do dialogu?

Nie, ci ludzie w ten sposób tylko eskalują konflikt i prowadzą do anarchizacji życia, to niedopuszczalne.

Obecność biskupa wśród nich tylko by temu służyła. Jeszcze więcej widowiska, jeszcze więcej fajerwerków.

W życiu trzeba mieć odwagę.

Cały wywiad z Andrzejem Rzeplińskim przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP