Marszałek Senatu w czwartek w TVN 24 odniósł się do poniedziałkowej konferencji prasowej szefów MSWiA Mariusza Kamińskiego i MON Mariusza Błaszczaka podczas której zaprezentowano materiały, które - jak poinformowano - pochodzą z telefonów komórkowych zatrzymanych osób i wskazują na ich możliwe powiązania z organizacjami terrorystycznymi lub paramilitarnymi; przedstawiono też materiały mające wskazywać, że niektóre z zatrzymanych osób mogą być zaangażowane w przestępstwa pedofilii i zoofilii.

"To, co pokazano, było obrzydliwe, zwłaszcza, że to było zmanipulowane - jakieś filmiki z internetu sprzed lat, jakieś niesprawdzone, podłożone wiadomości. To rzecz nie do zaakceptowania, i dziwię się, że ministrowie polskiego rządu na takie kłamstwo się zdecydowali, zwłaszcza, że wiadomo było, że internauci od razu wychwycą fałsz" - powiedział Grodzki.

"Próby dehumanizowania ludzi to bardzo niebezpieczna droga, którą posługiwały się różne zbrodnicze reżimy. Nie idźmy tą drogą. Ci ludzie zdecydowali się na dramatyczny krok opuszczenia swojej ojczyzny - z ważnych przyczyn" - dodał.

Stwierdził, że "zadaniem służb jest wychwycić tych, którzy stanowią zagrożenie terrorystyczne - tych deportować lub uwięzić, ale znaczna część tych ludzi po prostu ucieka w obawie o swoje zdrowie i życie". "Cywilizowane narody mają na to procedury i środki - powinni ich przyjąć, nakarmić, dać tym dzieciom wyspać się w ciepłym łóżeczku, a potem zweryfikować, kto może wystąpić o azyl, a kto powinien być deportowany czy uwięziony" - mówił marszałek Senatu.

Zapytany został też kwestię traktowania osób, w tym dzieci, które przekroczyły w ostatnich dniach granicę polsko-białoruską, a które "zostały gdzieś wywiezione przez polskie służby, nie wiadomo do końca gdzie". "Wielu z nas ma wnuki i wnuczki. Wyobraźmy sobie, jak byśmy reagowali, gdyby taka krzywda tym niewinnym dzieciom się działa i moglibyśmy to obserwować. To jest sytuacja druzgocąca moralnie" - powiedział Grodzki.

Grodzki: od dawna wiadomo, że Fundusz Sprawiedliwości to prywatny fundusz SP i ministra Ziobro

Od dawna wiadomo, że to prywatny fundusz Solidarnej Polski i ministra Ziobro. To była tajemnica poliszynela, NIK tylko nadał temu formę urzędową - tak marszałek Senatu Tomasz Grodzki odniósł się do wyników kontroli Funduszu Sprawiedliwości, które w czwartek przedstawiła NIK.

Najwyższa Izba Kontroli przedstawiła w czwartek wyniki kontroli realizacji zadań z Funduszu Sprawiedliwości, którego dysponentem jest minister sprawiedliwości. Według NIK łączna wartość środków wydanych niezgodnie z przepisami, niecelowo, niegospodarnie lub nierzetelnie wyniosła ponad 280 mln zł.

"Od dawna wiadomo, że to prywatny fundusz Solidarnej Polski i ministra (sprawiedliwości, Zbigniewa) Ziobro. To była tajemnica poliszynela - NIK tylko nadał temu formę urzędową" - powiedział Grodzki w czwartek w TVN24

Marszałek Senatu stwierdził też, że "jeśli zwycięży arytmetyka sejmowa, i nikt nad tym raportem się poważnie nie pochyli i nie zdymisjonuje ministra Ziobry, to będzie oznaczało, że jest przyzwolenie na tego typu działania i marnotrawienie publicznych pieniędzy na prywatne cele rządzącej partii i poszczególnych ministrów".

"Ten raport szykują kontrolerzy, którzy od lat pracują w NIKu. Mają w tym wprawę" - powiedział, pytany o wątpliwości związane z wiarygodnością raportu NIK wynikające z tego, że prezes Izby Marian Banaś pozostaje w konflikcie z politykami PiS. Dodał, że nie podejrzewa Banasia "o jakąś szczególną chęć zemsty".

Według kontrolerów NIK Fundusz Sprawiedliwości "stracił charakter funduszu celowego", zaś "działania ministra sprawiedliwości i znacznej części organizacji, które otrzymały dotacje, skutkowały niegospodarnym i niecelowym wydatkowaniem środków publicznych, a także sprzyjały powstawaniu mechanizmów korupcjogennych w przypadku osób podejmujących decyzje w zakresie rozliczania środków z Funduszu Sprawiedliwości".

Wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski stwierdził w czwartek, że raport NIK "nie jest dowodem nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości" tylko "zatrważającym dowodem braku elementarnej rzetelności NIK". "Szkoda, że prezes NIK wykorzystuje tę instytucję do walki politycznej i do próby obrony przed prokuratorskimi zarzutami" - powiedział Romanowski. Zarzuty NIK nazwał absurdalnymi, bulwersującymi i kompromitującymi.

Ministerstwo Sprawiedliwości oświadczyło w czwartek, że "informacja o wynikach kontroli zawiera w wielu miejscach nieprawdziwe dane, wnioski niepoparte faktami, stanowiska wykraczające poza kompetencje NIK oraz insynuacje zdarzeń, które w rzeczywistości nie miały miejsca". W oświadczeniu resortu stwierdzono m.in. że w raporcie NIK "w żadnym miejscu nie wskazano jakichkolwiek działań Funduszu, które skutkowałyby korupcją" oraz że "faktyczna kwota dotacji przyznana ze środków Funduszu na zadania związane z pomocą osobom pokrzywdzonych w okresie od 2018 do 2020 roku to ponad 486 mln zł, a nie jak w wskazał NIK - 228,5 mln zł". Według MS, NIK nie uwzględnił w końcowym raporcie wyjaśnień resortu.

Fundusz Sprawiedliwości (wcześniej Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej) jest zasilany z nawiązek zasądzanych od sprawców przestępstw. Zgromadzone środki mają być przeznaczane m.in. na wsparcie prawne, psychologiczne i socjalne dla ofiar przestępstw. Wcześniej zadania te były w konkursach zlecane głównie organizacjom pozarządowym. Po zmianach we wrześniu 2017 r. środki mogą być przeznaczane także na przeciwdziałanie przestępczości, a pomoc z funduszu może być przekazywana także na rzecz instytucji publicznych.

Zaznaczył, że "strzeżenie granicy to jest rzecz bezdyskusyjna". "Polska, w konstytucji, szczególną opieką otacza dzieci. Polska na forum ONZ jako ogromny sukces przeprowadziła Konwencję Praw Dziecka. Tymczasem depczemy tę konwencję, depczemy naszą konstytucję i Bogu ducha winne dzieci, które na pewno nie zagrażają bezpieczeństwu kraju, skazujemy na poniewierkę" - powiedział.

Marszałek Senatu ocenił, że stan wyjątkowy w pasie przy granicy z Białorusią wprowadzony został "tylko po to, żeby wolne media nie mogły tego relacjonować". "Nawet w czasie konfliktów zbrojnych są korespondenci wojenni, którzy są dopuszczani do strefy konfliktów i relacjonują, co się tam dzieje" - zauważył.

W przygranicznym pasie z Białorusią, czyli w części województw podlaskiego i lubelskiego obowiązuje od 2 września stan wyjątkowy. Objęte są nim 183 miejscowości (115 w woj. podlaskim i 68 w woj. lubelskim). Od początku września Straż Graniczna odnotowała blisko 6 tys. prób nielegalnego przejścia z Białorusi do Polski. Przedstawiciele rządu uzasadniali konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego tym, że reżim Alaksandra Łukaszenki prowadzi "wojnę hybrydową", używając do tego migrantów, oraz rosyjskimi ćwiczeniami wojskowymi Zapad, których aktywna część trwała w dniach 10 -16 września. Rząd we wtorek zwrócił się do prezydenta w sprawie przedłużenia stanu wyjątkowego o 60 dni. W czwartek wieczorem Sejm zajmie się wnioskiem Andrzeja Dudy o wyrażenie zgody na przedłużenie stanu wyjątkowego.