Z współzałożycielką aborcyjnego Dream Teamu Natalią Broniarczyk rozmawia Paulina Nowosielska
Potrzebujemy ikon? Ikon kobiecości, macierzyństwa? Także w sprawie aborcji?
Reklama
Nie. Naszym problemem jest właśnie skupianie się na symbolice. Nigdy nie miałyśmy aborcyjnego, grupowego coming outu, jaki wydarzył się w latach 70. XX w. w Niemczech, we Francji czy w USA. Nie zdarzyło się, by kilkaset Polek pokazało, że łączy je aborcja, choć dla każdej z nich było to odmienne doświadczenie. Pamiętam, jak w kwietniu 2020 r. przy okazji czytania w Sejmie projektu „Zatrzymaj aborcję” Kai Godek z dziewczynami z Aborcji bez Granic słuchałyśmy wystąpień. Były bardzo emocjonalne, padały porównania do Holokaustu, masowego ludobójstwa. Miałyśmy poczucie, że toczy się debata, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A do nas zgłaszają się osoby z takimi prośbami: super, że załatwiłyście mi aborcję w Amsterdamie, ale mnie nie stać na transport na lotnisko w Warszawie. I nie wiem, jak wyjaśnić mężowi, że znikam na pięć dni w środku pandemii. Postanowiłyśmy podobne historie nagłośnić. Znalazłyśmy grupę odważnych kobiet, które chciały powiedzieć, że miały aborcję. Ale nikt tematu nie podchwycił. Padało tylko pytanie: dlaczego nie ma w tej grupie sławnych kobiet? Poczułam w sobie złość.
Dlaczego?
80 kobiet w Polsce dało twarz, opisało, czym dla nich była aborcja, a ktoś pyta, czemu nie ma piosenkarek, aktorek, celebrytek?
Mówicie, że aborcja jest OK. Czyli mamy o niej mówić jak o wyrwaniu zęba?
Aborcja jest OK, tak jak OK może być każde doświadczenie życiowe. Jak przychodzi przyjaciółka, która mówi, że chce aborcji, bo nie wyobraża sobie teraz kolejnego dziecka, to nie pytamy jej: a nie boisz się, że będziesz żałować?
To naturalne pytanie…
Według mnie nie. To pytanie wynikające z przekonania, że aborcji się zawsze żałuje. Taka jest norma kulturowa. A aborcji się czasem żałuje, a czasem nie. Nie potrzebujemy też ochrony prawnej przed własnym żalem. Aborcja to jedna z wielu sytuacji, w obliczu których mamy prawo powiedzieć: to moje życie. To może być doświadczenie pełne niuansów. Tak jak odejście od przemocowego męża, zmiana pracy, rzucenie studiów. Mam poczucie, że hasło „Aborcja jest OK” łatwej jest zrozumieć tym, którzy praktycznie podchodzą do życia i nie myślą o tym w kategoriach moralnych.
Można nie myśleć o aborcji w kategoriach moralnych?
Można.
Czyli osoby, które jej dokonują, nie oceniają swojego zachowania moralnie?
One częściej mają inne wątpliwości. Praktyczne, życiowe. Za co utrzymam dziecko? Gdzie będę z nim mieszkać? Czy nie stracę pracy? Czy na pewno uda mi się przerwać ciążę?
Kto dziś głównie szuka pomocy u Aborcyjnego Dream Teamu i Aborcji bez Granic? Kobiety ze zdiagnozowaną wadą płodu, ofiary przemocy domowej, osoby, które po prostu nie chcą dziecka?
Kobiety dotknięte ostatnimi zmianami w prawie oraz te, których życie lub zdrowie jest zagrożone z powodu ciąży, to jakieś 2 proc. wszystkich osób szukających pomocy. Około tysiąca rocznie. Zdecydowana większość kobiet, którym pomogłyśmy w ostatnim roku - ok. 33 tys. - i tak nie miałaby możliwości przeprowadzenia aborcji w myśl ustawy o planowaniu rodziny. Te, które przerywają ciążę w I trymestrze i jakaś połowa tych, które robią to w II trymestrze, zazwyczaj nie mają stwierdzonych wad płodu ani ryzyka dla zdrowia. Postanowiły ją przerwać z innych powodów.
Treść całego wywiadu można przeczytać w piątkowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej oraz w eDGP.