Glapiński atakuje analityków. "Podwyżka nie podoba im się, bo ich pracodawcy zarobią mniej"

Jednym z wątków na czwartkowej konferencji prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego były narzekania na analityków, którzy krytykowali środową decyzję Rady Polityki Pieniężnej o gwałtownej obniżce stóp procentowych. Według szefa NBP trudno się dziwić, że ekonomistom bankowym nie podoba się, gdy stopy procentowe idą w dół, bo ich pracodawcy zarobią przez to mniej. 

Glapiński podawał nawet przykład jednego z banków, który już w kilkadziesiąt minut po decyzji RPP wyliczył, że cięcie stóp w skali roku może go kosztować pół miliarda złotych (mowa o Santander Bank Polska). Prezes banku centralnego nie odmówił sobie przy tym zaznaczenia, że ci narzekający to ekonomiści z prywatnych banków pod kontrolą zagranicznego kapitału.

Warto podnieść się do stwierdzenia szefa NBP. Z wielu powodów.

Analitycy są od przewidywań

Po pierwsze, być może trudno mu to zrozumieć – myli się wielu odbiorców – ale rynkowi analitycy nie są od oceniania takiego czy innego ruchu decydentów. Są od przewidywania tych ruchów i tłumaczenia ich zasadności. Wprawdzie mają swoich pracodawców, ale pracują nie tylko dla nich. Dziennikarze? Tak, ale wcale nie na pierwszym miejscu. Szybciej odebrany będzie telefon od klientów – firm, funduszy inwestycyjnych z Polski czy z zagranicy. Oni zaś, jeśli uznają, że nie dostają usług odpowiedniej jakości, mogą poszukać innego ich dostawcy.

Przewidywanie, a nie mówienie jak ma być, ma znaczenie również w pracy wewnątrz instytucji. Analitycy są zwykle blisko departamentu skarbu i ludzi, którzy zajmują się transakcjami na rynku obligacji czy walut. Ale od ich prognoz dotyczących koniunktury, inflacji czy stóp procentowych zależy, czy banki będą skłonne udzielać więcej kredytu, czy będą ograniczać akcję kredytową. Od przewidywań – a nie od opinii, jak być powinno – zależy też, czy banki będą zawiązywać więcej rezerw w oczekiwaniu na pogorszenie koniunktury, czy będą mogły sobie pozwolić na ich rozwiązywanie, co przełoży się na poprawę bieżących wyników. 

Jeśli zdarza się, jak w środę, że analitycy mówią o zaskoczeniu, że trudno im znaleźć wytłumaczenie dla jakiejś decyzji, to niekoniecznie wyraz sprzeciwu. Raczej wyraz ich bezradności. Tym razem bezradności było chyba trochę więcej niż zwykle.

Polityzacja NBP

O tym, że Glapiński myli się w swojej ocenie, dobrze świadczy głos z drugiej strony. Bogusław Grabowski, członek RPP w latach 1998 – 2004, nie ukrywający dziś sympatii do opozycji, udzielił właśnie wywiadu portalowi wyborcza.pl. "Właśnie to mnie trochę denerwuje u tych ekonomistów rynkowych, że oni nie zwracają uwagi, iż bank centralny odszedł od mandatu konstytucyjnego i wykonuje mandat polityczny w imieniu partii rządzącej pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego. I że oni tymi swoimi komentarzami i ocenami wpisują się w taką zasłonę, w hybrydę, w udawanie, że wszystko jest normalne. (...) Mam o to pretensje do ekonomistów rynkowych. I dlatego w pewnym stopniu ucieszyłem się z tej decyzji RPP, bo może wymagałoby, by oni dostali obuchem w łeb – by zrozumieli, że nie żyją w normalnym, demokratycznym, instytucjonalnym ładzie, jaki mieliśmy przed dojściem PiS i Glapińskiego w NBP do władzy. Ekonomiści rynkowi, obudźcie się! " - apelował Grabowski. (link: https://wyborcza.pl/7,75398,30166060,dr-grabowski-plyniemy-jak-titanic-na-gore-lodowa-ekonomisci.html)

Jedno albo drugie. Rację ma Glapiński albo Grabowski. Obaj mieć jej w tej sprawie nie mogą.

Ale idźmy dalej. Jest faktem, że banki z uwagi na obniżki stóp procentowych zarobią mniej. To jednak nie znaczy, że muszą być z cięcia stóp niezadowolone. Po pierwsze zarabiały również wtedy, gdy stopy procentowe były niskie, tylko w inny sposób. Wtedy więcej mówiło się o podwyżkach opłat. Po drugie, im wcale nie zależy na tym, żeby ściągnąć jak najwięcej pieniędzy od klientów w krótkim czasie. Raczej na tym, żeby zarabiać przez wiele lat. A to oznacza, że powinno im zależeć na stabilności i bezpieczeństwie. Przy wysokich stopach o terminowe spłacanie kredytów trudniej, rosną więc rezerwy i wyniki się pogarszają. A gdy stopy idą w dół, to popyt na kredyty rośnie, łatwiej o zwiększenie skali biznesu. Za to też są premie.

Co i komu mogą powiedzieć analitycy?

Po globalnym kryzysie, jaki wybuchł w 2008 r., na instytucje finansowe nałożono wiele nowych obowiązków i ograniczeń, między innymi związanych z funkcjonowaniem działów analiz. Chodziło właśnie o to, żeby unikać konfliktu interesów. W efekcie dziś w tym co, komu, i kiedy mogą powiedzieć ekonomiści rynkowi, niemałą rolę odgrywają działy compliance - zgodności z regulacjami. Komuś, kto do regulacji podchodzi dość swobodnie, ma też dużą swobodę w ich kształtowaniu u siebie, może być to dość trudne do przyjęcia. Jeszcze trudniejsze – że im większy i im bardziej zagraniczny bank, tym bardziej restrykcyjne podejście do tych ograniczeń.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Deklarowane przekonanie, że ludzie mówią nie to, co myślą, ale to, czego wymagają ich mocodawcy, każe się zastanawiać również nad motywacjami prezesa. Bank centralny jest formalnie niezależny, ale jego szef też skądś się przecież bierze.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: DGP/forsal.pl
Łukasz Wilkowicz
Łukasz Wilkowicz
Zastępca redaktora naczelnego DGP. Pisze głównie o finansach, chętniej o fuzjach i wynikach banków niż o oprocentowaniu depozytów i kredytów. Drugi ulubiony temat: makroekonomia.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraGlapiński atakuje analityków. "Podwyżka nie podoba im się, bo ich pracodawcy zarobią mniej" »
Tematy: RPP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj